Testy sprzętu
15:47
Sony zawstydziło Apple. Te słuchawki szokują i ceną, i brzmieniem
Sony 1000X The Collexion to nowe słuchawki klasy premium – a nawet ultrapremium. Sprawdzamy, czy rzeczywiście warto do nich dopłacić.
Za czasów pierwszej czy drugiej generacji kultowych „tysiączek” firmy Sony były to słuchawki bez dwóch zdań prestiżowe. Od tamtej pory jednak trochę się zmieniło. Konkretnie, Apple AirPods Max udowodniły, że nawet na rynku słuchawek konsumenckich jest miejsce na jeszcze wyższy segment cenowy, a klienci chętnie będą płacili za przywilej posiadania takiego sprzętu. Japończycy wzięli sobie tę lekcję do serca, czego owocem jest nowy model Sony 1000X The Collexion.
No i tu pojawia się ważne pytanie: czy Sony 1000X The Collexion faktycznie mają do zaoferowania coś ponad numerowaną serię WH-1000XM, czy stanowią tylko sprytny wybieg producenta, by podbić cenę flagowej linii słuchawek? Bo ta faktycznie jest sporo wyższa niż w przypadku WH-1000XM6 i wynosi ok. 2699 zł.
Oczywiście postanowiliśmy to sprawdzić.
Wygląd i wykonanie
Wizualnie Sony 1000X The Collexion prezentują się z grubsza tak, jak można by się tego spodziewać po bardziej ekskluzywnej wersji „tysiączek”. Minimalistyczne, wręcz monolityczne słuchawki wokółuszne bez nadmiaru zdobień, za to z masą łagodnych linii i delikatnych przejść między poszczególnymi elementami.
W porównaniu z Sony WH-1000XM6 i tańszymi modelami z serii chyba najbardziej charakterystyczną różnicą jest konstrukcja pałąka. Mamy tu kilka metalowych elementów, w tym charakterystyczną szynę poprowadzoną na całej długości po zewnętrznej stronie. Wygląda to elegancko i bardzo solidnie. Uwagę zwracają także metaliczne oprawy wokół portów USB-C i jack 3,5 mm oraz imitująca skórę faktura, którą wykończono obudowę.
W materiałach promocyjnych producent chwali się, że w porównaniu z klasycznymi modelami z linii WH1000 nowy model może się pochwalić bardziej luksusowym wykonaniem. Jeśli mam być szczery, ktoś tu się moim zdaniem z tymi deklaracjami zagalopował. Rzeczywiście, Sony 1000X The Collexion wypadają pod tym względem lepiej od tańszych modeli w serii, ale nie widzę tu niczego, co uzasadniałoby aż tak dużą różnicę w cenie.
Natomiast jest kilka elementów, które koniecznie chciałbym pochwalić. Raz, wspomniana wcześniej metalowa konstrukcja pałąka jest naprawdę solidna. Całość jest bardzo elastyczna, a przy tym sprawia wrażenie wytrzymałej i posiada bardzo płynnie działający mechanizm regulacji długości. Co prawda nie obraziłbym się o jakieś oznaczenia pozwalające szybko wrócić do preferowanego rozmiaru, zamiast celować na oko, ale to już drobiazg.
Druga sprawa to nausznice, a raczej fakt, że są wymienne. Co więcej, zamontowano je na klipsach, więc proces wymiany jest dziecinnie prosty. Ważna sprawa w przypadku sprzętu, który docelowo ma nam służyć trochę dłużej niż dwanaście miesięcy.
No i na plus warto też dodać, że producent serio pomyślał o bezpiecznym transporcie sprzętu. W zestawie razem ze słuchawkami znajdziemy eleganckie etui z zaczepem magnetycznym. To jedno z lepszych tego typu akcesoriów, jakie miałem okazję widzieć w karierze recenzenta.
Wygoda i obsługa
Trzeba Sony 1000X The Collexion oddać jedno – na głowie leżą naprawę fenomenalnie. Słuchawki bardzo dobrze dopasowują się do kształtu głowy, oferują spory zakres regulacji, a siła docisku dobrana jest w zasadzie w punkt. Ani nie są to imadła, ani nie trzeba się obawiać, że spadną przy byle gwałtownym ruchu. No i w samych nausznicach miejsca jest naprawdę pod dostatkiem.
Natomiast trzeba brać poprawkę, że są to słuchawki zamknięte, a tutejsze pady, choć miękkie i przyjemne w dotyku, to jednak nie przepuszczają powietrza. Grzanie w uszy podczas dłuższych odsłuchów jest realnym problemem, zwłaszcza podczas upałów.
Prywatnie jednak bardziej boli mnie tutejszy system sterowania. Na obudowie znajdziemy kilka przycisków, które jednak w większości nie są w żaden sposób opisane. Do tego oferują tak słaby skok, że równie dobrze mogłyby być płytkami dotykowymi – tak czy tak dostajemy w zasadzie zero feedbacku.
Ale skoro o tym mowa, to dotyk też tu jest i odpowiada za masę kluczowych funkcji – tak jak ma to miejsce w przypadku większości „tysiączek” producenta. Prywatnie uważam ten system za kompletnie niepraktyczny, by nie powiedzieć „głupi”. Cała powierzchnia muszli pełni rolę płytki dotykowej, więc praktycznie nie można dotknąć słuchawek, by przypadkiem nie aktywować jakiejś funkcji. Do tego w porównani z przyciskami tutejsze gesty są powolne i mało responsywne, a jedynym feedbackiem, jaki dostajemy, jest sygnał dźwiękowy. Oczywiście można się do tego przyzwyczaić, ale korzystanie w ten sposób z 1000X The Collexion jest strasznie nieprzyjemne i kompletnie nie przystoi sprzętowi aspirującemu do miana luksusowego.
Łączność i aplikacja
Sony 1000X The Collexion wykorzystują łączność Bluetooth 6.0. Znajdziemy tu także obsługę technologii Google Fast Pair, multipoint z możliwością jednoczesnego podłączenia do dwóch źródeł, a także opcję połączenia przewodowego z wykorzystaniem złącza jack 3,5 mm.
Dedykowana aplikacja na smartfony nie jest obowiązkowa, ale zdecydowanie warto ją pobrać. Apka nazywa się Sound Connect i jest dostępna w Sklepie Play oraz App Store.
[gallery][img]258326[/img][img]258327[/img][img]258324[/img][img]258322[/img][img]258323[/img][img]258325[/img][/gallery]
Z jej poziomu możemy m.in. skonfigurować equalizer, włączyć wszystkie „ulepszacze” audio (m.in. DSEE Ultimate i 360 Upmix) czy skonfigurować zaawansowane funkcje, takie jak asystent głosowy czy natychmiastowy dostęp do wybranych aplikacji zewnętrznych (m.in. Spotify Tap, YouTube Music Quick Access). Rozczarowują bardzo skromne możliwości konfiguracji w zakresie sterowania słuchawkami. Możemy co prawda wyłączyć gesty dotykowe, ale nie możemy zmienić ich działania ani przypisać ich funkcjonalności do innych klawiszy.
Izolacja i ANC
Skuteczne ANC to znak rozpoznawczy słuchawek Sony i nie inaczej jest w przypadku testowanego modelu. Działa ono fenomenalnie, eliminując zdecydowaną większość hałasów. Bez trudu poradzą sobie w rozklekotanym tramwaju, hałaśliwym biurze czy podczas lotu samolotem.
Jakość dźwięku
Sony 1000X The Collexion wyposażono w przetworniki dynamiczne o średnicy 30 mm i oporności 48 omów. Pasmo przenoszenia to 20 Hz do 40 kHz, a w przypadku transmisji bezprzewodowej mamy do dyspozycji kodeki SBC, AAC, LC3 i LDAC. Odsłuchów na potrzeby testów dokonywałem po Bluetooth z wykorzystaniem tego ostatniego.
Na początek mała spowiedź: w przeszłości mocno krytykowałem korzystanie przez Japończyków z tak małych driverów. Ba, to im przypisywałem większość problemów brzmieniowych Sony WH-1000XM5. Po spotkaniu z Sony 1000X The Collexion muszę jednak odszczekać to, co wtedy pisałem. Nie mam pojęcia, w jaki sposób inżynierom udało się oszukać prawa fizyki, ale te maleństwa grają naprawdę fenomenalnie.
Bo nie będę owijał w bawełnę – testowany model dźwiękowo wypada absolutnie fantastycznie. Sony 1000X The Collexion grają brzmieniem, którego mogłyby pozazdrościć im niejedne słuchawki o typowo audiofilskim zacięciu: dojrzałym, bardzo dobrym technicznie, a jednocześnie przystępnym dla mniej osłuchanych użytkowników.
Zacznijmy od tego, że to ciepłe i ciemne słuchawki. Jest dużo niskich tonów, jednak są one prezentowane raczej jako masywny fundament dźwięku, a nie dopałka sekcji rytmicznej, która ma tuszować braki dynamiki. Niskie tony schodzą bardzo nisko, komfortowo poruszając się w obszarze subbasu, a jednocześnie mają wyraźną fakturę i charakteryzują się naturalnym zróżnicowaniem. Jest tu pewna sprężystość i wyraźnie nakreślony kontur, którego często brakuje słuchawkom konsumenckim, a które są bardzo istotne dla naturalnych instrumentów grających w niższych rejestrach, np. dla kontrabasu i dobrze nagranej stopy perkusyjnej.
Wrażenie basowości pogłębia fakt, że na drugim końcu spektrum słuchawki są bardzo zachowawcze. Wysokie tony są wycofane, jednak w odbiorze wyraźnie słychać, że jest to efekt świadomego strojenia, a nie brak natury technicznej. Efekt jest taki, że choć soprany są w miksie obecne i brzmią poprawnie, to podane są w sposób łagodny i wycofują się, zanim zrobi się zbyt jasno i nieprzyjemnie. Uważam, że w przypadku tego modelu daje to całkiem fajny efekt, bo pozwala skutecznie zamaskować niedostatki gorzej wyprodukowanych nagrań, gdzie góra jest często podawana w sposób zbyt agresywny (Fleetwood Mac – Dreams) lub pojawia się tendencja do sybilizacji (Katie Melua – Nine Million Bicycles).
A średnica? Szczegółowa, naturalna i bardzo intymna. Spokojne utwory wokalne, szczególnie w aranżu akustycznym, brzmią tutaj naprawdę spektakularnie, urzekając swoim ciepłem i bezpośredniością. To słuchawki w zasadzie stworzone, by odpalić ulubiony kawałek Nory Jones, rozsiąść się wygodnie w fotelu i dosłownie rozpłynąć się w muzyce. Jednak żeby była jasność – poradzą sobie także z każdym innym repertuarem.
Generalnie jakość dźwięku i sposób jego podania spokojnie usprawiedliwiają wygórowaną cenę testowanego modelu. Ciężko się na tym polu do czegoś przyczepić, choć oczywiście kilka obszarów by się znalazło. Przede wszystkim scena jest mocno kameralna, co w niektórych kawałkach skutkuje graniem stanowczo zbyt bezpośrednim.
Z kolei ocieplona średnica w parze z wycofanymi wysokimi tonami odbija się na separacji, przez co w niektórych gęstych realizacjach (muzyka klasyczna, chórki) granice między poszczególnymi źródłami pozornymi robią się niewyraźne. Są to jednak szczegóły i nawet nie traktowałbym ich do końca w kategorii wad, a raczej jako cechy tutejszego sposobu serwowania dźwięku.
Mikrofon
Wbudowany mikrofon oceniam jako w zasadzie wzorowy. Choć nie jest to jakość studyjna, to dźwięk rejestrowany przez Sony 1000X The Collexion pozbawiony jest znaczących zniekształceń. Głos jest wyraźny, a zmiana barwy głosu wynika głównie z agresywnego filtra odszumiającego, który jednak swoją robotę wykonuje bardzo dobrze. Mówiąc krótko, to świetny sprzęt do rozmów.
Bateria
Według deklaracji producenta, Sony 1000X The Collexion na jednym ładowaniu powinny wytrzymać ok. 24 godziny przy włączonej redukcji szumów. Wynik przeciętny, ale powinien wystarczyć do komfortowego korzystania w większości scenariuszy.
Podsumowanie
Tak zupełnie szczerze, podchodziłem do testów Sony 1000X The Collexion bardzo sceptycznie. Spodziewałem się cynicznego podbijania ceny i używania marketingowego bełkotu jako zasłony dymnej dla średnio udanego produktu. Ale wiecie co? Myliłem się. Testowane słuchawki są naprawdę fenomenalne i samym swoim brzmieniem udowadniają, że grają w zupełnie innej lidze niż tańsze WH-1000XM.
A czy są warte swojej ceny? Jeśli uważacie, że jakiekolwiek słuchawki są warte płacenia za nie blisko 3000 zł, to tak. Sam mam co do tego kilka wątpliwości – chociażby dlatego, że za te pieniądze oczekiwałbym wygodniejszej obsługi, bardziej przemyślanych opcji personalizacji i dłuższego czasu pracy na jednym ładowaniu. Nie zmienia to natomiast faktu, że to jedne z najlepszych słuchawek, jakie kiedykolwiek przyszło mi testować i to niezależnie od budżetu.
ARKADIUSZ BAłA