Sony zawstydziło Apple. Te słuchawki szokują i ceną, i brzmieniem
Telepolis.pl
Testy sprzętu 15:47

Sony zawstydziło Apple. Te słuchawki szokują i ceną, i brzmieniem

Sony 1000X The Collexion to nowe słuchawki klasy premium – a nawet ultrapremium. Sprawdzamy, czy rzeczywiście warto do nich dopłacić. Za czasów pierwszej czy drugiej generacji kultowych „tysiączek” firmy Sony były to słuchawki bez dwóch zdań prestiżowe. Od tamtej pory jednak trochę się zmieniło. Konkretnie, Apple AirPods Max udowodniły, że nawet na rynku słuchawek konsumenckich jest miejsce na jeszcze wyższy segment cenowy, a klienci chętnie będą płacili za przywilej posiadania takiego sprzętu. Japończycy wzięli sobie tę lekcję do serca, czego owocem jest nowy model Sony 1000X The Collexion. No i tu pojawia się ważne pytanie: czy Sony 1000X The Collexion faktycznie mają do zaoferowania coś ponad numerowaną serię WH-1000XM, czy stanowią tylko sprytny wybieg producenta, by podbić cenę flagowej linii słuchawek? Bo ta faktycznie jest sporo wyższa niż w przypadku WH-1000XM6 i wynosi ok. 2699 zł. Oczywiście postanowiliśmy to sprawdzić. Wygląd i wykonanie Wizualnie Sony 1000X The Collexion prezentują się z grubsza tak, jak można by się tego spodziewać po bardziej ekskluzywnej wersji „tysiączek”. Minimalistyczne, wręcz monolityczne słuchawki wokółuszne bez nadmiaru zdobień, za to z masą łagodnych linii i delikatnych przejść między poszczególnymi elementami. W porównaniu z Sony WH-1000XM6 i tańszymi modelami z serii chyba najbardziej charakterystyczną różnicą jest konstrukcja pałąka. Mamy tu kilka metalowych elementów, w tym charakterystyczną szynę poprowadzoną na całej długości po zewnętrznej stronie. Wygląda to elegancko i bardzo solidnie. Uwagę zwracają także metaliczne oprawy wokół portów USB-C i jack 3,5 mm oraz imitująca skórę faktura, którą wykończono obudowę. W materiałach promocyjnych producent chwali się, że w porównaniu z klasycznymi modelami z linii WH1000 nowy model może się pochwalić bardziej luksusowym wykonaniem. Jeśli mam być szczery, ktoś tu się moim zdaniem z tymi deklaracjami zagalopował. Rzeczywiście, Sony 1000X The Collexion wypadają pod tym względem lepiej od tańszych modeli w serii, ale nie widzę tu niczego, co uzasadniałoby aż tak dużą różnicę w cenie. Natomiast jest kilka elementów, które koniecznie chciałbym pochwalić. Raz, wspomniana wcześniej metalowa konstrukcja pałąka jest naprawdę solidna. Całość jest bardzo elastyczna, a przy tym sprawia wrażenie wytrzymałej i posiada bardzo płynnie działający mechanizm regulacji długości. Co prawda nie obraziłbym się o jakieś oznaczenia pozwalające szybko wrócić do preferowanego rozmiaru, zamiast celować na oko, ale to już drobiazg. Druga sprawa to nausznice, a raczej fakt, że są wymienne. Co więcej, zamontowano je na klipsach, więc proces wymiany jest dziecinnie prosty. Ważna sprawa w przypadku sprzętu, który docelowo ma nam służyć trochę dłużej niż dwanaście miesięcy. No i na plus warto też dodać, że producent serio pomyślał o bezpiecznym transporcie sprzętu.  W zestawie razem ze słuchawkami znajdziemy eleganckie etui z zaczepem magnetycznym. To jedno z lepszych tego typu akcesoriów, jakie miałem okazję widzieć w karierze recenzenta. Wygoda i obsługa Trzeba Sony 1000X The Collexion oddać jedno – na głowie leżą naprawę fenomenalnie. Słuchawki bardzo dobrze dopasowują się do kształtu głowy, oferują spory zakres regulacji, a siła docisku dobrana jest w zasadzie w punkt. Ani nie są to imadła, ani nie trzeba się obawiać, że spadną przy byle gwałtownym ruchu. No i w samych nausznicach miejsca jest naprawdę pod dostatkiem. Natomiast trzeba brać poprawkę, że są to słuchawki zamknięte, a tutejsze pady, choć miękkie i przyjemne w dotyku, to jednak nie przepuszczają powietrza. Grzanie w uszy podczas dłuższych odsłuchów jest realnym problemem, zwłaszcza podczas upałów. Prywatnie jednak bardziej boli mnie tutejszy system sterowania. Na obudowie znajdziemy kilka przycisków, które jednak w większości nie są w żaden sposób opisane. Do tego oferują tak słaby skok, że równie dobrze mogłyby być płytkami dotykowymi – tak czy tak dostajemy w zasadzie zero feedbacku. Ale skoro o tym mowa, to dotyk też tu jest i odpowiada za masę kluczowych funkcji – tak jak ma to miejsce w przypadku większości „tysiączek” producenta. Prywatnie uważam ten system za kompletnie niepraktyczny, by nie powiedzieć „głupi”. Cała powierzchnia muszli pełni rolę płytki dotykowej, więc praktycznie nie można dotknąć słuchawek, by przypadkiem nie aktywować jakiejś funkcji. Do tego w porównani z przyciskami tutejsze gesty są powolne i mało responsywne, a jedynym feedbackiem, jaki dostajemy, jest sygnał dźwiękowy. Oczywiście można się do tego przyzwyczaić, ale korzystanie w ten sposób z 1000X The Collexion jest strasznie nieprzyjemne i kompletnie nie przystoi sprzętowi aspirującemu do miana luksusowego. Łączność i aplikacja Sony 1000X The Collexion wykorzystują łączność Bluetooth 6.0. Znajdziemy tu także obsługę technologii Google Fast Pair, multipoint z możliwością jednoczesnego podłączenia do dwóch źródeł, a także opcję połączenia przewodowego z wykorzystaniem złącza jack 3,5 mm. Dedykowana aplikacja na smartfony nie jest obowiązkowa, ale zdecydowanie warto ją pobrać. Apka nazywa się Sound Connect i jest dostępna w Sklepie Play oraz App Store. [gallery][img]258326[/img][img]258327[/img][img]258324[/img][img]258322[/img][img]258323[/img][img]258325[/img][/gallery] Z jej poziomu możemy m.in. skonfigurować equalizer, włączyć wszystkie „ulepszacze” audio (m.in. DSEE Ultimate i 360 Upmix) czy skonfigurować zaawansowane funkcje, takie jak asystent głosowy czy natychmiastowy dostęp do wybranych aplikacji zewnętrznych (m.in. Spotify Tap, YouTube Music Quick Access). Rozczarowują bardzo skromne możliwości konfiguracji w zakresie sterowania słuchawkami. Możemy co prawda wyłączyć gesty dotykowe, ale nie możemy zmienić ich działania ani przypisać ich funkcjonalności do innych klawiszy. Izolacja i ANC Skuteczne ANC to znak rozpoznawczy słuchawek Sony i nie inaczej jest w przypadku testowanego modelu. Działa ono fenomenalnie, eliminując zdecydowaną większość hałasów. Bez trudu poradzą sobie w rozklekotanym tramwaju, hałaśliwym biurze czy podczas lotu samolotem. Jakość dźwięku Sony 1000X The Collexion wyposażono w przetworniki dynamiczne o średnicy 30 mm i oporności 48 omów. Pasmo przenoszenia to 20 Hz do 40 kHz, a w przypadku transmisji bezprzewodowej mamy do dyspozycji kodeki SBC, AAC, LC3 i LDAC. Odsłuchów na potrzeby testów dokonywałem po Bluetooth z wykorzystaniem tego ostatniego. Na początek mała spowiedź: w przeszłości mocno krytykowałem korzystanie przez Japończyków z tak małych driverów. Ba, to im przypisywałem większość problemów brzmieniowych Sony WH-1000XM5. Po spotkaniu z Sony 1000X The Collexion muszę jednak odszczekać to, co wtedy pisałem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób inżynierom udało się oszukać prawa fizyki, ale te maleństwa grają naprawdę fenomenalnie. Bo nie będę owijał w bawełnę – testowany model dźwiękowo wypada absolutnie fantastycznie. Sony 1000X The Collexion grają brzmieniem, którego mogłyby pozazdrościć im niejedne słuchawki o typowo audiofilskim zacięciu: dojrzałym, bardzo dobrym technicznie, a jednocześnie przystępnym dla mniej osłuchanych użytkowników. Zacznijmy od tego, że to ciepłe i ciemne słuchawki. Jest dużo niskich tonów, jednak są one prezentowane raczej jako masywny fundament dźwięku, a nie dopałka sekcji rytmicznej, która ma tuszować braki dynamiki. Niskie tony schodzą bardzo nisko, komfortowo poruszając się w obszarze subbasu, a jednocześnie mają wyraźną fakturę i charakteryzują się naturalnym zróżnicowaniem. Jest tu pewna sprężystość i wyraźnie nakreślony kontur, którego często brakuje słuchawkom konsumenckim, a które są bardzo istotne dla naturalnych instrumentów grających w niższych rejestrach, np. dla kontrabasu i dobrze nagranej stopy perkusyjnej. Wrażenie basowości pogłębia fakt, że na drugim końcu spektrum słuchawki są bardzo zachowawcze. Wysokie tony są wycofane, jednak w odbiorze wyraźnie słychać, że jest to efekt świadomego strojenia, a nie brak natury technicznej. Efekt jest taki, że choć soprany są w miksie obecne i brzmią poprawnie, to podane są w sposób łagodny i wycofują się, zanim zrobi się zbyt jasno i nieprzyjemnie. Uważam, że w przypadku tego modelu daje to całkiem fajny efekt, bo pozwala skutecznie zamaskować niedostatki gorzej wyprodukowanych nagrań, gdzie góra jest często podawana w sposób zbyt agresywny (Fleetwood Mac – Dreams) lub pojawia się tendencja do sybilizacji (Katie Melua – Nine Million Bicycles). A średnica? Szczegółowa, naturalna i bardzo intymna. Spokojne utwory wokalne, szczególnie w aranżu akustycznym, brzmią tutaj naprawdę spektakularnie, urzekając swoim ciepłem i bezpośredniością. To słuchawki w zasadzie stworzone, by odpalić ulubiony kawałek Nory Jones, rozsiąść się wygodnie w fotelu i dosłownie rozpłynąć się w muzyce. Jednak żeby była jasność – poradzą sobie także z każdym innym repertuarem. Generalnie jakość dźwięku i sposób jego podania spokojnie usprawiedliwiają wygórowaną cenę testowanego modelu. Ciężko się na tym polu do czegoś przyczepić, choć oczywiście kilka obszarów by się znalazło. Przede wszystkim scena jest mocno kameralna, co w niektórych kawałkach skutkuje graniem stanowczo zbyt bezpośrednim. Z kolei ocieplona średnica w parze z wycofanymi wysokimi tonami odbija się na separacji, przez co w niektórych gęstych realizacjach (muzyka klasyczna, chórki) granice między poszczególnymi źródłami pozornymi robią się niewyraźne. Są to jednak szczegóły i nawet nie traktowałbym ich do końca w kategorii wad, a raczej jako cechy tutejszego sposobu serwowania dźwięku. Mikrofon Wbudowany mikrofon oceniam jako w zasadzie wzorowy. Choć nie jest to jakość studyjna, to dźwięk rejestrowany przez Sony 1000X The Collexion pozbawiony jest znaczących zniekształceń. Głos jest wyraźny, a zmiana barwy głosu wynika głównie z agresywnego filtra odszumiającego, który jednak swoją robotę wykonuje bardzo dobrze. Mówiąc krótko, to świetny sprzęt do rozmów. Bateria Według deklaracji producenta, Sony 1000X The Collexion na jednym ładowaniu powinny wytrzymać ok. 24 godziny przy włączonej redukcji szumów. Wynik przeciętny, ale powinien wystarczyć do komfortowego korzystania w większości scenariuszy. Podsumowanie Tak zupełnie szczerze, podchodziłem do testów Sony 1000X The Collexion bardzo sceptycznie. Spodziewałem się cynicznego podbijania ceny i używania marketingowego bełkotu jako zasłony dymnej dla średnio udanego produktu. Ale wiecie co? Myliłem się. Testowane słuchawki są naprawdę fenomenalne i samym swoim brzmieniem udowadniają, że grają w zupełnie innej lidze niż tańsze WH-1000XM. A czy są warte swojej ceny? Jeśli uważacie, że jakiekolwiek słuchawki są warte płacenia za nie blisko 3000 zł, to tak. Sam mam co do tego kilka wątpliwości – chociażby dlatego, że za te pieniądze oczekiwałbym wygodniejszej obsługi, bardziej przemyślanych opcji personalizacji i dłuższego czasu pracy na jednym ładowaniu. Nie zmienia to natomiast faktu, że to jedne z najlepszych słuchawek, jakie kiedykolwiek przyszło mi testować i to niezależnie od budżetu.

0
ARKADIUSZ BAłA
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Kazali im tego nie robić. Japończycy dokonali niemożliwego w kosmosie
Kosmos 13:13

Kazali im tego nie robić. Japończycy dokonali niemożliwego w kosmosie

1
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
To może pogorszyć ADHD. Narażona jest szczególnie jedna grupa
Nauka 12:22

To może pogorszyć ADHD. Narażona jest szczególnie jedna grupa

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Facebook: coś dziwnego dzieje się z portalem. Strona nie działa
Aplikacje 10:41

Facebook: coś dziwnego dzieje się z portalem. Strona nie działa

3
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Odkryto sekret zagłady dinozaurów. Naukowcy zidentyfikowali meteoryt
Nauka 09:52

Odkryto sekret zagłady dinozaurów. Naukowcy zidentyfikowali meteoryt

3
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Park Jurajski - tego nie wiedziałeś. Znalazł się tam sprzęt za miliony
Telewizja i VoD 18 LIP 2026

Park Jurajski - tego nie wiedziałeś. Znalazł się tam sprzęt za miliony

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
FiiO znów to robi. Piękne Snowsky Nature dla budżetowego audiofila
Sprzęt 18 LIP 2026

FiiO znów to robi. Piękne Snowsky Nature dla budżetowego audiofila

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Tanie słuchawki z ANC jeszcze taniej. x-kom wyprzedaje za kilka dych
Sprzęt 18 LIP 2026

Tanie słuchawki z ANC jeszcze taniej. x-kom wyprzedaje za kilka dych

2
PAWEł MARETYCZ
1.
Powerbank z lampką nocną? W tym szaleństwie jest metoda
Sprzęt 18 LIP 2026

Powerbank z lampką nocną? W tym szaleństwie jest metoda

1
PATRYCJA KORBA
1.
Czemu elektronika drożeje, a telewizory nie? Poznaliśmy sekret branży
Sprzęt 18 LIP 2026

Czemu elektronika drożeje, a telewizory nie? Poznaliśmy sekret branży

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Ayaneo z nową retro konsolą KONKR Pocket Advance. Jak Game Boy Advance
Sprzęt 18 LIP 2026

Ayaneo z nową retro konsolą KONKR Pocket Advance. Jak Game Boy Advance

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Apple zastrasza byłych pracowników. Kilkudziesięciu...
Sprzęt 18 LIP 2026

Apple zastrasza byłych pracowników. Kilkudziesięciu...

0
PATRYCJA KORBA
1.
Masz komputer tej marki? Dzięki aktualizacji Windowsa 11 stanie się bezużyteczny
Sprzęt 18 LIP 2026

Masz komputer tej marki? Dzięki aktualizacji Windowsa 11 stanie się bezużyteczny

1
PAWEł MARETYCZ
1.
Ten pancerny tablet z 5G jest na wyposażeniu armii USA, a może być Twój
Sprzęt 18 LIP 2026

Ten pancerny tablet z 5G jest na wyposażeniu armii USA, a może być Twój

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Lidl ma rower elektryczny tańszy niż składak. To tajna promocja
Telepolis.pl
Sprzęt 18 LIP 2026

Lidl ma rower elektryczny tańszy niż składak. To tajna promocja

1
DOMINIK KRAWCZYK
1.
Honor Robot Phone wchodzi do sprzedaży, to już pewne
Telepolis.pl
Sprzęt 18 LIP 2026

Honor Robot Phone wchodzi do sprzedaży, to już pewne

1
LECH OKOń
1.
Action zaskakuje za 19,90 zł. To ściemniacz dla foliarza
Telepolis.pl
Sprzęt 18 LIP 2026

Action zaskakuje za 19,90 zł. To ściemniacz dla foliarza

4
PATRYCJA KORBA
1.
Europa idzie z Tajwanem na noże. Powodem ASML
Tech 17 LIP 2026

Europa idzie z Tajwanem na noże. Powodem ASML

7
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Apple znowu na szczycie. NVIDIA straciła koronę
Tech 17 LIP 2026

Apple znowu na szczycie. NVIDIA straciła koronę

2
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Więcej nowości
Google zmienia zdanie. Od teraz za to zapłacisz
Oprogramowanie 17 LIP 2026

Google zmienia zdanie. Od teraz za to zapłacisz

Zapowiada już jakiś czas temu decyzja dotyka kolejnych użytkowników. Pojawiły się pierwsze doniesienia posiadaczy smartfonów z Androidem z Polski. Gigant z Mountain View szykuje istotną zmianę dla użytkowników Androida. Wkrótce wszystkie dane przechowywane w kopii zapasowej smartfonu zaczną zajmować miejsce na koncie Google. Dotychczas do limitu wliczano przede wszystkim zdjęcia, filmy oraz dane z wiadomości MMS. Google uspokaja, to będą kosmetyczne różnice Po wejściu nowych zasad limit będą pomniejszać również SMS-y, historia połączeń, ustawienia urządzenia i dane aplikacji. Google rozpoczęło wdrażanie zmian 7 lipca w przypadku nowych użytkowników. Istniejące konta mają być obejmowane nowymi zasadami stopniowo w kolejnych miesiącach. Część osób otrzymuje wiadomości e-mail z dokładnym terminem, np. z 45-dniowym wyprzedzeniem. Nie powinno to jednak oznaczać nagłego zniknięcia kilku gigabajtów przestrzeni. Według Google przeciętna kopia zapasowa urośnie wskutek zmiany o około 40 MB. Rzeczywisty wynik będzie zależał od liczby aplikacji oraz ilości przechowywanych wiadomości i innych danych. Google daje użytkownikom większą kontrolę Wraz z nowymi zasadami pojawią się dokładniejsze ustawienia kopii zapasowej. Użytkownicy Androida 9 lub nowszego będą mogli wybrać konkretne aplikacje i rodzaje danych zapisywane w chmurze. Osobne przełączniki otrzymają m.in. SMS-y i MMS-y, historia połączeń i ustawienia urządzenia. Nowe opcje mają trafiać na urządzenia stopniowo. Przekroczenie dostępnego limitu spowoduje wstrzymanie tworzenia nowych kopii zapasowych. W takiej sytuacji konieczne będzie usunięcie części danych lub wykupienie większego pakietu Google One. Darmowe konto Google nadal zapewnia do 15 GB współdzielonej przestrzeni dla Gmaila, Dysku Google, Zdjęć Google i pozostałych usług.

4
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.

Więcej nowości

Netia odpala sportową bombę. Od połowy sierpnia rozszerza ofertę
Telewizja i VoD 17 LIP 2026

Netia odpala sportową bombę. Od połowy sierpnia rozszerza ofertę

Netia rozszerza współpracę z CANAL+ i od 17 sierpnia udostępni swoim abonentom m.in. pakiet CANAL+ ULTRA, zapewniający dostęp do pełnej oferty sportowej CANAL+, w tym transmisji hiszpańskiej LALIGA EA SPORTS.  Co więcej, Netia zapewni także dostęp do serwisu streamingowego CANAL+. Równo za miesiąc, od 17 sierpnia w ofercie operatora dostępna będzie pełna oferta sportowa CANAL+ (w tym CANAL+ ULTRA), dzięki czemu abonenci Netii będą mogli oglądać między innymi: Ligę Mistrzów UEFA, LALIGA EA SPORTS, Premier League, PKO Bank Polski Ekstraklasę, rozgrywki żużlowe, gale MMA oraz turnieje WTA Tour. Gratka fla fanów LALIGA EA SPORTS Netia podkreśla, że jest pierwszym operatorem, który może się pochwalić wprowadzeniem CANAL+ ULTRA do swojej oferty. Może to szczególnie zainteresować fanów hiszpańskiej LALIGA EA SPORTS, ponieważ od sezonu 2026/2027 CANAL+ jest wyłącznym nadawcą tych rozgrywek w Polsce. Widzowie będą mogli śledzić wszystkie mecze ligi hiszpańskiej przez pięć kolejnych sezonów. Wprowadzenie m.in. CANAL+ ULTRA oznacza ogromne wzmocnienie naszego sportowego portfolio. Łącząc treści CANAL+ z kanałami Grupy Polsat Plus, czyli Eleven Sports i Polsat Sport Premium, tworzymy wyjątkowo szeroką ofertę dla kibiców piłki nożnej i innych dyscyplin – powiedział Tomasz Dakowski, Członek Zarządu, Dyrektor Generalny Obszaru B2C w Netii. Za kilka miesięcy abonenci Netii korzystający z nowej oferty zyskają również dostęp do serwisu streamingowego CANAL+. Tym samym jeszcze więcej transmisji, programów i treści będzie można oglądać nie tylko na ekranie telewizora, ale także na urządzeniach mobilnych. Szczegółowe informacje dotyczące pakietów, cen i warunków skorzystania z oferty zostaną opublikowane w dniu startu oferty, czyli 17 sierpnia.

4
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.

Więcej nowości

Tak ma wyglądać Polska po nowemu. To są jakieś żarty
Telepolis.pl
Felietony 16 LIP 2026

Tak ma wyglądać Polska po nowemu. To są jakieś żarty

Rada Przyszłości w końcu odsłoniła karty. Grono specjalistów ds. nowych technologii przedstawiło rekomendacje w zakresie rozwoju Polski. Po ich lekturze można dojść do wniosku, że podobną rolę mogłaby pełnić grupa licealistów. Premier i prezydent konkurują na przynajmniej kilku płaszczyznach, a jedną z nich jest liczba powołanych rad. Mają one być ciałami doradczymi, które pomogą najważniejszym politykom w państwie podejmować decyzje w istotnych kwestiach. Czy owe podmioty są potrzebne? Pod tym kątem należałoby zapewne prześledzić działalność każdego z podmiotów, ale ogólnie rzecz ujmując, bardzo w to wątpię. Wystarczy spojrzeć na działalność Rady Przyszłości. Rada Przyszłości kieruje Polskę w XXI wiek Nim przejdę do konkretów, warto przypomnieć, czym jest Rada Przyszłości. Otóż mowa o grupie ekspertów, która ma m.in. zidentyfikować nowe silniki wzrostu polskiej gospodarki, wskazać politykom i urzędnikom, jak komercjalizować technologie w Polsce, jak skrócić drogę od badań do produktu czy usługi. Pisząc krótko: Rada ma wskazać rządzącym jak odnaleźć się w nowoczesnym świecie. A pomóc mają w tym znani biznesmeni czy przedstawiciel środowiska naukowego. Lista nazwisk naprawdę robi wrażenie. Nie jest to pierwszy tekst, w którym podejmuję temat tego ciała doradczego. Pod koniec maja pisałem, że dotychczas odbyły się dwa oficjalne posiedzenia Rady w formule stacjonarnej, że na razie nie przyniosły one konkretów, ale przynajmniej nic nas to nie kosztuje, bo członkowie Rady działają społecznie. Niech zatem dalej obradują i głowią się nad tym, jak uczynić z Polski drugą Koreę. Najlepiej Południową.  Minęło kilka tygodni i można ogłosić przełom. Oto Rada Przyszłości przyjęła pierwsze rekomendacje strategiczne. Nie ukrywam, że zabierałem się do ich lektury z szybciej bijącym sercem. Wszak chodzi o wskazówki dot. długoterminowego rozwoju Polski. Eksperci uradzili, na co należy zwrócić uwagę, by odnaleźć się w świecie, który pędzi i nieustannie się zmienia, który być może stoi u progu rewolucji tzw. sztucznej inteligencji, eksploracji kosmosu, zaawansowanej robotyki. Po zapoznaniu się z rekomendacjami byłem zmieszany. Eufemistycznie rzecz ujmując. Suwerenność to ważna rzecz. Także ta cyfrowa Członkowie Rady Przyszłości doszli m.in. do wniosku, że istotna jest suwerenność technologiczna państwa. I rekomendowane jest uniezależnianie się od zagranicznych technologii w obszarze np. bezpieczeństwa. Trzeba wzmacniać krajową infrastrukturę cyfrową i rozwijać rodzime modele tzw. sztucznej inteligencji.  Epokowe odkrycie? Może dla niedźwiedzia, który dopiero teraz wyszedł ze swojej gawry. Chociaż i on jesienią mógł zdawać sobie sprawę z tego, że uzależnianie się od innych państw, zagranicznych firm, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Ale nie ma co śmieszkować – pewnie taki punkt wpadł na rozgrzewkę. Kolejne muszą być rekomendacjami na miarę Rady Przyszłości.  Pieniędzy lepiej nie rozrzucać z helikoptera Okazuje się, że kolejny punkt dotyczy skoncentrowania finansowania badań na ograniczonej liczbie obszarów. Pieniądze mają być kierowane tam, gdzie mogą przynieść największe korzyści. I ponownie wspomina się o tzw. sztuczne inteligencji, rozwiązaniach kosmicznych czy kwantowych. A skoro już o pieniądzach mowa, warto dodać, że inny punkt mówi o usprawnieniu finansowania innowacyjnych przedsiębiorstw. Ale tu ważne zastrzeżenie: na wszystkich etapach rozwoju. To tzw. game changer. Eksperci doszli do wniosku, że trzeba np. zwiększyć rolę kapitału prywatnego i poprawić warunki funkcjonowania funduszy VC. Rzeczywiście, wcześniej nikt o tym nie mówił... Bariery mogą szkodzić Mało? No to dorzucę "ograniczenia barier utrudniających rozwój polskich spółek technologicznych". A ma się to odbywać poprzez m.in. "cyfryzację obrotu udziałami, szersze wykorzystanie pilotaży technologicznych w administracji publicznej oraz wyznaczenie krajowego organu nadzoru nad sztuczną inteligencją". Uradzono też, że Polska powinna aktywnie uczestniczyć w tworzeniu europejskich regulacji. Trzeba zadbać o nieletnich Ostatni punkt, swoista truskawka na torcie, jak ująłby to klasyk, dotyczy "ochrony małoletnich w środowisku cyfrowym". Wspomina się m.in. o większej odpowiedzialności platform cyfrowych, walce z uzależnieniami od mediów społecznościowych czy skutecznej weryfikacji wieku. W tej kwestii członkowie Rady pewnie zbiliby piątki z ekipą z prezydenckiej Rady Nowych Mediów. Tamci eksperci również chcą zadbać o nieletnich w przestrzeni cyfrowej. Ale w ich przypadku granice absurdu przesunięto – do grona ekspertów zaproszono przedstawicieli bigtechów. I to oni mają uradzić, jak chronić dzieci przed negatywnym wpływem bigtechów na naszą rzeczywistość… Rekomendacje rodem z Filipinki z 1993 roku Na takie rekomendacje mógłby się porwać licealista na lekcji przedsiębiorczości. Między zajęciami z haratania w gałę i lekcją, na której dowiadywałby się, jak złamać klucz na maturze z polskiego. Ale Rada Przyszłości składa się z ekspertów, nierzadko znanych ludzi, którzy odnieśli sukces. Po tym gronie można się spodziewać więcej. Jednocześnie można dojść do wniosku, że jeśli polscy decydenci potrzebują rad tego typu, to nie jest dobrze. Przecież to jest elementarz. Nawet na poziomie rozwiniętym te zagadnienia są komunikowane od lat.  Z komunikatu Ministerstwa Rozwoju i Technologii można się dowiedzieć, że samo ogłoszenie rekomendacji to nie koniec – teraz będą one "przedstawiane właściwym organom administracji publicznej". Ma dojść do konfrontacji zaleceń z doświadczeniami administracji. Chciałbym napisać, że na tym etapie wydarzy się coś konstruktywnego i wartego uwagi, ale obawiam się, że ową uwagę zwrócę nie z powodów merytorycznych.  Kilka miesięcy temu zastanawiałem się, po co jest ten miś ta rada, na odpowiedź nadal czekam. 

7
MACIEJ SIKORSKI
1.

Popularne porównania