Wyglądają jak AirPods Max, nieźle grają i kosztują grosze. Test Havit Space S1
Telepolis.pl
Testy sprzętu 13 CZE 2026

Wyglądają jak AirPods Max, nieźle grają i kosztują grosze. Test Havit Space S1

Czasami warto postawić na mniej znane marki słuchawek. Zamiast wydawać fortunę na modele z najwyższej półki, można cieszyć się dobrym brzmieniem za ułamek takiej kwoty. Havit Space S1 to właśnie taki przykład – niedrogie słuchawki w stylu AirPods Max z mocnymi atutami. Havit to mało znana marka, która u mnie, gdy pierwszy raz się z nią zetknąłem, wywołała skojarzenie – „supermarketowy noname”. Nic bardziej mylnego, to firma z blisko 30-letnim doświadczeniem, założona w 1998 roku w chińskim Kantonie. Ma bogate portfolio sprzętu i akcesoriów dla graczy, drobnej elektroniki domowej, no i także słuchawek, zarówno małych TWS, jak i nausznych.  Jako entuzjasta sprzętu chi-fi wiem, że producenci z Chin potrafią nieźle zaskoczyć jakością urządzeń audio, chociażby w segmencie monitorów IEM czy odtwarzaczy DAP. Havit to nieco inna kategoria, mniej audiofilska, za to bardziej konsumencka, ale firma również mnie zaskoczyła – swoim modelem słuchawek Space S1. Havit Space S1 kosztują od 208 zł za wersję niebieską i srebrną, droższy jest wariant złoty – oznacza wydatek 245 zł. To mocno oblegany, ale też przyjazny dla kieszeni użytkownika segment rynku. Nie zdradzę wiele, gdy od razu powiem – za takie kwoty zakup Havit Space S1 to dobry interes. Havit Space S1 – najważniejsze dane techniczne Typ: słuchawki wokółuszne Konstrukcja: pełnowymiarowe, z obrotowymi muszlami i regulowanym pałąkiem Łączność: Bluetooth: 6.0, jack audio 3,5 mm Kodeki audio: SBC, AAC, LHDC Przetworniki: dynamiczne 40 mm Pasmo przenoszenia: 20–40 000 Hz Impedancja: 32 Ω Czułość: 120 dB ANC: aktywna redukcja szumów do 45 dB Mikrofony: 5 wbudowanych mikrofonów Bateria: 800 mAh Czas odtwarzania muzyki: do 100 godz. bez ANC Masa: 258 g Wymiary: 200,7 × 172,2 × 79,2 mm Kolory: niebieski, srebrny, złoty Wygląd jak Apple AirPods Max Początki ze Space S1 nie były jednak najlepsze. Co prawda słuchawki Havit przyjeżdżają w bardzo ładnym pudełku, jak sprzęt wyższej klasy, a w środku znajduje się miły dodatek – solidne, sztywne etui przenośne, ale chodzi o coś innego. Niestety, zarówno pokrowiec, jak i same słuchawki, na początku mocno zniechęciły dziwnym, chemicznym zapachem. Ze słuchawek wywietrzał na dobre dopiero po jakichś dwóch tygodniach, początkowo musiałem je na dwa dni odłożyć na parapet, by zapach zniknął. Podobnie było z etui. Dalszy kontrakt ze słuchawkami był jednak o wiele lepszy. Choć nazwa modelu Space S1 kojarzy się z inną, chińską marką audio i jej popularną serią, to wyglądem i konstrukcją słuchawki mocno nawiązują do Apple AirPods Max. Nie da się ukryć – inspiracja była bardzo duża, niemal identyczna jest cała konstrukcja, ukształtowanie pałąka czy kształty muszli. Z daleka łatwo się pomylić. Havit Space S1 mają jednak kilka swoich unikatowych cech, więc nie jest to kopia 1:1. Zaokrąglone muszle Havit Space S1 są sztywne, twarde i wyglądają jak pancerzyki. W ich dolnej części uwagę zwracają dość duże kratki mikrofonów odpowiedzialnych za ANC. Na lewej muszli nic już więcej nie znajdziemy, za to na prawej ulokowane są elementy sterujące – przycisk ANC (przełącza się między tłumienie, trybem neutralnym i transparentnym), przycisk zasilania (pozwala stopować i wznawiać odtwarzanie), a także bardzo ciekawy element – pokrętło sterujące.  Pokrętło jest duże, ma nawet wystający dzióbek dla wygodniejszego używania, choć trochę psuje minimalistyczny wygląd muszli. Funkcjonalnie to jednak duże ułatwienie, pokrętłem można wykonać cztery rodzaje operacji zebrane w dwóch zestawach do wyboru – pogłaśniać, ściszać oraz cofać i przesuwać do następnego utworu. Nie ma jednak opcji zmiany tych zachowań (poza wyborem jednego z dwóch schematów). Działa to całkiem fajnie i bardzo ułatwia używanie słuchawek. Pozostałe przyciski mają też dodatkowe opcje, np. przytrzymanie ANC przez 2 sekundy aktywuje tryb dźwięku przestrzennego. Na prawej muszli, na samym dole znalazły się jeszcze dwa porty – USB-C do ładowania oraz wejście audio 3,5 mm. Nauszniki są bardzo miękkie, wykończone pianką z efektem pamięci i miłe dla ucha, w pełni je otaczają. W gorące dni niestety pojawia się problem nadmiernego nagrzewania się, ale nie ma dramatu. Pałąk ma formię wygiętego, chromowanego pręta z miękką, miłą w dotyku opaską ze sztucznej skóry. Zakres regulacji nie jest jednak rekordowy, więc jeżeli ktoś ma dużą głowę, bujną czuprynę lub chce zimą nosić słuchawki na czapce, to najlepiej przed zakupem sprawdzić słuchawki w stacjonarnym sklepie. Niestety, prosta, minimalistyczna konstrukcja uniemożliwia złożenie słuchawek – można je tylko przekręcić o 90 stopni, by się spłaszczyły po zdjęciu z głowy.  Havit Space S1 ważą 258 g, a więc nie są najlżejsze. Pałąk jest dobrze wyprofilowywany, opaska miękka, można używać słuchawek przez parę godzin bez nadmiernego zmęczenia, ale... Przyznam jednak, że co jakiś czas musiałem je zdjąć na minutę czy dwie, bo dla mnie okazały się odrobinę zbyt ciasne. Ten nacisk u bardziej wrażliwych użytkowników może wywołać szybsze zmęczenie. Całość jest solidna, wygląda atrakcyjnie i będzie dobrze wyglądała zarówno na kobiecej głowie, jak i męskiej. Testowany przeze mnie wariant niebieski to raczej wpadający w szarość granat, pozostałe dwa są jasne i bardziej w stylu Apple.  Co siedzi w środku? Havit Space S1 wyposażone w dynamiczne przetworniki 40 mm zapewniające pasmo przenoszenia 20-40 000 Hz. Za łączność odpowiada Bluetooth 6.0 z bardzo interesującym zestawem kodeków. Otóż poza standardowym SBC i AAC otrzymujemy tu LHDC, zarówno w wersji v3, jak i v5. LHDC to hiresowy (przepływność do 990 kbps oraz wsparcie dla gęstych formatów przy próbkowaniu 24 bit / 192 kHz) kodek znany dobrze ze słuchawek chińskich marek jak OnePlus, Oppo, Realme czy Xiaomi. Ciekawostką jest jednak to, że większość słuchawek z LHDC to modele TWS, za to wokółusznych jest niewiele. Wybór Havit Space S1 może być więc dobrą opcją dla posiadaczy smartfonów wspomnianych marek (ale też np. Honor czy Huawei), którzy mają dość dokanałówek, za to szukają czegoś większego. Zgodność z LHDC pozwoli wycisnąć z telefonu i słuchawek najlepszą jakość dźwięku.  W Space S1 zabrakło za to obsługi popularnego kodeka LDAC, dostępnego w każdym smartfonie z Androidem. Szkoda, ale zawsze zostaje w odwodzie AAC. Skromnie: aplikacja i zestaw funkcji Do zarządzania słuchawkami służy aplikacja Havit Life. Na starcie próbuje wymusić zakładanie konta, wyświetla też własne reklamy, funkcjonalnie jednak jest dość skromna. Są jednak najważniejsze opcje jak ustawienia redukcji ANC, włączniki dźwięku przestrzennego i trybu gier, wybór zestawu akcji dla pokrętła, a głębiej w menu – wybór kodeka, opcja połączenia dwóch urządzeń na raz czy aktualizacje OTA. Equalizer podsuwa kilka gotowych schematów korekcji, można też stworzyć własne – tu do dyspozycji otrzymujemy aż 10 pasm. [gallery][img]255705[/img][img]255707[/img][img]255703[/img][img]255704[/img][img]255706[/img][img]255708[/img][/gallery] I to tyle w części słuchawkowej. Prostota aplikacji pokazuje pewne ograniczenia Space S1, które ostatecznie wpływają na ich niższą cenę. Nie ma sterowania słuchawkami za pomocą gestów po muszli (ale od tego jest pokrętło), nie ma funkcji wykrywania zdejmowania i zakładania słuchawek, zabrakło nawet wyłącznika czasowego. Takich rzeczy trzeba więc pilnować ręcznie. Nie jest to zarzut – w tej cenie takie funkcje byłyby miłym, ale nie obowiązkowym dodatkiem. Jak grają Space S1? Ocena brzmienia w Havit Space S1 jest trochę skomplikowana, bo słuchawki mają domyślnie dość dziwne strojenie z krzywą brzmieniową przypominającą poszarpaną sinusoidę. Ten profil charakteryzuje się zmniejszonym basem w 31 Hz, ale mocnym podbiciem w okolicach 62 Hz, wyraźnym zaakcentowaniem średnich tonów przy 500 Hz oraz 2 kHz, a także podbiciem wysokich tonów na poziomie 8 kHz przy jednoczesnym głębokim wycięciu pasma 4 kHz.  Nie wiadomo, czemu ma to służyć, bo takie ustawienie sprawia, że dźwięk staje się bardzo agresywny i nienaturalny. Źle to brzmi, choć w niektórych utworach na początku może pozornie zabrzmieć efektownie. Po dłuższym słuchaniu jednak męczy. Nie polecam tego profilu, problem w tym, że słuchawki nie mają pamięci EQ, więc podłączenie się do każdego nowego urządzenia wymaga zainstalowania aplikacji i dokonania korekcji. Bez tego zawsze uruchamia się ten dziwny profil. Nie jest to wielki problem w smartfonach, ale na innych urządzeniach, jak laptopy, odtwarzacze DAP, domowe systemy audio czy telewizory – już tak. Inne profile EQ są jednak bardziej trafione. Np. pod nazwą Class znajduje się lekka V-ka, z trochę podkręconym basem, wycofaną średnica i nieco mniej podniesionymi sopranami. Mnie osobiście ten profil najbardziej przypadł do gustu, ale można oczywiście zmienić te ustawienia wedle uznania, 10 pasm EQ daje spore możliwości. Po spłaszczeniu krzywej dźwięk będzie naturalny, wciąż miły dla ucha, ale zapewne jednak dla większości słuchaczy okaże się zbyt płaski, więc indywidualna korekta będzie wskazana. Po nałożeniu lekkiej V-ki słuchawki zagrają bardzo atrakcyjnie i rozrywkowo. Bas jest bardzo punktowy, momentami pulsujący, miłośnicy subbasów i najniższych tonów też powinni się w tym odnaleźć, chociaż pełne wzmocnienie najniższego pasma w equalizerze może już powodować lekkie przesterowania, lepiej więc go nie podbijać powyżej połowy górnej części skali (3 dB). Średnicę słychać, choć nie będzie dominować, za to trzeba uważać na soprany – tu również podbicie ich na equalizerze powyżej 3 dB spowoduje niezbyt miłe wrażenia słuchowe, syczenia i sybilanty. Mimo pewnych ograniczeń Havit Space S1 potrafią zagrać bardzo angażująco, z dużą dynamiką. Pod tym względem nie ustępują znacznie droższym słuchawkom. Niezłe wrażenie robi także przestrzenność sceny, dźwięki nie tłoczą się w środku głowy.   Havit Space S1 świetnie zabrzmią w energetycznym popie, pop-rocku, melodyjnej elektronice, lekkim rapie, czyli muzyce z list przebojów. Raczej nie jest to propozycja dla wymagających słuchaczy jazzu czy klasyki, choć i w tych gatunkach Space S1 sprawdzą się na niezłym poziomie. Space S1 działają także w trybie pasywnym po podłączeniu przewodu 3,5 mm. Strojenie jest zupełnie inne, bardziej płaskie i naturalnie, a natężenie dźwięku większe. Brzmi to całkiem dobrze, choć może nie tak kolorowo, jak w trybie aktywnym. Na pewno w sytuacjach awaryjnych to połączenie też się sprawdzi. ANC i rozmowy głosowe Havit Space S1 wyposażone są w system redukcji hałasu ANC z deklarowanym przez producenta poziomem tłumienia do 45 dB. W sumie słuchawki mają aż 5 mikrofonów, w tym dwa na zewnętrznych stronach muszli odpowiadają tylko za tłumienie. Można skorzystać z opcji regulacji ANC w pięciostopniowej skali lub wybrać tryb adaptacyjny, chyba w sumie najlepszy. Efekt jest zaskakująco dobry, co przetestowałem na trwającym pod moim oknem już chyba drugi miesiąc remoncie. Hałas na ulicy jest tak duży, że zakładałem Space S1 bez odtwarzania muzyki, byle zyskać trochę ciszy. I to działało. Słuchawki sprawdzą się też na ulicy, w komunikacji miejskiej. Nie ma co prawda wrażenia całkowitego odcięcia od dźwięków, ale stają się one akceptowalnym tłem, które nie drażni uszu. Można wtedy włączyć muzykę i wtedy nic już nie przeszkadza. Dobrze działa też tryb transparentny, pozwalając zachować świadomość otoczenia bez nieprzyjemnego efektu dźwięku studni. Słuchawki mają jednak pewną dziwną cechę – po nowym uruchomieniu ANC jest w stanie wyłączonym, niezależnie od wybranego wcześniej trybu. Jakość dźwięku podczas rozmów telefonicznych jest przyzwoita, wyraźnie słychać rozmówcę, choć można narzekać na nieco suche brzmienie głosu. Rozmówca z drugiej strony rozumie wszystko bez problemów i zakłóceń, także w warunkach ulicznych.  Tych słuchawek nie zajedziesz Deklarowany przez producenta czas pracy słuchawek Havit Space S1 to nawet 100 godzin bez ANC. Brzmi nieźle, a jeszcze lepsze jest to, że nie ma w tym przesady. Sam słuchałem głównie z ANC (by uniknąć hałasu remontu za oknem), w połączeniach LHDC i w tej konfiguracji, używając Space S1 przez 7-8 godzin pracy, zużywałem dziennie około 10%. Realnie można więc liczyć na co najmniej 9 do 12 dni intensywnego słuchania bez obaw o rozładowanie. Samo ładowanie trwa dość długo, bo 2 godziny, ale robi się to tak rzadko, że to nie problem. Havit Space S1 – czy warto? Havit Space S1 robią niezłe wrażenie i na pewno warto się nimi zainteresować, jeżeli szukamy przystępnych cenowo słuchawek o wyglądzie i konstrukcji Apple AirPods Max. Co prawda dziwny zapach po wyjęciu z pudełka nie przypomina bynajmniej aromatu jabłek, ale później znika i jest coraz lepiej. Space S1 są stosunkowo wygodne, choć u części użytkowników będą zbyt mocno przylegać. Jakościowo konstrukcja jest jednak bez zarzutu, fajnym dodatkiem jest pokrętło, pozwalające bez komplikacji pogłaśniać i ściszać muzykę. Pod względem brzmieniowym Havit Space S1 wypadają bardzo dobrze, ale nie w domyślnym, agresywnym strojeniu. Można je skorygować w smartfonach z zainstalowaną aplikacją, ale już na laptopie czy domowym audio to się nie uda, a słuchawki nie zachowują w pamięci ustawień equalizera. Korekcja dźwięku będzie niezbędna, jednak dzięki 10 pasmom słuchawki można dostroić do swoich potrzeb. W przypadku smartfonów z aplikacją wystarczy zrobić to raz, bo później ustawienia będą ładowane za każdym razem po połączeniu. Havit Space S1 plusują też za skuteczny ANC, można w nich wyjść na ulicę i zatopić się w muzyce. Jakość połączeń telefonicznych jest poprawna, słuchawki sprawdzą się też do filmów i gier, dzięki obniżonej latencji. Mocnym atutem jest bardzo długi czas pracy. Nie są to słuchawki, które bym polecał bez zastrzeżeń, bo mają swoje słabsze strony, jednak kwota około 200 zł to uzasadniona cena.

1
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Sztuczna inteligencja wypija naszą wodę. Jedno zapytanie to pół litra
Aplikacje 13 CZE 2026

Sztuczna inteligencja wypija naszą wodę. Jedno zapytanie to pół litra

2
MARIAN SZUTIAK
1.
Zaspałeś przez iPhone'a. Apple wreszcie naprawia irytujący błąd
Oprogramowanie 13 CZE 2026

Zaspałeś przez iPhone'a. Apple wreszcie naprawia irytujący błąd

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Nowy Fallout i Elder Scrolls szybciej? Padła ważna deklaracja
Gry 13 CZE 2026

Nowy Fallout i Elder Scrolls szybciej? Padła ważna deklaracja

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Cofanie jaskry już możliwe? Odmładzanie komórek stało się faktem
Nauka 13 CZE 2026

Cofanie jaskry już możliwe? Odmładzanie komórek stało się faktem

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Dotknąć Słońca i przetrwać. Sonda NASA bije kosmiczne rekordy
Kosmos 13 CZE 2026

Dotknąć Słońca i przetrwać. Sonda NASA bije kosmiczne rekordy

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Masz taki telewizor? Wkrótce otrzymasz ciekawą nowość w Google Gemini
Aplikacje 13 CZE 2026

Masz taki telewizor? Wkrótce otrzymasz ciekawą nowość w Google Gemini

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Sekretna funkcja w One UI 9. Samsung posłuchał użytkowników
Oprogramowanie 13 CZE 2026

Sekretna funkcja w One UI 9. Samsung posłuchał użytkowników

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Gdy to stopnieje, podniesie się CO2. Przyspieszy to ocieplenie klimatu
Nauka 13 CZE 2026

Gdy to stopnieje, podniesie się CO2. Przyspieszy to ocieplenie klimatu

2
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Powerbanki wyginą w najbliższych latach, twierdzi szef Ankera
Sprzęt 13 CZE 2026

Powerbanki wyginą w najbliższych latach, twierdzi szef Ankera

8
PATRYCJA KORBA
1.
iPhone 18 Pro naprawi wielką wpadkę Apple. Koniec z kameleonem w kieszeni
Sprzęt 13 CZE 2026

iPhone 18 Pro naprawi wielką wpadkę Apple. Koniec z kameleonem w kieszeni

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Z zazdrością patrzę na HarmonyOS 7. Huawei wywraca stolik
Oprogramowanie 13 CZE 2026

Z zazdrością patrzę na HarmonyOS 7. Huawei wywraca stolik

2
PATRYCJA KORBA
1.
Topowe modele AI "tylko dla zarządu". USA blokuje dostęp innym krajom
Oprogramowanie 13 CZE 2026

Topowe modele AI "tylko dla zarządu". USA blokuje dostęp innym krajom

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
BOOX Go 6 (Gen II) dodaje rysik do małego czytnika
Sprzęt 13 CZE 2026

BOOX Go 6 (Gen II) dodaje rysik do małego czytnika

0
PATRYCJA KORBA
1.
Opóźniony lot? Unia opracowała nowe wytyczne
Wiadomości 13 CZE 2026

Opóźniony lot? Unia opracowała nowe wytyczne

1
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Zaktualizuj Windowsa 11. System przyspieszył
Oprogramowanie 13 CZE 2026

Zaktualizuj Windowsa 11. System przyspieszył

1
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Chcą skanować każdy smartfon, tablet i laptop. W imię bezpieczeństwa
Bezpieczeństwo 13 CZE 2026

Chcą skanować każdy smartfon, tablet i laptop. W imię bezpieczeństwa

9
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Wojna na rynku kamer. DJI pozywa Insta360
Sprzęt 13 CZE 2026

Wojna na rynku kamer. DJI pozywa Insta360

2
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
YouTube chce być jak TikTok. Ta zmiana to potwierdza
Aplikacje 13 CZE 2026

YouTube chce być jak TikTok. Ta zmiana to potwierdza

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Więcej nowości
Kosmiczne bogactwo stało się faktem. Elon Musk przebił niewyobrażalną barierę
Kosmos 12 CZE 2026

Kosmiczne bogactwo stało się faktem. Elon Musk przebił niewyobrażalną barierę

Historia finansów na naszych oczach wchodzi w zupełnie nową erę. Granica, która wydawała się niemożliwa do pokonania, właśnie pękła. Elon Musk oficjalnie został pierwszym bilionerem na Ziemi. Kosmiczny debiut na giełdzie Wszystko za sprawą wejścia firmy SpaceX na amerykańską giełdę Nasdaq. Czwartkowy debiut wyceniono początkowo na 135 dolarów za akcję (495 zł). To wystarczyło, aby majątek Muska powiększył się o 188 miliardów dolarów w zaledwie kilka godzin. Piątkowy poranek przyniósł kolejne wzrosty. Akcje szybko wystrzeliły do poziomu 164 dolarów za sztukę (601 zł). W efekcie całkowita wartość rynkowa kosmicznego giganta osiągnęła astronomiczne 2 biliony dolarów. Szef Tesli i SpaceX kontroluje obecnie aż 4,8 miliarda akcji swojego kosmicznego przedsięwzięcia. Do tego dochodzi 350 milionów opcji na akcje. Daje to Muskowi potężny pakiet 38% udziałów w firmie. Ten kawałek tortu jest dziś wart ponad 766 miliardów dolarów. Gdy dodamy do tego udziały w Tesli o wartości 280 miliardów, rachunek staje się prosty. Łączny majątek Elona Muska z łatwością przebija granicę biliona dolarów. Bogatszy niż całe państwa Skala tego bogactwa jest wręcz trudna do wyobrażenia. Osobisty majątek Muska jest teraz większy niż roczne PKB takich państw jak Szwecja, Irlandia czy Tajwan. Co więcej, biznesmen jest obecnie wart więcej niż pięciu kolejnych najbogatszych ludzi na planecie razem wziętych. To sytuacja bez precedensu w nowożytnej ekonomii. Jego droga na sam szczyt pokazuje ogromną potęgę nowoczesnych technologii. W 2012 roku Musk po raz pierwszy trafił na słynną listę miliarderów magazynu Forbes. Jego majątek wyceniano wtedy na skromne 2 miliardy dolarów. Niespełna dekadę później został najbogatszym człowiekiem świata po raz pierwszy. Eksperci finansowi przyznają wprost. Osiągnięcie statusu bilionera to kamień milowy, który jeszcze niedawno uznawano za absolutnie nierealny za naszego życia. Deszcz pieniędzy dla pracowników Musk nie jest jednak jedyną osobą, która ma powody do głośnego świętowania. Gigantyczny sukces giełdowy SpaceX przyniósł korzyści również załodze. Debiut stworzył tysiące nowych milionerów z dnia na dzień. Co więcej, kilku wieloletnich pracowników i dyrektorów firmy dołączyło nawet do elitarnego grona miliarderów. Stało się tak dzięki cennym opcjom na akcje, które pracownicy gromadzili przez lata lojalnej pracy dla kosmicznej spółki.

2
MARIAN SZUTIAK
1.

Więcej nowości

Koniec z drogim sprzętem do gier. GeForce NOW ma promocję na lato
Gry 12 CZE 2026

Koniec z drogim sprzętem do gier. GeForce NOW ma promocję na lato

Nadchodzą wakacje, a wraz z nimi świetna okazja dla fanów elektronicznej rozrywki. Usługa chmurowa Nvidii odpala potężną wyprzedaż. To idealny moment, by zagrać w największe hity bez inwestowania w mocny komputer. Potężny pecet wcale nie jest potrzebny Z każdym rokiem "cloud gaming" (granie w chmurze) zyskuje na popularności i staje się coraz bardziej przystępny. GeForce NOW wychodzi naprzeciw oczekiwaniom graczy z ofertą, którą naprawdę trudno zignorować. Właśnie wystartowała letnia promocja przynosząca jedne z największych obniżek w historii tej chmurowej platformy. Użytkownicy dostają dostęp do wciąż rosnącej biblioteki tytułów i najnowszych technologii za ułamek standardowej ceny. Przez ograniczony czas pakiety subskrypcyjne kupisz aż o 35 procent taniej. Cena promocyjna rocznego planu Ultimate wynosi obecnie 714,35 zł. Z kolei za 12-miesięczny plan Performance zapłacisz tylko 350,35 zł. To świetna okazja, by na własnej skórze przetestować płynną rozgrywkę napędzaną potężną architekturą GeForce RTX. Nie musisz się już martwić o to, czy twoja karta graficzna "uciągnie" nową grę. Grasz na czym chcesz i zapominasz o pobieraniu Sezonowa promocja świetnie zgrywa się w czasie z ciągłym rozwojem samej platformy. GeForce NOW pozwala na uruchomienie tysięcy wspieranych gier bezpośrednio z popularnych cyfrowych sklepów PC. Co w tym wszystkim najlepsze? Całkowicie omijasz żmudne pobieranie gigabajtów danych. Nie musisz też czekać na instalację kolejnych uciążliwych aktualizacji. Oszczędzasz mnóstwo miejsca na dysku i od razu wskakujesz do akcji. Rozgrywką możesz cieszyć się na urządzeniach, z których korzystasz na co dzień. Chmura działa świetnie na starych laptopach, smartfonach, tabletach czy telewizorach. Nvidia regularnie ulepsza swoje serwery, wprowadza usprawnienia techniczne i poszerza listę wspieranych sprzętów. Dzięki temu opłacanie abonamentu z miesiąca na miesiąc staje się po prostu coraz bardziej opłacalne. Guild Wars 3 nadciąga z niespodziankami To jednak nie koniec dobrych wiadomości. Platforma kusi nie tylko zniżkami, ale też świetnymi nowościami dla społeczności. Ogłoszono właśnie, że wyczekiwany hit Guild Wars 3 trafi do usługi GeForce NOW równo w dniu swojej premiery. Fani mogą już teraz dodać grę do swojej listy życzeń. Pozwoli to na bieżąco śledzić najnowsze zapowiedzi z uwielbianego świata Tyrii. Dodatkowo, dla obecnych abonentów przygotowano specjalne bonusy. Gracze bawiący się obecnie w Guild Wars 2 oraz Guild Wars Reforged mogą odebrać unikalne, limitowane nagrody. Wystarczy przypisać je bezpośrednio poprzez usługę GeForce NOW. Jeśli więc kiedykolwiek myślałeś o przesiadce na granie w chmurze, lepszej okazji w tym roku prawdopodobnie już nie będzie. [SALE-5625] [SALE-5626]

0
MARIAN SZUTIAK
1.

Więcej nowości

Google wysłał mnie do Chin. Jeden drobiazg wywołał chaos (aktualizacja)
Felietony 12 CZE 2026

Google wysłał mnie do Chin. Jeden drobiazg wywołał chaos (aktualizacja)

Po powrocie z krótkiej podróży wszystko wydawało się normalne. Do czasu, gdy Google nagle zaczął traktować mnie jak mieszkańca odległego kraju. Są problemy, które od razu wiadomo, skąd się biorą. Nie działa Internet? Awaria operatora. Telefon nie łapie zasięgu? Pewnie BTS padł. Komputer się zawiesza? Winny jest Windows, oczywiście. A są też problemy, które sprawiają, że zaczynasz kwestionować własne zdrowie psychiczne. Mój zaczął się niewinnie. Wróciłem do Polski po krótkim, czterodniowym pobycie w Chinach. Na miejscu korzystałem z VPN-a, bo bez niego korzystanie z wielu zachodnich usług internetowych jest co najmniej utrudnione. Do Państwa Środka przyleciałem w środę nad ranem, a do Polski wróciłem już w niedzielę rano. Z uwagi na różnicę czasu, pobyt wydawał się jeszcze krótszy, niż wskazywałby kalendarz. Po powrocie wszystko działało normalnie. Internet stacjonarny, telefon, Google, Gemini – żadnych problemów. Do czasu. Dwa dni później zauważyłem coś dziwnego. Wchodzę na Google i zamiast standardowej strony wyszukiwarki widzę adres kończący się na ".hk". Hongkong. Pomyślałem: ciasteczka. W końcu dopiero wróciłem z Azji. Wyczyszczenie danych przeglądarki nie pomogło. Uruchomiłem tryb incognito - nadal Hongkong. Spróbowałem na innym komputerze. To samo. Na telefonie? też to samo. I wtedy zrobiło się naprawdę ciekawie. Komputer, który nigdy nie był w Chinach Pierwsze objawy zauważyłem na komputerze, który nigdy nie opuścił Polski. Nigdy nie był w Chinach (nie licząc fabryki), nigdy nie korzystał z chińskiego VPN-a, nigdy nie widział nawet lotniska w Pekinie. A mimo to Google uparcie twierdził, że powinienem oglądać hongkońską wersję wyszukiwarki. Zacząłem więc sprawdzać kolejne urządzenia. Laptop, smartfon, tablet, drugi komputer, telewizor... Wszystkie zachowywały się identycznie. Google kierował mnie do Hongkongu lub do Chin, w tym ostatnim przypadku pokazując... Error 404. Gemini powiedział „nie” Prawdziwy alarm włączył się jednak dopiero wtedy, gdy spróbowałem uruchomić Gemini - czy to na telefonie, czy to na komputerze. Zamiast ekranu czatu zobaczyłem komunikat: Usługa Gemini nie jest w tej chwili dostępna w Twoim kraju. Prosimy o cierpliwość. Problem w tym, że siedziałem wtedy w swoim domu pod Szczecinem, a Gemini w Polsce działa. Na telefonie, po uruchomieniu asystenta Gemini przez dłuższe wciśnięcie przycisku zasilania, wszystko wyglądało prawidłowo. Jednak po zadaniu dowolnego pytania, zamiast odpowiedzi widziałem taki oto obrazek. Dla pewności wyłączyłem Wi-Fi i przeszedłem na transmisję komórkową. Gemini uruchomił się natychmiast. Google nagle sobie przypomniał, że Polska istnieje. To był moment, w którym zrozumiałem, że problem nie dotyczy komputera, przeglądarki ani konta Google. Problem dotyczył całej mojej domowej sieci ze stałym adresem IP od Orange Polska. Znalezienie winnego nie było trudne Rozpoczęło się dochodzenie. Sprawdziłem geolokalizację adresu IP - Polska. Sprawdziłem DNS - Polska. Sprawdziłem konto Google - Polska. Google News pokazywał polskie wiadomości, a YouTube działał normalnie. W Google Play też była polska zawartość. Jednocześnie Gemini wciąż odmawiał współpracy, a wyszukiwarka po wyczyszczeniu danych przeglądarki niezmiennie kierowała mnie na google.com.hk. W tym momencie zacząłem podejrzewać, że Google ma własną wizję geografii, tym bardziej, że uruchomienie Map Google w trybie "InPrivate" również pokazywało moją lokalizację w południowo-wschodnich Chinach, w okolicach Hongkongu. I najwyraźniej w tej wizji cały mój dom został tam przeniesiony. Dodam, że większość swojego pobytu w Chinach spędziłem w Shenzhen, czyli tuż obok Hongkongu. Po wielu testach i analizach sprawa zaczęła się wyjaśniać. Wszystkie popularne bazy geolokalizacyjne poprawnie wskazywały Polskę. Problem leżał więc w danych, z których korzysta Google. W toku własnego śledztwa odkryłem coś jeszcze ciekawszego. Przy moim adresie IP znajdował się niekompletny wpis lokalizacyjny. Nie brakowało informacji o właścicielu adresu ani operatorze sieci. Brakowało jednak danych pozwalających jednoznacznie określić lokalizację. Większość usług internetowych radziła sobie z tym bez problemu, ale najwyraźniej nie systemy giganta z Mountain View. Najwyraźniej to w połączeniu z moim niedawnym pobytem w Chinach wystarczyło, aby algorytmy Google zaczęły podejmować bardzo kreatywne decyzje. Efekt? Google wysyłał mnie do Chin, a Gemini uznawał, że znajduję się w kraju, którego nie obsługuje. A ja przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wróciłem z Chin tylko fizycznie. Jedno IP, dwa kraje Ta historia pokazuje coś bardzo ciekawego. Przywykliśmy myśleć, że Internet wie o nas wszystko. Że wielkie firmy technologiczne znają naszą lokalizację z dokładnością do kilku metrów. Że algorytmy są nieomylne. Tymczasem wystarczy jeden niekompletny wpis gdzieś głęboko w bazach danych oraz kilka zbiegów okoliczności i nagle człowiek siedzący w Polsce zostaje cyfrowo przeniesiony na drugi koniec świata. Najzabawniejsze jest to, że przez długi czas podejrzewałem siebie. Może VPN coś namieszał? Może zostały jakieś ciasteczka? Może Google zapamiętał podróż? Tymczasem problem okazał się znacznie bardziej prozaiczny. To nie ja znalazłem się w Chinach. To Google wysłał tam mój adres IP. Aktualizacja, czyli koniec problemów Problemy, o których napisałem, zgłosiłem zarówno do Orange Polska (prośba o uzupełnienie brakujących danych lokalizacyjnych dla mojego adresu IP), jak i do firmy Google. Nie wiem, czy któreś z nich zadziałało, czy też to "sprawka" automatu, ale mój dom "wrócił" z Chin do Polski. Ile to trwało? Problemy zaczęły się we wtorek, 2 czerwca, a 3 czerwca wysłałem zgłoszenia, o których wspomniałem wyżej. 11 czerwca mogłem znowu korzystać z Gemini, natomiast 12 czerwca wyszukiwarka Google przestała mnie przekierowywać pod adres www.google.com/hk.

30
MARIAN SZUTIAK
1.

Popularne porównania