EarFun Wave Pro X. Te słuchawki już są kultowe (test)
Telepolis.pl
Testy sprzętu 19 WRZ 2026

EarFun Wave Pro X. Te słuchawki już są kultowe (test)

EarFun Wave Pro X to nowe wcielenie znanych z polskich sklepów słuchawek EarFun Wave Pro z 2024 roku. Łączy je nazwa i chyba niewiele więcej, bo producent przeprojektował tegoroczny model zarówno na zewnątrz, jak i w środku. W zaledwie kilka dni po premierze słuchawki już wywołały zachwyt fanów dobrego brzmienia. Słuchawki EarFun Wave Pro X miały swoją rynkową premierę na początku września, jednak fani marki czekali na ten model od styczniowych targów CES 2026, gdy producent po raz pierwszy zapowiedział tę wersję. W końcu X-y trafiły do sprzedaży, a opinie w sklepach i na Reddicie są więcej niż entuzjastyczne. Wave Pro X trafiły też do mnie, mogłem je więc sprawdzić w różnych sytuacjach życiowych – od zacisza domowego po pociągi. EarFun Wave Pro X to półka cenowa 500-600 zł, słuchawki konkurują więc z takimi nowościami jak testowany już przeze mnie model Soundcore Space 2, czy też ze starszym, ale wyżej pozycjonowanym modelem Soundcore Space One Pro. Konkurentem mogą być też świetne Baseus Inspire XH1 ze strojenie Bose. EarFun określa Wave Pro X jako słuchawki premium i do pewnego stopnia można się zgodzić – powiedzmy, że to budżetowe premium. Słuchawki EarFun Wave Pro X można zamawiać na oficjalnej stronie producenta oraz w sklepie Amazon.pl. Ich cena została ustalona na 149,99 euro, czyli ok. 650 zł. Na stronie producenta można jednak kupić taniej, za ok. 520 zł, z kodem WPXPREU1.  EarFun Wave Pro X – najważniejsze dane Konstrukcja wokółuszna, składana Waga 259 g, wymiary 188 x 168,3 x 86,7 mm Układ Qualcomm QCC3095 z Bluetooth 6.0, Google Fast Pair, Multipoint Kodeki SBC, AAC, LC3 z LE Audio, LDAC, aptX, aptX HD, aptX Adaptive, aptX Lossless Certyfikaty Hi-Res Audio i Hi-Res Wireless Połączenia Auracast Wejścia audio 3,5 mm i USB-C  Architektura akustyczna DCAA, dwa przetworniki współosiowe: 40 mm DLC i 10 mm LCP Redukcja hałasu Adaptive Hybrid ANC, 8 mikrofonów Tryb gier Bateria 800 mAh, czas pracy do 90 godzin Wyposażenie EarFun Wave Pro X dostarczane są w sporym pudelki, kryjącym w sobie bardzo solidne, sztywne etui transportowe. W jego wnętrzu można też zmieścić dwa kabelki – krótszy USB-C do ładowania oraz dłuższy audio 3,5 mm. Mamy więc wszystko, co tak naprawdę jest potrzebne. [gallery][img]263350[/img][img]263352[/img][img]263351[/img][/gallery] Wygląd i budowa EarFun Wave Pro X odważnie czerpią inspirację z popularnych modeli innych marek. Pałąk jako żywo przypomina mi jedne z moich ulubionych słuchawek – Momentum 4. Bardzo podobne jest materiałowe wykończenia na górze opaski, jak również miękka, piankowa izolacja w jej wewnętrznej części.  Muszle z kolei mogą się trochę kojarzyć ze słuchawkami Sony, choć tu już podobieństwo nie jest tak wyraźne. Unikatowym elementem są płytki o metalicznym połysku, pokrywające muszle na zewnątrz. Wygląda to ciekawie, choć czar pryska po dotknięciu – to nie stop aluminium, jak się może wydawać, lecz tworzywo sztuczne. Na jego jakość nie można jednak narzekać. Nauszniki wykonane są z miękkiej pianki z efektem pamięci, a na zewnątrz wykończone materiałem przypominającym delikatną skórę. Niestety, nie można ich wymienić. Słuchawki mają duży zakres regulacji – muszle obracają się wokół własnej osi, składają do transportu, a pałąk ma wewnętrzną regulację o dużym zakresie. Każdy powinien bez problemu dopasować słuchawki do swojej głowy. Nacisk muszli jest odpowiedni – dobrze przylegają, ale nie powodują zmęczenia czy bólu. Można słuchać gadzinami. Całość jest solidnie wykonana, choć niepokoi jeden element – łącznik muszli z pałąkiem. Też wykonany jest z plastiku. To oczywiście o niczym nie świadczy, ale lepiej nie rzucać słuchawkami i ich nie przygniatać, bo zawsze istnieje obawa, że się złamie. Podsumowując, EarFun Wave Pro X wyglądają atrakcyjnie, mają wiele z modeli premium, choć ich plastikowe wykończenie zdradza wyraźne oszczędności. Sterowanie i porty Metalicznie połyskujące płytki na muszlach wyglądają obiecująco jak panele do sterowania dotykowego, ale niestety – to tylko ozdobny detal. Szkoda. Zamiast tego do obsługi słuchawek służą zwykłe przyciski na prawej muszli – zasilanie i odtwarzanie w jednym, dwuczęściowy przycisk głośności oraz przełącznik redukcji hałasu. Przyciski są odpowiednio od siebie oddalone, więc bez patrzenia łatwo wybrać ten właściwy.  Dalej za przyciskami jest jeszcze port audio 3,5 mm, a na lewej muszli – port USB-C do ładowania i podłączenia dźwięku audio.  Czego zabrakło w konfiguracji sprzętowej? Czujnika zdejmowania, który wstrzymywałby odtwarzanie po zsunięciu słuchawek z głowy. Nie jest to funkcja oczywista w tym segmencie cenowym, ale EarFun Wave Pro X aspirują do klasy premium. Niestety, trzeba za każdym razem szukać guziczków. Co się kryje wewnątrz? O ile na zewnątrz można się doszukiwać pewnych oszczędności, to już wnętrze nie pozostawia wątpliwości, że to wyższa półka.  W odróżnieniu od pierwszego, prostego modelu w EarFun Wave Pro X producent zastosował znacznie bogatszą konfigurację przetworników w architekturze akustycznej DCAA (Dual-Coaxial Acoustic Architecture). Tworzą ją dwa przetworniki umieszczone na wspólnej osi: główny 40 mm z powłoką DLC (Diamond-Like Carbon) oraz pomocniczy 10 mm z membraną LCP (Liquid Crystal Polymer). Jak przekonuje producent, jednoosiowa konstrukcja pozwoliła dostroić obydwa przetworniki, by grały spójnie i nie konkurowały ze sobą brzmieniowo. Drugim elementem układanki jest układ Qualcomm QCC3095, który zapewnia łączność w standardzie Bluetooth 6.0 z szybkim parowaniem Google Fast Pair i bardzo dobre wsparcie kodeków. Do wyboru otrzymujemy aptX HD, aptX Adaptive oraz bezstratny aptX Lossless (w pakiecie Snapdargon Sound), który rzadko jeszcze trafia do słuchawek poniżej 1 tys. zł. Nie zabrakło też LDAC, a do tego otrzymujemy obsługę LC3 z LE Audio i oczywiście podstawowe kodeki SBC i AAC.  Słuchawki mają certyfikat Hi-Res Audio i pozwalają na odtwarzanie dźwięku bezstratnego i wysokiej rozdzielczości zarówno bezprzewodowo, jak i przewodowo przez USB czy wyjście 3,5 mm. Co jednak ciekawe, w połączeniu przewodowym 3,5 mm słuchawki również wymagają włączenia, a tryb pasywny nie jest dostępny. To samo dotyczy USB, ale to akurat jest normalne. W tym trybie słuchawki włączane są automatycznie. To dobra opcja na współpracę EarFun Wave Pro X ze smartfonem.  Aplikacja Earfun Audio Zanim przejdę do najważniejszego, trzeba poświęcić parę zdań o aplikacji Earfun Audio. W połączeniu z modele Wave Pro X daje ona potężne możliwości. Po pierwsze znajdziemy w niej opcję wyboru kodeka i co ciekawe, słuchawki są w stanie automatycznie łączyć się z wykorzystaniem kodeka LDAC lub kodeków z rodziny aptX, z Lossless włącznie. Podkreślam to dlatego, że testowany przeze mnie wcześniej, świetny model TWS EarFun Air Pro 4+ wymagał przełączenia słuchawek na jeden z trybów – i np. wybór LDAC wyłączał całkowicie rodzinę aptX. Tu mamy wszystko naraz, a sprzęt sam dobiera odpowiedni kodek. Jeżeli ktoś nie chce narzucającego się LDAC, może go oczywiście wyłączyć w apce, tak samo jest z aptX, gdzie do wyboru są trzy tryby kodeka (aptX, HD i Lossless). Poza zestawem głównych kodeków muzycznych jest też opcja LE Audio, pozwalająca skorzystać z Auracast, czyli transmisji rozsiewczej. Aplikacja Earfun daje też duże możliwości konfiguracji tłumienia hałasu. Do wyboru są tryb normalny, dźwięków otoczenia oraz redukcji ANC, gdzie do wyboru są jeszcze dodatkowe opcje – regulacja ręczna, adaptacyjne ANC z AI, adaptacyjne ANC środowiskowe z AI oraz tryb z redukcją szumu wiatru. [gallery][img]263380[/img][img]263379[/img][img]263386[/img][img]263376[/img][img]263387[/img][img]263385[/img][img]263384[/img][img]263383[/img][img]263377[/img][img]263382[/img][img]263381[/img][img]263375[/img][/gallery] Najważniejszą sekcją będzie jednak część Korektor Earfun. Jak sama nazwa wskazuje, pozwala dostroić brzmienie, co można zrealizować na parę sposobów. Po pierwsze, korzystając z gotowych schematów, a jest ich kilkanaście – odpowiednich do gatunków muzyki, jak i np. wzmacniających bas czy wokale. Druga opcja to samodzielne dostrojenie pasma, gdzie do wyboru otrzymujemy 10-pasmowy korektor graficzny. Daje to spore możliwości popisu. Kolejna opcja to adaptacyjny korektor dźwięku. Użytkownik musi przejść przez krótką procedurę odsłuchu dźwięków o różnej wysokości, wskazując na próg ich słyszalności, a na koniec aplikacja określa idealną krzywą equalizera. To jednak nie koniec – jest też podobna funkcja dźwięku spersonalizowanego. Podczas odtwarzania utworu użytkownik musi wskazać, jakie zaproponowane brzmienia i odcienie mu najbardziej odpowiadają, klikając w pola przypisane do typów equalizera. Na koniec perełka – w aplikacji znajdziemy korektor parametryczny, choć niestety wymaga to logowania się do konta Earfun. Jednak warto. Korektor parametryczny, tu nazwany nie bez racji „profesjonalnym”, daje pełną kontrolę nad częstotliwością, głośnością oraz szerokością pasma, podczas gdy korektor graficzny oferuje tylko zmianę głośności w określonych zakresach. Można więc bardzo precyzyjnie dostroić każdy aspekt brzmienia w sposób wręcz nieograniczony. Korektor parametryczny w wewnętrznej aplikacji słuchawek Bluetooth jest rzadkością, najczęściej są to zwykłe EQ graficzne, a przypadku takich tuzów jak Beyerdynamic – często tylko 5-pasmowe. Słuchawki EarFun Wave Pro X mocno wyróżniają się tu więc na plus, choć muszę też przyznać, że interfejs tego korektora nie jest zbyt wygodny, wymaga strojenia tylko za pomocą ekranowych przycisków i suwaków, a nie bezpośrednio dotykiem na siatce. Mimo wszystko warto, bo dzięki temu EarFun Wave Pro X mogą być słuchawkami, jak każdy sobie wymarzy. Z innych opcji w aplikacji należy odnotować tryb gry (mniejsze opóźnienia), możliwość spersonalizowania przycisków, tryb podwójnego połączenia urządzeń (niestety, wymaga wyłączenia kodeka LDAC, ale działa z aptX). Są też takie smaczki, jak wybór tego, czy słuchawki będą doładowywane w połączeniu USB-C – osobiście wolę nie, ale rzadko producenci dają możliwość wyboru. Jest też opcja Odczucie dźwięku, która pozwala dostosować dźwięk do aktualnie odtwarzanej muzyki i zapisać to jako profil, co się przydaje, gdy nagrania mają różny poziom głośności. Jak grają EarFun Wave Pro X? Tu nie ma wielkiej filozofii. EarFun Wave Pro X to słuchawki grające kolorowo, rozrywkowo, tak żeby „podobały się każdemu”. Są jednak pewne niuanse.  Już domyślny, płaski (na wykresie, bo nie brzmieniowo) profil equalizera pozwala się cieszyć dynamicznym brzmieniem z mocno podbitym subbasem. Ładnie oddawana jest średnica, z wyraźnymi instrumentami i wokalami, trochę gorzej jest z selektywnie wyostrzonym sopranem. Tony wysokie w części pasma są nieco schowane, a częściowo podniesione, choć nie jest to coś, co daje od razu po uszach.   Już na wstępie jest całkiem nieźle, z czasem domyślny profil będzie jednak niewystarczający. Po kolejnych odsłuchach zauważyłem pewien mankament – subbasowe tony z okolic 31 Hz w niektórych utworach za bardzo się rozlewają, przez cała sekcja niskich tonów dudni i traci czytelność. Brakuje za to w nich punktowego kopa i szczegółowości. Nie słychać tego w gatunkach muzycznych, gdzie ważniejsze są wokale, gitara, klawisze, instrumenty dęte, ale już w mocno basowej elektronice da się to we znaki. Jednocześnie drugi zakres niskich tonów, 63 Hz, wydaje się zbyt obniżony. W takiej sytuacji nie pozostaje nic, jak wydobyć z EarFun Wave Pro X pełnię mocy. Jak wspomniałem, aplikacja pozwala zrobić to na kilka sposobów, w tym przeprowadzając indywidualny dobór profilu dźwięku (korektor adaptacyjny). U mnie jednak to się średnio sprawdziło, za to lepsze efekty osiągnąłem, dokonując ręcznego strojenia. Standardowy equalizer może jednak nie poradzić sobie z zadaniem. I w takiej sytuacji warto sięgnąć do korektora profesjonalnego, czyli parametrycznego. Poszczególne pasma można w nim podbić, ale też dobrać ich szerokość, unikając rozlewania się dźwięku. Jest z tym trochę roboty, ale warto – korektor PEQ pozwala na precyzyjne dostosowanie brzmienia do poziomów referencyjnych i wyciągnięcie z przetworników znacznie wyższej jakości dźwięku. W moim ustawieniu, a słucham głównie elektroniki, niezłe okazało się lekkie obniżenie najniższego pasma 31,5 Hz, podniesienie basu 63 Hz, obniżenie niskiej średnicy 250 Hz, a na koniec selektywne podniesienie wybranych pasm wysokich tonów. Do tego master gain -10 dB. Nie jest to jeszcze wzorzec złotego brzmienia, tylko punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Po dobraniu odpowiedniego strojenia słuchawki odwdzięczą się naprawdę ładnym, rozrywkowym graniem. Basy będą ładnie mruczeć, średnica odda całą głębię i złożoność instrumentów i wokali, a wszystko ożywią wyraźne soprany bez syczenia i sybiliantów. Świetna jest scena – szeroka, czuć tę przestrzeń, muzyka nie gra w środku głowy, W połączeniu przez port audio 3,5 mm i USB-C słuchawki brzmią równie dobrze, jak przez Bluetooth, ale to nie dziwi, bo w każdym z trybów są włączone, czyli korzystają z tego samego wewnętrznego przetwornika DAC. Ze złącza 3,5 mm bez włączenia słuchawek nie da się skorzystać, w teorii to mankament, ale w praktyce bez znaczenia – bateria wytrzyma nawet długie odsłuchy. Problem będzie chyba tylko wtedy, gdy będzie nam zależało na bardzo dokładnym odwzorowaniu dźwięku z urządzenia emitującego, ale nie po to się przecież kupuje słuchawki Bluetooth. Kodek aptX Lossless w słuchawkach za ok. 600 zł to świetna sprawa. Testy EarFun Wave Pro X zbiegły się z moim zakupem odtwarzacza płyt CD – najnowszego FiiO DM15 w wersji AKM– który obsługuje ten bezstratny kodek i nie mogłem się bardziej cieszyć z tego połączenia. No po prostu rewelacja. Tłumienie hałasu Za redukcję hałasów w EarFun Wave Pro X odpowiada rozwiązanie Adaptive Hybrid ANC, wykorzystujące aż 8 mikrofonów. System na bieżąco analizuje otoczenie, dokonując przeliczeń 800 razy na sekundę. W trybie standardowym siłę tłumienia można regulować ręcznie suwakiem, a w trybie adaptacyjnym jest ona dostosowywana dynamicznie. Nie zauważyłem jednak różnicy między tłumieniem adaptacyjnym standardowym oraz jego wariantem z AI. Redukcja hałasu działa również przy połączeniu kablowym AUX i USB. Producent nie podaje siły tłumienia, informując tylko, że obejmuje pasmo 5000 Hz, a więc imponująco szerokie. Skuteczność ANC jest bardzo duża, można się z tymi słuchawkami wybrać w podróż komunikacją zbiorową. Sam to przetestowałem, jeżdżąc tramwajami w Warszawie i pociągami na dalsze dystanse po Polsce. ANC skutecznie tłumi odgłosy silników, szum wentylacji czy klimatyzacji, nawet wody z kranu, a także ludzkie głosy w tle. Gorzej sobie radzi ze świdrującymi odgłosami np. wiertarki albo piły, a najsłabiej z głosami w bezpośredniej odległości. Nie jest to więc absolutny top w ANC, ale trzyma solidy poziom. Bardzo dobrze działa tryb dźwięku otoczenia, wzmacniający odgłosy z zewnątrz, bez pogłosu czy efektu studni.  Połączenie ośmiu mikrofonów z algorytmami ANC świetnie się też sprawdza podczas rozmów głosowych. Osoby po drugiej stronie nie słyszą żadnej różnicy podczas konwersacji, również dźwięk w słuchawkach brzmi bardzo naturalnie. Jak ktoś chce, może też włączyć funkcję „dźwięk otoczenia podczas rozmowy”, dzięki czemu słychać swój własny głos i nie ma się poczucia zamknięcia w izolowanej klatce. Czas pracy Earfun Wave Pro X świetnie wypadają też pod względem czasu pracy. Według deklaracji producenta, z wyłączonym tłumieniem ANC akumulator 800 mAh pozwala na odtwarzanie muzyki nawet 90 godzin, natomiast z włączonym osiąga wynik do 50 godzin. W praktyce te wyniki są podobne. Sam najczyściej słuchałam w trybie ANC i mogłem korzystać ze słuchawek tydzień do półtora, w zależności od czasu słuchania. Przy codziennym słuchaniu po ok. 8 godzin było to solidne 6 dni. Dobre rezultaty, które pozwalają bez stresu używać słuchawek w każdych okolicznościach. np. podczas wakacyjnych wypadów.   Pełen cykl ładowania trwa 2 godziny, ale wystarczy zaledwie 15 minut pod ładowarką, by zyskać kolejne 10 godzin działania. Earfun Wave Pro X – czy warto? Nowy model Earfun ma szansę mocno namieszać w segmencie słuchawek za ok. 600 zł. To taka półka cenowa, gdy użytkownik oczekuje już naprawdę wysokiej jakości, ale nie chce przepłacać za markę czy mniej istotne funkcje. Wave Pro X idealnie się wpisują w ten scenariusz. Słuchawki dobrze wyglądają, mają ergonomiczną konstrukcję – można je łatwo złożyć i schować do sztywnego etui w zestawie. Są stosunkowo lekkie, nie uciskają głowy, więc nie męczą po całym dniu słuchania.  Na plus liczy się świetne brzmienie, choć najlepszy efekt osiągniemy po indywidualnej korekcie brzmienia. Wybór opcji jest ogromny, a największym atutem jest korektor parametryczny, pozwalający zrobić z Wave Pro X „twoje wymarzone słuchawki”. Świetny jest też zestaw innych opcji, które można zmienić i wyregulować w aplikacji na smartfonie. Zaletą Wave Pro X jest też solidne wsparcie kodeków. Snapdragon Sound z aptX Lossless w tej cenie to atut nie do pobicia.  Co mniej zachwyca? Choć do jakości słuchawek nie mogę się przyczepić, to jednak brakuje mi trochę poczucia, że mam do czynienia ze sprzętem klasy premium (jak ten model przedstawia producent). Wiem, że w tej cenie nie byłoby to oczywistością, ale przydałby się na przykład czujnik zdejmowania czy dotykowy panel sterowania, również zamiast tych plastików wolałbym solidniejsze, metalowe elementy. Czy to są wady? Tak naprawdę – nie, ale dodaje je do końcowej listy minusów, by wszystko było jasne. 

1
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Gemini wymknął się spod kontroli i włamał do systemów trzech firm
Tech 19 WRZ 2026

Gemini wymknął się spod kontroli i włamał do systemów trzech firm

2
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Powrót do czasów BlackBerry. Clicks Communicator coraz lepszy
Sprzęt 19 WRZ 2026

Powrót do czasów BlackBerry. Clicks Communicator coraz lepszy

2
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Przełom w genetyce. Wkrótce uzyskamy nowe narzędzie edycji DNA
Tech 19 WRZ 2026

Przełom w genetyce. Wkrótce uzyskamy nowe narzędzie edycji DNA

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
JBL zaskakuje. Takie mega słuchawki, a kosztują grosze
Sprzęt 19 WRZ 2026

JBL zaskakuje. Takie mega słuchawki, a kosztują grosze

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Microsoft zepsuł kopiuj-wklej. Teraz to naprawia, ale nadal szwankuje
Oprogramowanie 19 WRZ 2026

Microsoft zepsuł kopiuj-wklej. Teraz to naprawia, ale nadal szwankuje

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Cupertino, mamy problem. Flagowy iPhone grzeje się jak wściekły
Sprzęt 19 WRZ 2026

Cupertino, mamy problem. Flagowy iPhone grzeje się jak wściekły

4
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Halucynacja AI zmyliła wojsko USA. O mało nie doszło do konfliktu
Bezpieczeństwo 19 WRZ 2026

Halucynacja AI zmyliła wojsko USA. O mało nie doszło do konfliktu

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Powrót kultowego Discmana. FiiO DM11 zachwyca okrągłym kształtem i wymienną baterią
Sprzęt 19 WRZ 2026

Powrót kultowego Discmana. FiiO DM11 zachwyca okrągłym kształtem i wymienną baterią

1
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Groźne aplikacje na Smart TV. Robią ze sprzętu sieć botów
Bezpieczeństwo 19 WRZ 2026

Groźne aplikacje na Smart TV. Robią ze sprzętu sieć botów

1
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Przełomowa jasność. Takie będą ekrany w nowych iPhone'ach i Vivo
Sprzęt 19 WRZ 2026

Przełomowa jasność. Takie będą ekrany w nowych iPhone'ach i Vivo

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
SSD wreszcie potanieją? Chiński gigant rozważa duży krok
Sprzęt 18 WRZ 2026

SSD wreszcie potanieją? Chiński gigant rozważa duży krok

7
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Intel ma gromadę chętnych. W kolejce jest Apple, AMD, Google i NVIDIA
Tech 18 WRZ 2026

Intel ma gromadę chętnych. W kolejce jest Apple, AMD, Google i NVIDIA

3
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Autonomiczne taksówki wkroczą do kolejnego miasta. Ale nieprędko
Moto 18 WRZ 2026

Autonomiczne taksówki wkroczą do kolejnego miasta. Ale nieprędko

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Hakerzy włamali się do OpenAI. Użyto do tego... Claude
Bezpieczeństwo 18 WRZ 2026

Hakerzy włamali się do OpenAI. Użyto do tego... Claude

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Netflix bez opłat i filmowe klasyki za 5 zł. Żal nie skorzystać
Telewizja i VoD 18 WRZ 2026

Netflix bez opłat i filmowe klasyki za 5 zł. Żal nie skorzystać

3
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
FiiO kusi nowym cackiem. Kolekcjonerzy CD już się ustawili w kolejce
Sprzęt 18 WRZ 2026

FiiO kusi nowym cackiem. Kolekcjonerzy CD już się ustawili w kolejce

2
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Xiaomi ma asa w rękawie. MediaTek i Google tego nie oferują
Sprzęt 18 WRZ 2026

Xiaomi ma asa w rękawie. MediaTek i Google tego nie oferują

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
144 zł. Tyle warte było opóźnienie 650 pociągów i odwołanie 70 kolejnych
Telepolis.pl
Moto 18 WRZ 2026

144 zł. Tyle warte było opóźnienie 650 pociągów i odwołanie 70 kolejnych

6
PAWEł MARETYCZ
1.
Więcej nowości
Android Auto z nowością dla Polaków, której pożałował Google
Aplikacje 18 WRZ 2026

Android Auto z nowością dla Polaków, której pożałował Google

NaviExpert prezentuje kolejną odsłonę swojej aplikacji, w której wykorzystuje sztuczną inteligencję. Dzięki najnowszej aktualizacji z asystenta głosowego o imieniu Ryszard mogą teraz korzystać także użytkownicy samochodów wyposażonych w Android Auto.  Po niedawnym debiucie asystenta AI NaviExpert, czyli inaczej Ryszarda, na smartfonach, obsługa głosowa aplikacji trafia bezpośrednio do samochodów wyposażonych w system Android Auto. Wprowadzająca tę nowość aktualizacja z numerem 17.2 została właśnie udostępniona w Google Play.  Ryszard rozumie naturalną mowę i wykonuje polecenia bez konieczności ręcznego wprowadzania danych. Aby wywołać asystenta na ekranie auta, wystarczy jedno kliknięcie. Za pomocą komend głosowych użytkownicy mogą wytyczać trasę, wyszukiwać punkty na mapie, sprawdzać obecność fotoradarów oraz zgłaszać zdarzenia drogowe, takie jak wypadki czy remonty. Technologia umożliwia również głosowe zarządzanie ustawieniami i pamięcią zaparkowanego pojazdu. Jak zachwalają twórcy NaviExperta, możliwość zapytania asystenta o fotoradary trasie, najbliższą stację paliw czy głosowe zgłoszenie wypadku, bez konieczności klikania w ekran, to realne zmniejszenie ryzyka dekoncentracji za kierownicą.  Wśród obsługiwanych komend znajdują się m.in.: „Nawiguj do domu”, „Jedź na Zagrodniczą 30”, „Zabierz mnie do najbliższej stacji”, „Szukaj Biedronki po trasie”. Można też wydawać komendy dotyczące zdarzeń drogowych: „Czy są kontrole na trasie?”, „Ile fotoradarów mam po drodze?”, „Sprawdź wypadki po drodze”, „Zgłoś wypadek”, „Tu jest remont”. Asystent pozwala także na zarządzanie nawigacją i ustawieniami: „Usuń ten przystanek z trasy”, „Przelicz trasę”, „Zapamiętaj, gdzie zaparkowałem”. W przygotowywanej już przez NaviExperta wersji 17.3, do listy kompetencji Ryszarda dołączy głosowe zarządzanie typami tras. Dzięki temu, zarówno w wersji mobilnej, jak i na Android Auto, kierowcy będą mogli dostosować przejazd do swoich potrzeb, wydając komendy takie, jak: „Poprowadź mnie najszybszą trasą”, „Nawiguj do Gdańska, ekonomicznie”, „Ustaw trasę 4x4” czy „Omiń drogi płatne”.  Aktualizacja NaviExpert do wersji 17.2 jest już dostępna dla użytkowników urządzeń z systemem Android (od wersji 12.0) w sklepie Google Play. Z okazji premiery nowej funkcji producent przygotował darmowy, 7-dniowy okres testowy pełnej wersji nawigacji, który można aktywować kodem promocyjnym RYSZARD w menu aplikacji.

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.

Więcej nowości

8 odcinków, które są tak dobre jak Reacher, albo nawet lepsze
Telewizja i VoD 18 WRZ 2026

8 odcinków, które są tak dobre jak Reacher, albo nawet lepsze

16 września, na Prime Video, miał premierę "Neagley" i już wiadomo - nowy serial widzom bardzo się spodobał. I choć przedstawia nieco bardziej osobistą historię, to dla niektórych widzów jest nawet dużo lepszy niż czwarty sezon Reachera.  "Reacher" to do tej pory najlepszy serial na Prime Od czterech sezonów "Reacher" jest jednym z najpopularniejszych seriali w serwisie Prime Video. Produkcja, firmowana twarzą Alana Ritchsona, została oparta na powieściach Lee Childa i skupia się na losach byłego oficera żandarmerii wojskowej - Jacka Reachera. Główny bohater wędruje z miejsca na miejsca, pomagając ludziom. Czwarty sezon właśnie został w całości wyemitowany, a piąty już jest w produkcji. Neagley. Skąd Prime wziął pomysł na serial? Jedną z rozpoznawalnych i lubianych postaci drugoplanowych w "Reacherze" jest prywatna detektyw Frances Neagley. Ona i Jack Reacher bardzo się lubią i mają do siebie ogromny szacunek. Prime Video bardzo dobrze zrobiło, że zdecydowało się na poszerzenie wątku pani detektyw i dało jej własny serial. Pierwszy sezon "Neagley" zadebiutował na platformie Prime we środę, 16 września i już zebrał znakomite recenzje. To pełne akcji 8 odcinków, które można obejrzeć jednym tchem.  https://www.youtube.com/watch?v=BOzNaa_o9_g Neagley pracuje jako detektyw w Chicago i jest wspomagana przez kolegę z branży - Hudsona Rileya. W jej życiu sporą rolę odgrywają także: asystentka Renee Birdwhistle oraz informator Keno. To, co charakteryzuje bohaterkę to hafefobia, czyli silny i irracjonalny lęk przed dotykaniem innych. Finał pierwszego sezonu kończy się uściskiem dłoni z Reacherem, co jest dla Neagley pewnego rodzaju przełomem i ogromnym krokiem naprzód. Czy dostanie szansę na dalszy rozwój jej wątku? Co prawda, Prime jeszcze nie przedłużył "Neagley" o kolejny sezon, ale wiadomo, że twórca serialu - Nicholas Wootton, ma mnóstwo pomysłów na rozwój tego wątku. 

0
ANNA KOPEć
1.

Więcej nowości

Laptop do gier 2026. MSI Crosshair 16 HX E14W zbiera komplet (test)
Telepolis.pl
Testy sprzętu 15 WRZ 2026

Laptop do gier 2026. MSI Crosshair 16 HX E14W zbiera komplet (test)

Szukasz gamingowego laptopa? Sprawdzamy, jak w tej roli sprawdza się MSI Crosshair 16 HX w konfiguracji z Intel Core i7-14650HX i NVIDIA GeForce RTX 5060. Jeśli planowaliście w najbliższym czasie zakup nowego komputera do grania, pewnie z przerażeniem obserwujecie, co się dzieje z cenami na rynku podzespołów. Może w takim razie lepszym wyborem okaże się solidny laptop gamingowy? Tak się składa, że w nasze ręce wpadł MSI Crosshair 16 HX E14WFK-072PL, który bez dwóch zdań łapie się do tej kategorii – choćby dlatego, że na pokładzie mamy wydajne Intel Core i7-14650HX i NVIDIA GeForce RTX 5060. Problem w tym, że także tutaj widmo rynkowego kryzysu i rosnących cen nie daje o sobie zapomnieć. W efekcie za gamingowego lapka MSI zapłacimy w polskich sklepach 8499 zł, czyli całkiem sporo jak na tego typu konfigurację. Czy w tej sytuacji nadal można mówić o sensownym zakupie? Wygląd i wykonanie Wizualnie MSI Crosshair 16 HX E14W to dość prosta konstrukcja, choć producent stosuje sporo zabiegów, by to ukryć. Jak na model gamingowy sporo tu łagodnych linii i zaokrąglonych krawędzi, co przywodzi na myśl raczej laptopy multimedialne. Z drugiej strony już na pierwszy rzut oka uwagę przykuwają techno-militarystyczne nadruki, które stanowią ewidentny zwrot w stronę estetyki typowej dla sprzętu do grania. Po bokach na pewno warto odnotować obecność sporych otworów wentylacyjnych. Oprócz tego mamy tu funkcjonalny, choć nie przesadnie rozbudowany zestaw portów: z prawej jack 3,5 mm oraz 2x USB-A 3.2, z tyłu złącze Ethernet, HDMI 2.1 i kolejne USB-A 3.2, a z lewej 2x USB-C 3.2 z obsługą Power Delivery i DisplayPort oraz złącze zasilania, którego podobieństwo do dużego USB uważam za mocno niefortunne. Od spodu bez zaskoczeń. Mamy zestaw gumowych nóżek, które nie tylko minimalizują poślizg, ale także unoszą komputer, zapewniając lepszą cyrkulację powietrza. Same otwory wentylacyjne są spore i wyraźnie widać spod nich dwa wentylatory, na których barkach spoczywa utrzymanie rozsądnych temperatur podczas pracy. Pokrywa laptopa otwiera się gładko – bez trudu zrobimy to jedną ręką. Producent przewidział nawet odpowiednio wyprofilowany fragment, za który możemy wygodnie chwycić. Po otwarciu uwagę przykuwa kilka rzeczy. Po pierwsze, mamy tu matowy wyświetlacz otoczony względnie wąskimi ramkami. Po drugie, powyżej ekranu wprawne oko wypatrzy kamerkę z fizyczną zasłonką. Spory plus dla osób ceniących prywatność. Pulpit roboczy charakteryzuje się dużą ilością przestrzeni na nadgarstki oraz centralnie umieszczonym gładzikiem o wymiarach 13x8 cm. Przyciski touchpada są mechaniczne i pracują z przyjemnym klikiem, a jego powierzchnia zapewnia gładki ślizg palców. Tutaj nie można powiedzieć złego słowa. Klawiatura zdecydowanie zaprojektowana została z myślą o graczach, o czym świadczy m.in. wbudowane podświetlenie RGB (czterostrefowe) oraz wyróżniona sekcja WASD. Trzeba natomiast przyznać, że mamy tu też elementy warte pochwały pod kątem zastosowań produktywnych, w tym m.in. bardzo czytelny font i oznaczenia klawiszy (może z wyjątkiem ikon funkcji na klawiszach strzałek) oraz wydzieloną sekcję numeryczna. Ta ostatnia jest co prawda bardzo wąska, a przyciski mikroskopijne, ale jej obecność na pewno warto docenić. I to chyba jedyne moje poważne zastrzeżenie natury ergonomicznej w przypadku klawiatury. Cała reszta wypada bez zarzutu. Klawisze pracują sprężyście; szybko, z wyraźnym skokiem, ale bez nadmiernego oporu czy wrażenia gąbczastości. Ich układ jest dość intuicyjny, choć raczej pod kątem grania, ze względu na przesunięcie najważniejszych znaków w stronę lewej krawędzi. Z kolei podświetlenie wygląda atrakcyjnie, nawet jeśli ograniczenie do czterech stref zmniejsza nieco możliwości personalizacji. Od strony wykonania laptop budzi mieszane uczucia. Z jednej strony spasowanie elementów nie budzi żadnych zastrzeżeń – wszystko jest solidne, nie ma niepokojących luzów, a sztywność konstrukcji wypada adekwatnie do zastosowanych materiałów. Ale właśnie – materiały. Całą obudowę wykonano z plastiku i mówimy tu o tworzywie, które kojarzy się raczej z modelami budżetowymi. Mając na uwadze cenę komputera, można to potraktować jako pewne rozczarowanie. Dostęp do podzespołów Jeśli chcecie sami pogrzebać we wnętrznościach swojego laptopa, to mam dobrą wiadomość – w MSI Crosshair 16 HX E14W nie będziecie z tym mieli żadnego problemu. Do zdjęcia pokrywy wystarczy odkręcić 11 śrubek. Wszystkie są odsłonięte i korzystają z klasycznego krzyżaka. Kiedy sobie z nimi poradzimy, wystarczy podważyć czymś pokrywę i unosić ją aż puszczą wszystkie zatrzaski. Na plus, że do obudowy nie są przymocowane żadne delikatne kable, jak ma to miejsce u niektórych producentów. W środku wrażenie robi na pewno rozbudowany zestaw chłodzenia z dwoma wentylatorami i pięcioma heatpipe’ami. Z perspektywy użytkownika znacznie bardziej interesujące wydają się dwa gniazda SO-DIMM na pamięć DDR5 oraz dwa sloty dla dysków SSD PCIe Gen4, z których jeden fabrycznie pozostaje wolny na poczet przyszłych upgrade’ów. Wyświetlacz Ekran to prawdopodobnie najjaśniejszy punkt tutejszej specyfikacji. Producent zastosował panel IPS o przekątnej 16” i rozdzielczości 2560x1600. Mówimy więc o proporcjach 16:10 i zagęszczeniu pikseli rzędu ok. 189 PPI, co daje przyjemny ostry obraz w większości sytuacji. Generalnie bardzo uniwersalna konfiguracja. Podejrzewam jednak, że dla potencjalnych użytkowników komputera najbardziej istotne będzie maksymalne odświeżanie rzędu 240 Hz. Sam panel jest bardzo dobrej jakości. Tradycyjnie dla paneli IPS możemy liczyć na bardzo dobre kąty widzenia i atrakcyjne kolory. Na plus na pewno warto odnotować pokrycie szerokiego gamutu DCI-P3 na poziomie 97,4 procent oraz Adobe RGB na 88,3 procent. To oznacza, że MSI Crosshair 16HX E14W świetnie sprawdzi się do konsumowania i pracy z multimediami. Ba, podejrzewam, że większość profesjonalnych grafików byłaby z niego całkowicie zadowolona, szczególnie po dodatkowej kalibracji. Jasność maksymalna w trybie SDR wynosi 530 nitów, co uważam za bardzo dobry rezultat dla tego typu sprzętu. Czerń jest OK jak na matrycę IPS, ale nie da się ukryć, że poziom OLED-ów albo chociaż przyzwoitych VA to to nie jest. W efekcie zmierzony kontrast to ok. 1245:1. Podzespoły, wydajność, kultura pracy MSI Crosshair 16 HX E14W w otrzymanej przez nas do testów konfiguracji wyposażony został w procesor Intel Core i7-14650HX, układ graficzny NVIDIA GeForce RTX 5060 oraz 16 GB DDR5-5600 pracującej w trybie dual channel. Jest to konfiguracja, która spokojnie nadaje się do grania w gry AAA przy rozdzielczości 1920x1080 i 60 FPS. Haczyk polega na tym, że tutejszy wyświetlacz ma sporo wyższą, bo mówimy tu o 2560x1600. W najbardziej wymagających tytułach granie w natywnej rozdzielczości może się okazać wyzwaniem. Przykładowo, w przypadku Cyberpunk 2077 we wbudowanym benchmarku udało się nam uzyskać ponad 40 FPS w presecie Ultra, ale już przy Ray Tracing: Średni konieczne było ratowanie się upscalingiem DLSS i generowaniem klatek, by dobić do grywalnych wartości. Cyberpunk 2077 Ultra Ray Tracing: Średni Bez DLSS 48,77 25,92 DLSS Zbalansowany 71,54 47,59 DLSS + Frame Generation (2 klatki) 109,76 80,19 DLSS + Frame Generation (4 klatki) 172,47 131,91 Podejrzewam natomiast, że w tytułach sieciowych i esportowych sytuacja będzie wyglądała znacznie lepiej i tutaj wykorzystanie pełnego potencjału i GPU, i ekranu o wysokim odświeżaniu będzie znacznie łatwiejsze. Benchmark Wynik 3DMark Time Spy 11717 3DMark Steel Nomad 2542 Cinebench 2026 GPU GPU 43533 Cinebench 2026 GPU CPU (Multiple Threads) 4869 Cinebench 2026 GPU CPU (Single Thread) 458 Urządzenie świetnie powinno sprawdzić się także w pracy kreatywnej, gdzie i procesor, i układ graficzny oferują duży zapas mocy na potrzeby takich zastosowań jak np. obróbka zdjęć czy montaż wideo. Wąskim gardłem może się natomiast okazać RAM – 16 GB to na dzisiejsze czasy raczej dolna granica, jeśli mówimy o bardziej ambitnych zastosowaniach. Kultura pracy jest jednym ze słabszych aspektów testowanego modelu. Choć zastosowany układ chłodzenia potrafi utrzymać temperatury podzespołów na rozsądnym poziomie (81 °C na GPU i 77 °C na CPU pod obciążeniem), tak robi przy tym sporo hałasu. Podczas grania odnotowałem ok. 39,1 dBA mierzonego z pozycji głowy. Do przeżycia, ale jest to słyszalne i niekoniecznie przyjemne. Po rozkręceniu na maksa natężenie dźwięku wyniosło 44,7 dBA. Całe szczęście w toku normalnego użytkowania nie przyłapałem komputera, by sięgał po tak wysokie obroty. Bateria i zasilanie Komputer wyposażony w akumulator o pojemności 80 Wh. W zestawie znajdziemy też dedykowany zasilacz o mocy 240 W, choć w razie potrzeby komputer potrafi też skorzystać z zasilania przez USB Power Delivery. W takim scenariuszu potrafi jednorazowo pobrać z gniazdka 100 W. Jeśli chodzi o pobór energii, to w spoczynku wynosi on ok. 40 W. Pod obciążeniem maksymalna zarejestrowana przez nas wartość sięgnęła 202 W. Podsumowanie Mam z oceną MSI Crosshair 16 HX E14W pewien problem, bo tak ogólnie to fajny sprzęt. Na pewno ma świetny wyświetlacz, zapas mocy, który powinien wystarczyć sporemu gronu graczy (i nie tylko), a do tego łatwy dostęp do podzespołów i możliwość późniejszego upgrade’u. Przede wszystkim jednak producent uniknął poważnych potknięć, które mogłyby w jakiś sposób zniechęcać do zakupu tego konkretnego modelu. Ot, solidna klasa średnia – bez fajerwerków, ale i bez bolesnych kompromisów. …tylko od kiedy za laptopa klasy średniej trzeba zapłacić 8499 zł? Niestety MSI Crosshair 16 HX wyceniony został jak sprzęt ze sporo wyższego segmentu, co mocno podkopuje sens jego zakupu. Aktualnie w polskich sklepach urządzenia o podobnej specyfikacji i jakości wykonania można znaleźć jakieś 2000 zł taniej. Czy taki stan rzeczy się utrzyma? Trudno powiedzieć. Niewykluczone, że bohater testu jest pierwszą jaskółką nowej normalności, gdzie za „średniaka” faktycznie trzeba będzie zapłacić blisko 10 000 zł. Jeśli do tego dojdzie, spokojnie możecie dorzucić do dzisiejszej oceny jedno czy nawet półtora oczka. Póki co jednak nadal mamy do wyboru kilka bardziej atrakcyjnych opcji. [SALE-6751] Materiał sfinansowany przez firmę MSI, ale podmiot ten nie miał wpływu na treść ani ocenę, która należy do autora. Galeria [gallery][img]261888[/img][img]261908[/img][img]261893[/img][img]261896[/img][img]261903[/img][img]261892[/img][img]261899[/img][img]261901[/img][img]261900[/img][img]261891[/img][img]261905[/img][img]261890[/img][img]261894[/img][img]261911[/img][img]261889[/img][img]261904[/img][img]261910[/img][img]261897[/img][img]261909[/img][img]261906[/img][img]261902[/img][img]261898[/img][img]261907[/img][img]261895[/img][/gallery]

3
ARKADIUSZ BAłA
1.

Popularne porównania