Ten robot ma coś, czego natychmiast pozazdrościsz. Test Dreame Matrix10 Ultra
Telepolis.pl
Testy sprzętu 09:32

Ten robot ma coś, czego natychmiast pozazdrościsz. Test Dreame Matrix10 Ultra

Czy można wymyślić koło na nowo? Dreame Matrix10 to robot sprzątający, który miał przynieść rewolucję. Sprawdzamy, czy mu się to udało. Mam wrażenie, że Dreame znalazło się trochę pod ścianą. Kto miał kupić robota sprzątającego, pewnie w większości przypadków już takiego posiada. Żeby utrzymać wyniki sprzedaży, trzeba przekonać ludzi, by wymienili swoje aktualne urządzenia na nowsze modele. Tyle że to też nie jest takie proste, bo odkurzacze z ostatnich kilku lat naprawdę dają radę i zazwyczaj niczego im nie brakuje. Co w takim razie zostało? Innowacja i szukanie skutecznego wabika. Wybaczcie ten trochę przydługi sprzęt, ale wydaje mi się, że jest on konieczny, by dobrze zrozumieć Dreame Matrix10 Ultra. To robot sprzątający klasy premium, który – podobnie jak w przypadku opisywanych niedawno modeli z linii Aqua10 – wyróżnia się nie tyle parametrami, co nietypową sztuczką. W tym przypadku jest nią stacja bazowa z funkcją automatycznej wymiany podkładek mopujących. W praktyce za ten bajer zapłacimy 4699 zł. Wygląd i wykonanie Jeśli widzieliście już jeden z nowszych modeli Dreame, to w wyglądzie modelu Matrix10 Ultra nic nie powinno was zaskoczyć. Ot, kolejny płaski dysk na kółkach. Tym razem nie ma tu nawet wystającej kopułki z sensorem LiDAR, bo ta jest wysuwana i zgrabnie chowa się w obudowie urządzenia. Jest jednak kilka rzeczy, o których warto wspomnieć. Po pierwsze, urządzenie może się pochwalić matowym, wręcz lekko chropowatym wykończeniem (przynajmniej w wersji czarnej). Rzecz w sumie rzadko spotykana, a potencjalnie może ułatwić utrzymanie sprzętu w czystości – a przynajmniej zabrudzenia nie będą aż tak widoczne. Po drugie, stan urządzenia sygnalizowany jest za pomocą kolorowej diody okalającej kopułkę sensora LiDAR. Od strony funkcjonalnej trudno się do tego rozwiązania przyczepić, ale wygląda to nieco kiczowato. Mam nadzieję, że w przyszłych modelach producenta ten element zostanie zaimplementowany nieco bardziej dyskretnie. Z kolei od strony użytkowej na wzmiankę zasługuje fakt, że aby dostać się do pojemnika na kurz, trzeba zdjąć całą górną część obudowy robota. Nie jest to wielki problem, ale rozwiązanie z uchylaną klapką ze starszych modeli było wygodniejsze. Od spodu najciekawszy elementem jest główna szczotka. W zasadzie to dwie szczotki, bo zastosowano tu rozwiązanie, które producent nazywa HyperStream. Idea jest taka, że dwa elementy pracują w taki sposób, by nie dopuścić do zaplątania się w mechanizm włosów. Czy to działa? Z moich obserwacji wynika, że tak – podczas testów faktycznie nie miałem problemu, by cokolwiek wplątało się w szczotki. Ciężko mi natomiast dostrzec korzyści względem pojedynczych szczotek z nożami, które podobny efekt osiągają przy znacznie prostszej konstrukcji… i niższej cenie. Oprócz tego od spodu zobaczymy kółka, boczną szczotkę i dwa pady mopujące. Te ostatnie są mocowane na magnes i generalnie nie różnią się konstrukcyjnie od tego, co znajdziemy w innych robotach z podobnym rozwiązaniem. Cały mechanizm wymiany podkładek tak naprawdę zamyka się w stacji bazowej. A skoro o tym mowa, to ta jest absolutnie gigantyczna. Mówimy tu o wymiarach rzędu 41,6 x 45,7 x 58,9 cm. Znalezienie miejsca dla Dreame Matrix10 Ultra może się w niektórych mieszkaniach okazać nie lada wyzwaniem. Oczywiście jest to podyktowane przede wszystkim mechanizmem wymiany podkładek, który działa na podobnej zasadzie do automatu z przekąskami. Jego głównym elementem jest zmechanizowany uchwyt, który umieszcza i zdejmuje odpowiednią parę padów z właściwego miejsca na drzwiczkach stacji. Te są umieszczone na kilku poziomach, co z automatu wymusza większą wysokość całego urządzenia. Oprócz tego stację wyposażono w system odbierania kurzu, dozownik na trzy różne rodzaje detergentu i dwa zbiorniki na wodę o pojemności 5,5 l (czysta) i 4 l (brudna). Tutaj wygląda to więc całkiem podobnie jak w innych robotach producenta z górnej półki. Sama stacja mimo swoich olbrzymich gabarytów prezentuje się atrakcyjnie, o ile nie mamy nic przeciwko jej surowemu, wręcz zakrawającemu o brutalizm stylowi. Ostre linie, matowe wykończenie i złote akcenty dają fajny efekt, szczególnie jeśli dodamy do tego drzwiczki z wzorem imitującym marmur. Obsługa i aplikacja Dostęp do kluczowych funkcji Dreame Matrix10 Ultra uzyskamy z poziomu aplikacji Dreamehome. Znajdziemy ją w Sklepie Play i App Store. [gallery][img]243443[/img][img]243432[/img][img]243434[/img][img]243435[/img][img]243436[/img][img]243445[/img][img]243440[/img][img]243451[/img][img]243454[/img][img]243441[/img][img]243453[/img][img]243444[/img][img]243450[/img][img]243439[/img][img]243448[/img][img]243452[/img][img]243438[/img][img]243437[/img][img]243449[/img][img]243433[/img][img]243442[/img][img]243446[/img][img]243447[/img][/gallery] Wizualnie i funkcjonalnie apka nie odbiega od tego, co znajdziemy w większości programów tego typu. Interfejs jest intuicyjny, dobrze się prezentuje, a do tego całość jest dostępna w języku polskim. Tłumaczenie jest zresztą całkiem dobrej jakości. Jak w przypadku większości robotów z tego segmentu, obsługa Dreame Matrix10 Ultra jest niemal w całości zautomatyzowana. Urządzenie samo odbiera kurz, a także pierze podkładki mopujące i to w temperaturze aż 100 °C. Ręczny serwis (np. wymiana worka, czyszczenie filtrów) nadal jest konieczny, ale ograniczono go do niezbędnego minimum. Nawigacja i omijanie przeszkód System nawigacji robota opiera się na połączeniu technologii LiDAR oraz kamerki umieszczonej z przodu urządzenia. To aktualnie jedno z bardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązań, umożliwiające nie tylko rozpoznawanie przeszkód, ale także identyfikowanie zabrudzeń oraz innych obiektów, na które może się natknąć odkurzacz. Szybkie mapowanie przy pierwszym uruchomieniu zajmowało ok. 6 minut, co jest bardzo dobrym czasem. Robot bez problemu rozpoznał układ pomieszczeń, ale już z identyfikacją ich rodzaju miał spore problemy. Nic nowego, ale w tym konkretnym przypadku jest to o tyle istotne, że w zależności od zdefiniowanego typu pomieszczenia i powierzchni urządzenie dobiera odpowiednie podkładki mopujące. Każdy błąd skutkuje więc obniżeniem skuteczności sprzątania. Na szczęście wszystkie takie potknięcia możemy (a nawet musimy) poprawić w aplikacji. System nawigacji przez większość czasu działa dobrze: robot sprawnie porusza się po mieszkaniu, omija przeszkody i nie sprawia problemów. Kiedy jednak coś się wysypie, to zwykle w dość spektakularny sposób. Przykładowo, w toku testów Dreame Matrix10 Ultra odmówił mi wysprzątania połowy kuchni, bo ścierkę powieszoną na drzwiczkach piekarnika i plamę z keczupu uznał za przeszkody nie do pokonania. Zdarzyło mu się też pobłądzić, kiedy dosłownie na chwilę wyjechał ze stacji dokującej w celu podmiany mopów. Żeby do niej wrócić, musiał najpierw przejechać kilka innych pomieszczeń. Z pewnością wraz z używaniem i dopracowywaniem mapy przez odkurzacz takich incydentów będzie coraz mniej. Jest też szansa, że pomogą aktualizacje oprogramowania. Ewidentnie jednak coś złego dzieje się z algorytmami nawigacyjnymi stosowanymi przez Dreame. W sprzęcie z tej półki cenowej takie rzeczy dziać się jednak nie powinny. Na plus warto odnotować, że robota wyposażono w sporo funkcji pozwalających na skuteczne pokonywanie przeszkód terenowych. Wspomniałem już o chowanym sensorze LiDAR, dzięki któremu Dreame Matrix10 potrafi wjeżdżać pod meble o prześwicie niecałych 10 cm. Z kolei dzięki podnoszonemu podwoziu przeskakuje nad progami o wysokości do 4,2 cm (8 cm w przypadku podwójnych stopni). Sprzątanie Jeśli chodzi o sprzątanie na sucho, Dreame Matrix10 radzi sobie świetnie. Maksymalna siła ssania rzędu 30 000 Pa w połączeniu ze sprawdzoną konstrukcją oznaczają, że robot co do zasady nie ma problemu z wciąganiem sypkich zabrudzeń i to nawet w przypadku dywanów oraz nierównych powierzchni. Z myciem na mokro zwykle też jest OK. Robot mopuje równie skutecznie co inne urządzenia z padami mopującymi z oferty producenta, a więc co do zasady bardzo dobrze. Niektóre przyschnięte czy lepkie plamy będą co prawda wymagały kilku przejazdów, ale mówimy tu o naprawdę skrajnych sytuacjach. Czy system wymiany mopów coś daje? Jeśli tak, to niewiele (przynajmniej w moich warunkach). W zestawie znajdziemy trzy pary podkładek, z których każda przeznaczona jest do innych zastosowań (uniwersalne pady termiczne, nylonowe do tłustych zabrudzeń i pady z gąbką do mokrych nawierzchni). W praktyce nie zauważyłem, by przekładało się to na wyższą skuteczność mycia w porównaniu z tradycyjnymi rozwiązaniami u konkurencji. Wymienne pady mopujące powodują natomiast pewien problem – ich podmiana wymaga czasu. Konkretnie to cały proces zajmuje 6,5 minuty, nie licząc czasu potrzebnego na powrót do samej stacji bazowej. Nie trzeba chyba mówić, ale potrafi to mocno wydłużyć cykl sprzątania. Jeśli chcemy, by przebiegł sprawnie, koniecznie trzeba odpowiednio zoptymalizować trasę wyjazdu i zminimalizować liczbę podmianek. Niestety nawet wtedy zdarzają się wymiany-widmo, kiedy robot zakłada jedną parę podkładek bez powodu, tylko po to, by natychmiast wymienić ją na inną. To kolejny przykład, gdzie ewidentnie coś „nie pykło” po stronie oprogramowania. Wszystko to sprawia, że czas trwania pełnego sprzątania mieszkania potrafi się mocno wahać. Na ok. 28 m2 podłóg mówimy tu o rozrzucie od 37 do 42 minut przy tych samych nastawach. Co więcej, czas ten może się wydłużyć po włączeniu bardziej zaawansowanych ustawień, np. dojeżdżania do krawędzi. Problemy sprawiała także funkcja automatycznego rozpoznawania zabrudzeń. Podczas jednego z testów robot potrafił odfajkować ukończenie sprzątania, choć na podłodze nadal były widoczne gołym okiem plamy po keczupie i rozlanej kawie. Co prawda mówimy o sztucznie wykreowanym scenariusz, jednak nie spotkałem się jeszcze, by któryś z testowanych przeze mnie odkurzaczy w podobnej sytuacji wysypał się równie koncertowo. Podsumowanie Mam z Dreame Matrix10 Ultra problem. Z jednej strony mocno doceniam tutejsze innowacje oraz widzę potencjał w funkcji automatycznej wymiany padów. Jest tu też sporo elementów, za które polubiłem inne modele producenta, w tym duża siła ssania, przemyślana obsługa i atrakcyjny design. Na plus zaliczyłbym również liczne rozwiązania, które mają ułatwiać wjeżdżanie do trudnodostępnych zakamarków domu. Niestety wspomniany potencjał na ten moment wydaje się nie rekompensować problemów wynikających z zastosowania nowego rozwiązania, w tym przede wszystkim wydłużonego czasu sprzątania. Nie pomaga też fakt, że testowany model wysypywał się w sytuacjach, z którymi radzi sobie większość rywali, także tych dużo tańszych. W efekcie ciężko mi ten sprzęt w obecnej formie rekomendować – nie w sytuacji, kiedy w sklepach znajdziemy np. Dreame X50 Ultra. Trzymam natomiast kciuki, że kolejna generacja Matrixa faktycznie rozwinie skrzydła i stanie się odkurzaczem, na który wszyscy czekamy.

0
ARKADIUSZ BAłA
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Pilnie usuń to ze swojej przeglądarki. Te rozszerzenia kradną dane
Bezpieczeństwo 10:18

Pilnie usuń to ze swojej przeglądarki. Te rozszerzenia kradną dane

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Płacą, żeby dziecko nie siedziało z nosem w smartfonie
Wiadomości 08:41

Płacą, żeby dziecko nie siedziało z nosem w smartfonie

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Te 5 urządzeń Apple otrzyma ekran OLED, ale trzeba poczekać
Sprzęt 07:56

Te 5 urządzeń Apple otrzyma ekran OLED, ale trzeba poczekać

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
MediaTek przyspieszy premierę nowego flagowego Dimensity
Sprzęt 07:10

MediaTek przyspieszy premierę nowego flagowego Dimensity

0
MICHAł ŚWIECH
1.
ChatGPT Go już dostępny. Jest tani, ale OpenAI dorzuci reklamy
Aplikacje 17 STY 2026

ChatGPT Go już dostępny. Jest tani, ale OpenAI dorzuci reklamy

1
MARIAN SZUTIAK
1.
Kultowe lata 90. wracają. W Polsce ruszył nowy kanał TV
Telewizja i VoD 17 STY 2026

Kultowe lata 90. wracają. W Polsce ruszył nowy kanał TV

3
MARIAN SZUTIAK
1.
Android zyska "czarną skrzynkę". To odpowiedź Google na iPhone’a
Bezpieczeństwo 17 STY 2026

Android zyska "czarną skrzynkę". To odpowiedź Google na iPhone’a

2
MARIAN SZUTIAK
1.
Biedronka pozbywa się za 49,99 zł. W styczniu to będzie hit
Sprzęt 17 STY 2026

Biedronka pozbywa się za 49,99 zł. W styczniu to będzie hit

2
DOMINIK KRAWCZYK
1.
Google idzie na wojnę. Gigant nie chce oddać swoich sekretów
Aplikacje 17 STY 2026

Google idzie na wojnę. Gigant nie chce oddać swoich sekretów

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Teoria Trumpa rozdarta na strzępy. Naukowcy o paracetomalu i autyzmie
Nauka 17 STY 2026

Teoria Trumpa rozdarta na strzępy. Naukowcy o paracetomalu i autyzmie

3
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Lara Croft wygląda wyjątkowo dobrze w nowym serialu. Tak twierdzi... inna Lara Croft
Telewizja i VoD 17 STY 2026

Lara Croft wygląda wyjątkowo dobrze w nowym serialu. Tak twierdzi... inna Lara Croft

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Tani smartwatch to nie złom. Może przeżyć nawet Apple Watcha
Sprzęt 17 STY 2026

Tani smartwatch to nie złom. Może przeżyć nawet Apple Watcha

0
MARIAN SZUTIAK
1.
1099 zł za laptopa, z którego będziesz zadowolony? Tak, to możliwe
Telepolis.pl
Sprzęt 17 STY 2026

1099 zł za laptopa, z którego będziesz zadowolony? Tak, to możliwe

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Zbudował komputer za mniej niż 1500 zł. Cyberpunk śmiga mu w 60 FPS
Gry 17 STY 2026

Zbudował komputer za mniej niż 1500 zł. Cyberpunk śmiga mu w 60 FPS

8
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Sony i Netflix łączą siły. Ta umowa na 7 miliardów dol. mocno namiesza
Telewizja i VoD 17 STY 2026

Sony i Netflix łączą siły. Ta umowa na 7 miliardów dol. mocno namiesza

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Kosztuje 699 zł, a znam niewiele osób, które potrzebują lepszy smartfon
Sprzęt 17 STY 2026

Kosztuje 699 zł, a znam niewiele osób, które potrzebują lepszy smartfon

2
PAWEł MARETYCZ
1.
Ten kabel nigdy Ci się nie splącze, a kosztuje dziś 20 zł mniej
Telepolis.pl
Sprzęt 17 STY 2026

Ten kabel nigdy Ci się nie splącze, a kosztuje dziś 20 zł mniej

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Rewolucja w QD-OLED i NanoLED. Czekają nas spore zmiany
Sprzęt 17 STY 2026

Rewolucja w QD-OLED i NanoLED. Czekają nas spore zmiany

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Więcej nowości
Kosztuje tylko 399 zł, a na pokładzie ma 5G i 8 GB RAM
Telepolis.pl
Sprzęt 17 STY 2026

Kosztuje tylko 399 zł, a na pokładzie ma 5G i 8 GB RAM

Nie każdy chce przeznaczać na zakup smartfonu szczególnie wysoki budżet. Wielu osobom wystarczy stosunkowo proste urządzenie, które dzwoni, wysyła SMS-y, pozwala obejrzeć film na YouTube, przejrzeć internet, zapłacić za zakupy i zrobić proste zdjęcie. I tu idealnie wpasowuje się Motorola Moto G35. Bez wątpienia jest to model budżetowy, patrząc na jego cenę, która standardowo wynosi 499 zł, chociaż w dzisiejszej promocji może być Wasz za 399 zł. Z perspektywy jego ceny smartfon ten dosłownie zachwyca. Nie da się wskazać nawet jednego słabego punktu w jego specyfikacji, który mógłby usprawiedliwić tak niską cenę. [SALE-2968] Motorola Moto G35 Zacznijmy od ekranu. Mamy tu 6,72-calowy panel IPS o rozdzielczości Full HD+, odświeżaniu 120 Hz i maksymalnej jasności 1000 nitów. Dla porównania smartfony w podobnym budżecie zwykle mają panele HD+ i 90 Hz. Jego sercem jest natomiast ośmiordzeniowy Unisoc T760, który oferuje wsparcie dla 5G. Wspiera go natomiast 8 GB RAM, co w dzisiejszych czasach i tym budżecie brzmi jak ekstrawagancja. Na dane użytkownika przeznaczono natomiast 128 GB, które można rozszerzyć kartą pamięci do 1 TB. [SALE-2968] Aparat to natomiast 50 Mpix oczko. Nie zabrakło tu także NFC, które pozwala na płacenie Motorolą Moto G35 za zakupy. Znajdziemy tu także dwie rzeczy, których ze świecą szukać we współczesnych smartfonach. Mowa tu o złączu Jack 3.5 mm, który pozwala na podłączenie klasycznych słuchawek, oraz o prawdziwym radiu FM. Dodatkowo smartfon ten ma wykazywać odporność na wodę, chociaż Motorola nie chwali się tym, w jakim stopniu. Bateria to natomiast ogniwo 5000 mAh, które naładujemy z mocą do 20 W. A wszystko to za jedyne 399 zł. Nie jest to tekst sponsorowany, ani taki, który powstał ze współpracy ze sklepem. Warto więc pamiętać, że promocje są ograniczone czasowo, a liczba sztuk produktów nimi objętych jest ograniczona.

3
PAWEł MARETYCZ
1.

Więcej nowości

Chcą uratować ten tytuł przed Amazonem. Zaoferowano 25 milionów
Gry 16 STY 2026

Chcą uratować ten tytuł przed Amazonem. Zaoferowano 25 milionów

Weteran branży gamedev wyszedł z ciekawą ofertą, co ucieszyło wielu fanów cyfrowej rozrywki. Jednak nawet ta kwota może okazać się niewystarczająca. New World to gra wydana we wrześniu 2021 roku przez Amazon Game Studios. I chociaż omawiane MMORPG zaliczyło bardzo udany start, gdzie równocześnie grało w niego nawet ponad 900 000 osób, a kolejki na serwerach były wielogodzinne, to z czasem popularność mocno spadła. Ostatni sezon - Nighthaven - jednak ożywił tytuł i ściągnął graczy.  Pałeczkę chce przejąć Facepunch Studios To jednak dla firmy Jeffa Bezosa okazało się niewystarczające - w październiku 2025 ogłoszono, że New World nie dostanie żadnej nowej zawartości. Wczoraj zaś poinformowano, że gra znika ze sklepów a serwery zostaną wyłączone 31 stycznia 2027. Biorąc pod uwagę, ze na Steam nadal mowa o tysiącach osób online, wzbudziło to spore poruszenie. Głos w sprawie zabrał Alistair McFarlane, zapalony gracz i dyrektor Facepunch Studios, znany m.in. za sprawą Rust i Garry's Mod. Stwierdził on, że "gry nigdy nie powinny umierać" oraz złożył ofertę Amazonowi - 25 milionów za przejęcie praw do New World i utrzymanie go przy życiu. Games should never die. — Alistair McFarlane (@Alistair_McF) January 15, 2026 Czy Amazon przystanie na taką propozycję? Trudno powiedzieć, ale szanse są niewielkie. Koszt produkcji i utrzymania tytułu przez lata był znacznie większy, niż zaoferowana kwota. A biorąc pod uwagę korporacyjne sztuczki podatkowe, lepiej wyjdzie spisanie New World na straty. No i nie można zapominać, że wpis na platformie X to dość mało wiążąca oferta... https://www.youtube.com/watch?v=r1GXezPWdWw

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.

Więcej nowości

Lidl przekręcił mnie na 65 zł. Kupiłem to i szkoda słów
Telepolis.pl
Testy sprzętu 15 STY 2026

Lidl przekręcił mnie na 65 zł. Kupiłem to i szkoda słów

Niewielka, kosztująca 64,99 zł konsola do gier mogłaby się wydawać świetnym pomysłem na prezent.  Jest w końcu mała, lekka, ładowana przez USB-C i ma aż 300 wbudowanych gier. Ot, fajny gadżet dla gracza, prawda? Otóż nie. Retro Slim Console od Mad Monkey to urządzenie, które daje o wiele mniej frajdy od prymitywnego brick game. Ma także gorsze gry. Jeśli więc planujesz szybko kupić komuś prezent, to niech nie będzie nim to urządzenie. Chyba że tego kogoś nie lubisz. Konsola z Lidla: wygląd i ergonomia Jeśli chodzi o wygląd, to prezentuje się ona zaskakująco dobrze: dostajemy duże przyciski, oraz niską grubość, która sprawia, że praktycznie nie czujemy, że mamy konsolę w spodniach. Ot, dostajemy małe pudełeczko o wymiarach 10,1 × 6,5 × 0,8 cm. Każdy smartfon wypada przy niej grubo. Uwagę przykuwa także port USB-C, który znajdziemy na bocznej krawędzi urządzenia. Dość nietypowo i pozornie może wpływać na ergonomię kiedy będziemy grali podczas ładowania. Na to jednak raczej nikt się nie zdecyduje. Wątpię, aby kogoś zabawa wciągnęła do tego stopnia, aby grać na kablu. To jednak dopiero pierwsze spojrzenie. Po kontakcie ze sprzętem czar pryska. Chociaż na wstępie podkreślę, że ekran wydaje się dość ładny, to prezentowany na nim obraz już niekoniecznie. Uwagę zwraca natomiast fakt, że naklejono na niego dwie warstwy folii ochronnej. Dlaczego zdecydowano się na taki ruch? Nie mam pojęcia. Jednak zdjęcie jednej, gdy się porysuje i przejście na kolejną znacznie wydłuży żywotność urządzenia. Zaliczam to więc na duży plus. Zacznijmy od ostrych krawędzi. O ile tył jest ładnie zaoblony, tak front nieprzyjemnie wbija się w dłonie. Zwykła fazka mogłaby rozwiązać problem, ale tego zabrakło. Nie ma tu mowy o wygodnym trzymaniu urządzenia i to nie z powodu jego grubości. Co do przycisków: są niezwykle twarde i równie twardo działają ich przełączniki. Korzysta się z nich jak za karę i naprawdę trudno cieszyć się grą, kiedy kontroler jest tak toporny. Samo włączenie urządzenia też bywa problematyczne, ponieważ przełącznik wymaga wykorzystania paznokcia i bardzo ciężko przy tym chodzi. Specyfikacja Wymiary: 10,1 × 6,5 × 0,8 cm Bateria: 200 mAh Złącze: USB-C Ekran: kolorowy Gry Już dwukrotnie karciłem Biedronkę za to, że sprzedaje konsole z pirackimi grami. Chciałem więc podobny tekst nasmarować o Lidlu. Sęk w tym, że wśród tych 300 gier z Retro Slim Console nie znajdziemy ani jednego pirata i… to nie jest dobra wiadomość. Dołączone tytuły są naprawdę mierne i toporne. Naprawdę trudno czerpać z nich jakąkolwiek rozgrywkę. Wyglądają jak proste gierki homebrew tworzone pod względem ilości, a nie czerpania jakiejkolwiek rozrywki, czy przyjemności.  Co więcej, znaczna część z nich to powtarzający się jeden i ten sam motyw, ale w nieco innej szacie graficznej. Nawet nie zamierzam szacować, ile realnie jest gier na urządzeniu, ale około kilkudziesięciu. Z czego żadna nie daje nawet odrobiny frajdy.  W pewnym momencie nawet myślałem, że trafiłem na coś fajnego, czyli na arkanoida pod nazwą Diamond. Niestety, zawiodło sterowanie: paletka porusza się ślamazarnie i mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie dogonić piłeczki, kiedy ta się rozpędzi. Tym samym przegrywamy w grze, w której nie mieliśmy szans wygrać, co frustruje. A szkoda, bo ten jeden tytuł budził nadzieję. Reszta to cyfrowe śmietnisko, co widać na pierwszy rzut oka.  Bateria Producent twierdzi, że ma ona jedynie 200 mAh. Mimo to nie udało mi się jej rozładować w jeden wieczór. Problem w tym, że najlepszym, co ten sprzęt może zrobić, jest rozładowanie się jej. Mimo to zaliczyłbym to do plusów. Jeśli chodzi o ładowanie, to jest ono zupełnie niewidoczne tak jak i poziom baterii.  Podsumowanie Jeśli chcesz komuś kupić jakiś tani sprzęt do gier, to już lepiej kup mu brick game. Będzie to dużo lepszy i tańszy wybór. I to zarówno pod względem ergonomii, jak i oferowanych tytułów. Owszem, może i wyścigi, czy arkanoid wyglądają znacznie lepiej na Retro Slim Console, za to są na tej konsoli praktycznie niegrywalne. I to nie z powodu wysokiego poziomu trudności, a beznadziejnych guzików i ślamazarnej reakcji na nie, która nie nadąża za rozgrywką. A jeśli chcecie kupić konsolę retro, to… kupcie konsolę retro z prawdziwymi grami retro, a nie tylko stylizowanymi na nią. Nawet jeśli ma znacznie mniej gier, to przynajmniej to będą tytuły, które dają radość, a nie znudzenie i irytację. Konsolę możecie kupić jedynie w stacjonarnych sklepach Lidl, ale szczerze mówiąc, odradzam. Więcej radości da Wam zakup wagonu zapałek, wybudowanie z nich makiety osady, a następnie jej spalenie. 

13
PAWEł MARETYCZ
1.

Popularne porównania