Shark ChillPill walczy z upałami na 3 sposoby (Test)
Telepolis.pl
Testy sprzętu 12:42

Shark ChillPill walczy z upałami na 3 sposoby (Test)

Shark ChillPill jest sprzętem uszytym na miarę moich potrzeb. To aż 3 metody aktywnego chłodzenia w maleńkim, atrakcyjnym wizualnie urządzeniu. Tylko czy warto wydać aż tyle? W Polsce upały są często bardziej uciążliwe niż w tropikach Polsce trwa narastający deficyt wody i w wielu regionach występuje susza rolnicza oraz hydrologiczna. Chociaż z pozoru nie mamy tutaj często upalnych dni, gdy te nas dosięgają, są bardziej uciążliwe niż nawet i ponad 40 stopni w tropikach. Kto raz wybrał się na urlop do Grecji czy Egiptu, ten rozumie tę różnicę. Polska to nie plaża z przyjemną bryzą, tu człowiek naprawdę męczy się. W miniony weekend powietrze stało w miejscu, a ponad 30 stopni dopiekało Polaków nieprzyjemnie. Lepszego momentu na sprawdzenie Shark ChillPill nie mogłem sobie wymarzyć. I powiem krótko — amerykańska maszynka pracowała niemal non stop. Rynek od lat zalewa nas falą tanich, plastikowych wentylatorków na baterie, które z założenia mają przynosić ulgę, ale w rzeczywistości oferują jedynie słaby, irytujący podmuch gorącego powietrza, przypominający suszarkę do włosów. W tym gąszczu elektrośmieci pojawia się jednak światełko w tunelu (a raczej orzeźwiająca bryza) - amerykańska marka SharkNinja, znana na całym świecie z projektowania innowacyjnych odkurzaczy i genialnego sprzętu AGD, postanowiła przenieść swoje inżynieryjne doświadczenie na grunt chłodzenia osobistego. Efektem tych prac jest Shark ChillPill – osobisty system chłodzenia 3 w 1. To już nie jest wiatraczek, to cały system chłodzenia 559,99 zł — aż tyle przyjdzie nam zapłacić za Shark ChillPill. I to właśnie z ceną trzeba się przede wszystkim zmierzyć w tej recenzji, bo krótko mówiąc, wyrywa z butów, pomimo nawet renomy marki. Kluczowym elementem projektowym jest kompaktowość. System ChillPill, jak sugeruje sama nazwa, ma przypominać tabletkę uśmierzającą ból — w tym wypadku ból związany z przegrzaniem. Urządzenie jest na tyle małe, że bez najmniejszego problemu zmieści się w przeciętnej damskiej torebce, plecaku czy nawet większej kieszeni spodni cargo. Pomimo zaawansowanych podzespołów ukrytych wewnątrz, waga urządzenia jest optymalna; na tyle duża, by sprawiać wrażenie solidności, ale na tyle niska, by nie męczyć nadgarstka podczas dłuższego trzymania. To, co całkowicie deklasuje konkurencję w segmencie chłodzenia przenośnego, to oferowany przez Sharka system „3 w 1”. Zamiast wbudowywać wszystkie funkcje na stałe w jedną nieporęczną obudowę, producent zastosował rozwiązanie modułowe. Główny korpus z akumulatorem to jednostka centralna, do której podpinamy odpowiednie nasadki, w zależności od tego, czego w danej chwili potrzebujemy. Shark ChillPill to system 3 w 1 Wentylator o dużej prędkości to pierwsza z funkcji urządzenia. Po założeniu nasadki wentylatora urządzenie zamienia się w klasyczny wiatrak osobisty, jednak o nieklasycznej mocy. Aerodynamicznie zaprojektowane łopatki w połączeniu z mocnym, bezszczotkowym silnikiem generują strumień powietrza, który dosłownie potrafi rozwiać włosy. Na najwyższym poziomie prędkości zasięg strumienia jest imponujący, a jednocześnie poziom generowanego hałasu pozostaje wciąż akceptowalny. Na najniższych obrotach urządzenie jest z kolei na tyle ciche, że bez poczucia dyskomfortu dla otoczenia można go używać w miejscach publicznych, otwartym biurze czy podczas oglądania telewizji. Ultradrobna mgiełka (Mist) to drugi z wariantów pracy. Kiedy sam wiatr to za mało, bo powietrze przypomina żar z piekarnika, z pomocą przychodzi dedykowana nasadka rozpylająca. Działa ona niczym zaawansowane systemy klimatyzacji mgłowej, które możemy spotkać w luksusowych kurortach lub letnich ogródkach restauracyjnych. W zestawie znajdują się wymienne wkłady dostarczające wodę do ultradźwiękowego generatora. Wystarczy napełnić system niewielką ilością wody, a urządzenie zaczyna tworzyć zjawiskową, mikroskopijną mgiełkę. Słowo „ultradrobna” to nie jest pusty slogan — w przeciwieństwie do tanich psikaczy z supermarketu, które plują gigantycznymi kroplami niszczącymi makijaż lub zostawiającymi mokre plamy na odzieży, Shark tworzy niewidoczną, atomizowaną chmurkę. Woda o tak małej średnicy kropel natychmiast odparowuje po zetknięciu ze skórą, zabierając ze sobą ogromne ilości ciepła w procesie chłodzenia ewaporacyjnego. Daje to niesamowite uczucie ulgi bez efektu zmoczenia. Funkcja trzecia to płyta chłodząca InstaChill. To chyba tutaj doszukać można się największej przewagi Shark ChillPill nad innymi systemami. Jeśli kiedykolwiek po wyczerpującym treningu lub podczas morderczego upału miałeś ochotę przyłożyć sobie do czoła lub karku kostkę lodu czy puszkę z mrożonym napojem — to właśnie po to stworzono technologię InstaChill. Urządzenie zostało wyposażone w specjalną, aluminiową płytkę, pod którą ukryto zaawansowane ogniwo termoelektryczne (wykorzystujące tzw. zjawisko Peltiera). Po naciśnięciu przycisku i aktywacji tego modułu, w ciągu dosłownie kilku sekund, metalowa powierzchnia staje się drastycznie zimna — lodowata w dotyku. Przykładasz tę powierzchnię do punktów pulsowych na swoim ciele: na kark, na wewnętrzną stronę nadgarstków, na skronie lub w zgięciach łokci. W ten sposób błyskawicznie schładzasz krew krążącą tuż pod skórą, która następnie rozprowadza ten chłód po całym organizmie. To rozwiązanie stosowane przez medyków i zawodowych sportowców, przeniesione do eleganckiego, podręcznego gadżetu. Spadek temperatury na płytce sięga aż 9 stopni, a cicha praca w tym trybie sprawia, że Shark może działać też jak zimny kompres. Uczucie jest absolutnie uzależniające. To natychmiastowe ugaszenie fizjologicznego pożaru, działające całkowicie niezależnie od panującej na zewnątrz wilgotności, co daje systemowi InstaChill ogromną przewagę w strefach o klimacie równikowym, gdzie pot i parowanie nie zdają egzaminu. A jeśli twoje auto jest akurat u mechanika i jeździsz starym gruchotem bez klimatyzacji, tylko takie rozwiązanie przyniesie ci wreszcie ulgę. Żaden wiatrak czy nawet mgiełka nie mogą się z tym równać. Dwuczęściowa konstrukcja to nie tylko efektowny design Źródłem zasilania Shark ChillPill jest wbudowany, wysokowydajny akumulator litowo-jonowy, który zajmuje jedną z 2 tubek będących konstrukcją urządzenia. W trybie standardowego wentylatora, na niskich bądź średnich obrotach, akumulator pozwala na długie godziny nieprzerwanego działania. 1. bieg wentylatora pozwala na nawet 11 godzin pracy i jest praktycznie bezgłośny. Bez problemu mogłem postawić sobie ChiillPilla tuż za klawiaturą komputera i chłodzić twarz przez całą zmianę w pracy. Włączanie mocniejszych trybów czy korzystanie z funkcji specjalnych dodatkowo skraca ten czas. Warto przy tym przypomnieć, że płyta InstaChill czy generator mgiełki nie są jedynie pasywnym elementem zestawu, lecz głowice te łączą się z zasilaniem przez piny. Prędkość wentylatora Tylko wentylator Wentylator + mgiełka 1 Do 11 godzin Do 4 godzin 5 Do 4.5 godziny Do 2 godzin 10 Do 1.5 godziny Do 1 godziny Poziom InstaChill Płyta chłodząca 1 Do 2 godzin 2 Do 1 godziny Sprzęt ładowany jest z użyciem złącza USB-C, które ukryte jest za gumową zaślepką. Czas ładowania od 0% do 100% jest niestety długi, bo wynosi 3,5 godziny. Na plus natomiast należy zaliczyć możliwość jednoczesnego ładowania np. z powerbanku i używania sprzętu. Jak łatwo odczytać z tabeli, uruchomienie modułu InstaChill wiąże się ze znacznie większym drenażem baterii. Wynika to z faktu, że ogniwa Peltiera potrzebują sporo energii do wygenerowania tak drastycznej różnicy temperatur. Chłodzenia kontaktowego rzadko używa się jednak nieprzerwanie. Zazwyczaj służy ono do „strzałów” zimna trwających po kilkadziesiąt sekund. W takim cyklu mieszanym akumulator daje radę. Urządzenie, jak i same baterie litowo-jonowe, spełniają wszystkie rygorystyczne normy bezpieczeństwa ICAO. Oznacza to brak stresu na bramkach lotniskowych. ChillPill może być w 100% legalnie przewożony w bagażu podręcznym na pokładzie samolotów. Porozmawiajmy o pieniądzach 559,99 zł to ogromna kwota jak za taki mały gadżet. Gdy pytałem znajomych „w ciemno”, ile taki sprzęt może kosztować po prezentacji jego możliwości, najwyższa propozycja wyniosła 350 zł. Również i dla mnie byłoby to maksimum, które skłonny bym był wydać. No a jestem idealnym odbiorcą Shark ChillPill, bo duże różnice temperatur, gdy np. w biegu dotrę do pociągu, sprawiają, że po prostu rozpływam się i potrzebuję chwili, na uspokojenie reakcji ciała. To samo w samolocie, gdy maszyna jest jeszcze na pasie i klimatyzacja ledwo działa. Co więcej, w pudełku z Shark ChillPill dostajemy wyłącznie urządzenie, głowice z woreczkiem na nie, 3 zapasowe wkłady do mgiełki i przewód USB. Za pasek na rękę producent chce dodatkowych 30 zł, za pasek na ramię 50 zł, pokrowiec z paskiem na szyję to 90 zł, uchwyt na rower 100 zł, klips na pasek 70 zł, a etui podróżne 130 zł. Przy cenie za sprzęt zbliżającej się do 600 zł i co tu dużo mówić, urządzeniu z segmentu premium, liczyłbym jednak na bogatszy zestaw akcesoriów. Szczególnie że dwa obracające się względem siebie korpusy urządzenia nie do końca sprawdzają się w każdej sytuacji i chociaż jakiś pasek na nadgarstek znacząco poprawiłby ergonomię, nie wspominając nawet o zaczepie na szyję, rozwiązaniu powszechnie stosowanym w Azji w przypadku innych systemów osobistego chłodzenia. Shark jest jednak pewien swego — masz aż 60 dni na testy i zwrot Nie mogę przy tym powiedzieć złego słowa o samym działaniu urządzenia. Obsługa wygodnym pokrętłem oraz ekranem stanowiącym klikany, fizyczny przycisk natychmiast wchodzi w krew. Nieco psuje mi design zaślepka na port USB-C, bo czasem trudno ją wcisnąć na swoje miejsce, ale całościowo jest naprawdę dobrze. Materiałowo zaś część zawierająca akumulator wykończona została błyszczącym tworzywem, co przy spoconych dłoniach daje wrażenie tłustej powierzchni. Chyba lepszy efekt dałaby tutaj guma, która dodatkowo stabilizowałaby zarówno chwyt, jak i ewentualne rozłożenie naszego transformersa na stole. Shark zdecydował się przy tym na aż 60-dniowy program satysfakcji dla zakupów realizowanych w sklepie producenta. Możemy więc przetestować urządzenie bez ryzyka, że nie spełni naszych oczekiwań. Podsumowanie Shark ChillPill to system prywatnego chłodzenia klasy premium, no i w cenie też premium. Porządne wentylatory osobiste ściągane z Azji to wydatek około 80 zł, a chyba najbardziej premium na polskim rynku był do tej pory Dyson HushJet Mini Cool, wyceniony na 399 zł. Tak naprawdę jednak trudno znaleźć dla Shark ChillPill realnego konkurenta, bo ultradźwiękowy generator mgiełki i ogniwo termoelektryczne wykorzystujące zjawisko Peltiera w zestawie to prawdziwy unikat. I chyba tak długo, aż konkurenci nie skopiują tego typu rozwiązań, ceny są, jakie są — wysokie. Jedno jest natomiast pewne. Shark stworzył system, który autentycznie chłodzi, długo pracuje na baterii i nie jest jedynie daremnym przesuwaniem gorącego powietrza w stronę twarzy przy dźwiękach jak z suszarki do włosów. Szczególnie praktycznie bezgłośny system InstaChill, z metalową płytką potrafi być wielką ulgą w podróży i ukoi chłodem niejedną migrenę. Ewaporacyjna mgiełka też robi swoje, ale szkoda, że zbiorniczek na wodę nie jest duży i trzeba liczyć się z dolewaniem wody. Największy test Shark ChillPill jest jeszcze przede mną, podczas podróży do południowych Chin. Upały mamy w Polsce jednak już teraz, więc nie zwlekam z recenzją. A werdykt jest następujący: jeśli cię tylko stać, to kupuj. Shark ChillPill autentycznie działa — to nie marketing, to technologia.

1
LECH OKOń
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Internet w szczerym polu? TP-Link wprowadza pancerny router na kartę SIM
Sprzęt 18:35

Internet w szczerym polu? TP-Link wprowadza pancerny router na kartę SIM

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Intel odpuścił, Tajwan wchodzi. Wrocław z ogromną inwestycją
Telepolis.pl
Tech 17:59

Intel odpuścił, Tajwan wchodzi. Wrocław z ogromną inwestycją

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Eksplozja w katarskim gazoporcie. Wiemy, jak wpłynie to na Polaków
Wiadomości 17:23

Eksplozja w katarskim gazoporcie. Wiemy, jak wpłynie to na Polaków

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Skany umów na WhatsAppie. UODO bezlitosne dla partnera giganta
Wiadomości 16:51

Skany umów na WhatsAppie. UODO bezlitosne dla partnera giganta

0
MARIAN SZUTIAK
1.
Globalna awaria X, ale część użytkowników nie widzi problemu
Wiadomości 16:23

Globalna awaria X, ale część użytkowników nie widzi problemu

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Koniec z pancernymi cegłami. Hammer Ventus 5G zaskoczy smukłością
Sprzęt 15:55

Koniec z pancernymi cegłami. Hammer Ventus 5G zaskoczy smukłością

1
MARIAN SZUTIAK
1.
Akcesorium do Switcha w szalonej promocji. Było 44,99 zł, a jest 9 zł
Telepolis.pl
Sprzęt 15:16

Akcesorium do Switcha w szalonej promocji. Było 44,99 zł, a jest 9 zł

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Wielka klęska Samsunga. Korea Południowa ma nowego króla
Wiadomości 14:45

Wielka klęska Samsunga. Korea Południowa ma nowego króla

0
MACIEJ SIKORSKI
1.
Ubezpieczyciel chce oddać Ci pieniądze? Uważaj, to oszustwo
Wiadomości 13:50

Ubezpieczyciel chce oddać Ci pieniądze? Uważaj, to oszustwo

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Ten gadżet jest w stanie powstrzymać starzenie? Tego jeszcze nie grali
Nauka 13:18

Ten gadżet jest w stanie powstrzymać starzenie? Tego jeszcze nie grali

0
ANNA KOPEć
1.
Czemu Sony odpuszcza gry na PC? Powód jest szalenie prosty
Gry 12:12

Czemu Sony odpuszcza gry na PC? Powód jest szalenie prosty

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Skwar leje się z nieba? Biegnij do Lidla. Z aplikacją za 15,99 zł
Telepolis.pl
Sprzęt 11:39

Skwar leje się z nieba? Biegnij do Lidla. Z aplikacją za 15,99 zł

1
PAWEł MARETYCZ
1.
O tym filmie jest teraz głośno. To z pewnością coś zupełnie nowego
Rozrywka 11:08

O tym filmie jest teraz głośno. To z pewnością coś zupełnie nowego

0
ANNA KOPEć
1.
TikTok: użytkownicy mają przekichane. To dramat
Aplikacje 10:31

TikTok: użytkownicy mają przekichane. To dramat

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Popularna krakowska aplikacja przestanie działać. Padła konkretna data
Aplikacje 09:25

Popularna krakowska aplikacja przestanie działać. Padła konkretna data

0
ANNA KOPEć
1.
Masz router tej popularnej firmy? To jest ważna rzecz do zrobienia
Sprzęt 08:55

Masz router tej popularnej firmy? To jest ważna rzecz do zrobienia

3
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Nowe science fiction od Apple TV na szczycie hitów już po pierwszym dniu
Telewizja i VoD 08:21

Nowe science fiction od Apple TV na szczycie hitów już po pierwszym dniu

4
ANNA KOPEć
1.
Polacy wpadają w finansową pułapkę. Sami sprowadzają na siebie kłopoty
Kredyty 07:46

Polacy wpadają w finansową pułapkę. Sami sprowadzają na siebie kłopoty

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.
Więcej nowości
Test Beyerdynamic Aventho 300. Takich słuchawek szukałem
Tech 21 CZE 2026

Test Beyerdynamic Aventho 300. Takich słuchawek szukałem

Długo szukałem wygodnych i dobrze grających słuchawek nausznych, których mógłbym używać z telefonem. W końcu trafiły do mnie na testy Beyerdynamic Aventho 300 i szukać przestałem. Mam pewien problem – nie mogę używać słuchawek dokanałowych. Przez długi czas korzystałem z tzw. TWS-ów, ale miałem nawracające zapalenie ucha. Poszedłem do lekarza, który kategorycznie zabronił mi korzystać z tego typu słuchawek. Musiałem przerzucić się na model nauszny. Fart chciał, że akurat trafiły do mnie na testy Beyerdynamic Aventho 300. Po kilku miesiącach użytkowania i bez ani jednego zapalenia ucha już wiem, że to sprzęt, którego szukałem. Specyfikacja Beyerdynamic Aventho 300 Zacznijmy od specyfikacji testowanych słuchawek. Mamy tutaj do czynienia z modelem nausznym o zamkniętej konstrukcji. Są to słuchawki bezprzewodowe, które z innymi urządzeniami łączą się za pomocą Bluetooth w wersji 5.4, choć można też skorzystać z kabla USB-C lub mini-jack 3,5 mm. Zasięg to, według danych producenta, 15 metrów. Korzystają z niemal legendarnych już przetworników Stellar.45 o średnicy 45 mm, które znajdziecie też w takich modelach jak DT 700 PRO X oraz DT 900 PRO X. Pasmo przenoszenia mieści się w zakresie od 5 Hz do 22 kHz. Słuchawki obsługują profile AVDTP 1.3, AVCTP 1.4, GAVDP 1.3, SPP-B 1.2, RFCOMM 1.2, A2DP 1.3.2, AVRCP 1.6.2, HFP 1.8, IOPT oraz kodeki AAC, aptX Lossless, aptX Adaptive, LE Audio. Jednym z najważniejszych elementów jest aktywna redukcja szumów (ANC) z trybem przezroczystym, który pozwala słyszeć to, co dzieje się wokół nas, pomimo zasłoniętych uszu. Czas pracy na jednym ładowaniu ma wynosić do 50 godzin z aktywnym ANC. Poza tym słuchawki ważą 319 gramów. W dniu premiery za słuchawki trzeba było zapłacić ponad 1700 zł, ale dzisiaj można je znaleźć już za 1300-1400 zł. Warto wspomnieć też o wyposażeniu, bo producent daje nie tylko kabel USB-C na USB-C (z przejściówką na USB-A) oraz mini-jack 3,5 mm, ale też bardzo stylowe etui, w którym można wygodnie przewozić słuchawki. Jakość wykonania i komfort Słuchawki trafiły do mnie w znacznie ładniejszej, białej wersji. W mojej ocenie wyglądają zdecydowanie stylowo. Nie ma tutaj mowy o dziadowskim designie. To jest właśnie ten minimalizm, którego jestem ogromnym fanem, chociaż muszę przyznać, że czarna wersja (przynajmniej na zdjęciach) nie prezentuje się moim zdaniem już tak dobrze. Po złapaniu słuchawek w ręce od razu czuć, że mamy do czynienia z produktem premium. Łączenie pałąka z nausznikami jest wykonane z aluminium. Do tego mamy miękką piankę na nausznikach i pałąku oraz wysokiej jakości plastik. Wszystko to sprawia, że słuchawki są bardzo wygodne. Mam stosunkowo dużą głowę, więc ciężko znaleźć mi model, który po dłuższym użytkowaniu nie ciśnie mnie za mocno. W Aventho 300 nie ma tego problemu. Mogę ich używać godzinami i nie czuję żadnego dyskomfortu. Jednocześnie pewnie leżą na głowie i można z nimi nawet biegać. Duża w tym zasługa wagi na poziomie 319 gramów. Nie są to najlżejsze słuchawki nauszne na rynku, ale zdecydowanie plasują się poniżej średniej. Docenić muszę też szeroki zakres regulacji. Przy maksymalnym wyciągnięciu nawet na mnie są minimalnie za duże. Na każdej ze słuchawek mam po dwa mikrofony umieszczone po bokach oraz z przodu. Całe sterowanie i wszystkie złącza znajdują się na prawym nauszniku. Patrząc od tyłu (z założonymi słuchawkami) to kolejno: przycisk do zmiany trybu, włącznik, dioda LED, port USB-C oraz port mini-jack 3,5 mm. Co ważne, jedyne dwa przyciski mają inny kształt, więc trudno tutaj o pomyłkę. Obsługa jest naprawdę prosta. Poza tym otrzymujemy komunikaty głosowe. Po włączeniu słuchawki mówią nam o aktualnym poziomie naładowania baterii, a po połączeniu np. z telefonem – o wykorzystywanym kodeku. Wiemy też, jaki aktualnie mamy włączony tryb: włączone ANC, wyłączone ANC lub przezroczysty. Poza tym słuchawkami można sterować za pomocą panelu dotykowego, który znajduje się na lewej słuchawce. Gesty są raczej standardowe: przesuwanie palcem w górę i w dół to regulacja głośności, w prawo i lewo – przełączanie między utworami, kliknięcie dwa razy to zatrzymanie lub wznowienie odtwarzania czy też odbieranie i kończenie rozmowy telefonicznej. Jeśli chcemy telefon odrzucić, musimy przytrzymać palec na panelu dotykowym. Bateria i ANC Bateria to jedna z największych zalet słuchawek. Producent deklaruje do 50 godzin działania i to z włączonym ANC. Moje testy potwierdzają ten rezultat. Słuchawek używam głównie w połączeniu ze smartfonem w trakcie spacerów i czytania książek – w praktyce muszę je ładować średnio raz na 2 tygodnie, chociaż nie zawsze korzystam z aktywnej redukcji szumów. A jeśli już przy ANC jesteśmy, to sprawdza się ono dobrze. Nie są to może najlepsze pod tym względem słuchawki na rynku, nawet w swoim przedziale cenowym, ale wypadają poprawnie. Skutecznie redukują dźwięki z zewnątrz, co pozwala w pełni skupić się na muzyce, np. w trakcie wspominanego czytania, gdzie nie lubię, jak mnie coś rozprasza. Podsumowując – ANC jest poprawne, działa dobrze, ale są lepsze rozwiązania, np. w słuchawkach Sony. Jakość dźwięku Pod kątem dźwięku słuchawki Beyerdynamic wypadają solidnie. Scena jest szeroka, a separacja instrumentów dobra. Basy są mocne, a pomimo tego przejrzyste. Nie mam też zarzutów do średnich ani wysokich tonów, chociaż te pierwsze są lekko wycofane. Moim zdaniem ogólna charakterystyka jest raczej dynamiczna, rozrywkowa z mocnym basem. Typowa sygnatura V-Shape. Dzięki temu słuchanie muzyki jest dużą przyjemnością, natomiast do studia Aventho 300 raczej się nie nadają. Jeśli dźwięk komuś nie odpowiada, w dedykowanej aplikacji mobilnej dodatkowo jest dostęp do equalizera, za pomocą którego można pobawić się ustawieniami. Podsumowanie Beyerdynamic Aventho 300 to bardzo udane słuchawki, chociaż w swojej kategorii cenowej mają poważną konkurencję w postaci serii Sony WH-1000XM. Ich 5. generacja jest sporo tańsza, a 6. generacja niewiele droższa. Z tego też powodu raczej nie będą dla nikogo pierwszym wyborem. Nie oznacza to, że z zakupu zadowoleni nie będziecie. To dobry sprzęt, ale po prostu nie jest najlepszy. Chociaż wiele też zależy od wymagań. Sony z pewnością oferuje lepsze ANC. Są też znacznie lżejsze (254 gramy XM5 i 250 gramów XM4 – uwaga: w oryginale był błąd w nazewnictwie generacji, poprawiłem na logikę). Natomiast jakość dźwięku to już kwestia dyskusyjna i mocno indywidualna. Na tym polu są raczej na podobnym poziomie i oferują zbliżone wrażenia. Natomiast za Beyerdynamicami przemawia więcej kodeków, w tym przede wszystkim aptX Lossless, którego w serii Sony XM brakuje. [gallery][img]256410[/img][img]256412[/img][img]256408[/img][img]256409[/img][img]256411[/img][img]256417[/img][img]256423[/img][img]256425[/img][img]256418[/img][img]256414[/img][img]256413[/img][img]256420[/img][img]256421[/img][img]256433[/img][img]256415[/img][img]256424[/img][img]256427[/img][img]256416[/img][img]256434[/img][img]256436[/img][img]256419[/img][img]256430[/img][img]256432[/img][img]256426[/img][img]256429[/img][img]256428[/img][img]256431[/img][img]256435[/img][img]256422[/img][/gallery]

4
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.

Więcej nowości

Epic Games Launcher po nowemu. Będą kolosalne zmiany
Gry 21 CZE 2026

Epic Games Launcher po nowemu. Będą kolosalne zmiany

Epic Games szykuje duże zmiany do swojego launchera. To kompletne odświeżenie, które wprowadzi ogrom nowych funkcji i możliwości. Epic Games Launcher swego czasu nieco podkopał pozycję Steama. Twórcy Fortnite'a nawet kupowali gry na czasową wyłączność, ale ostatecznie w rywalizacji z Valve nie mieli wielkich szans. Chociaż dzisiaj oba programy działają obok siebie, to trzeba przyznać, że Epic Games Launcher ma sporo do nadrobienia pod kątem funkcji i możliwości. No i właśnie te zaległości nadrabia. Nowy Epic Games Launcher Nowości zostały zaprezentowane w trakcie UnrealFest. Z zaprezentowanych zrzutów ekranu dowiadujemy się, że Epic Games planuje wprowadzić między innymi spersonalizowane rekomendacje, pisemne recenzje graczy, a także profile użytkowników z awatarami.  Jednak to nie koniec nowości. Epic Games planuje też wprowadzić funkcję, która powie użytkownikom, jak dana gra będzie działać na ich sprzęcie (coś w stylu "can it run?"). Ważna jest też poszerzona obsługa kontrolerów. Poza tym poziomu launchera będzie można odbierać notki o łatkach bezpośrednio od deweloperów oraz wygodniej kupować i wysyłać gry w formie prezentów między różnymi regionami. Z kolei gracze Fortnite docenią możliwość pobrania gry w mniejszych kawałkach. https://x.com/LuKaOnIndeed/status/2067644102783459625?proportion=2.61 Zmiany mają być wprowadzane etapami w ciągu najbliższych 12 miesięcy. W pierwszej kolejności pojawią się patch note'y od deweloperów oraz możliwość pobrania Fortnite'a w częściach. W drugim etapie zobaczymy publiczną betaę nowego launchera, a na końcu pełną przebudowę frontu sklepu z rekomendacjami i recenzjami graczy.

0
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.

Więcej nowości

Mars i Księżyc odtwarzane w Polsce? Padło na legendarną lokalizację
Publicystyka 20 CZE 2026

Mars i Księżyc odtwarzane w Polsce? Padło na legendarną lokalizację

Osadnictwo na Księżycu czy Marsie będzie się wiązało z szeregiem wyzwań. Aby im sprostać, trzeba eksperymentować na Ziemi. Gdzie? Pojawił się pomysł, by robić to w Polsce. I to w historycznym miejscu.  Giełdowy debiut SpaceX okazał się hitem. Spółka Elona Muska może i nie imponuje wynikami finansowymi, ale udało jej się w ekspresowym tempie wskoczyć do grona biznesowych potentatów. Podmioty o wyższej kapitalizacji można policzyć na palcach jednej dłoni. Z przytupem sprzedano opowieść o przyszłych sukcesach. Czas pokaże, ile było w tym mocnych argumentów, a ile bajkopisarstwa. Zaintrygowany czekam na rozwój wypadków. Z równie dużym zaciekawieniem będę śledził ewentualną realizację rodzimego pomysłu z kosmicznego podwórka. Otóż kiełkuje u nas myśl, by w likwidowanej kopalni Wujek w Katowicach stworzyć Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego. Księżyc mamy w domu, czyli adaptacja kopalni  Wygląda na to, że kosmiczna misja Ignis, podczas której Sławosz Uznański-Wiśniewski promował pierogi, natchnęła Polaków do snucia ambitnych planów. Może i nie będzie to otwarcie baru mlecznego na Księżycu, ale efekt może być równie ciekawy: zbudujemy sobie Księżyc w domu. Konkretnie na Śląsku. Delegacja ze wspomnianego przed momentem regionu udała się niedawno do stolicy, by tam przekonywać polityków do następującej idei: przekształcenia kopalni Wujek, a przynajmniej jej części, w Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego. Śmiały, ale nierealny koncept uczniów szkoły podstawowej? Otóż nie, w skład delegacji weszły lokalne grube ryby: Marcin Krupa (prezydent Katowic), Wojciech Saługa (marszałek woj. śląskiego), Dawid Pasek (wiceprzewodniczący zarządu Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii) czy Monika Rosa (posłanka). Towarzyszyli im prof. Ryszard Koziołek (rektor Uniwersytetu Śląskiego) oraz Tomasz Rożek – pomysłodawca przedsięwzięcia.  Mocna ekipa pojechała do Warszawy, równie mocarna drużyna przyjmowała gości. W tym gronie należy wymienić Marcina Kulaska (minister nauki i szkolnictwa wyższego), Wojciecha Balczuna (minister aktywów państwowych) czy Mariana Zmarzłego (wiceminister energii). Przywołany już Marcin Krupa tak podsumował rozmowy w swoich mediach społecznościowych:  To inicjatywa, która w niezwykły sposób łączy historię z nowoczesnością, otwierając zupełnie nowe możliwości dla nauki, innowacji i współpracy między środowiskiem akademickim, samorządowym oraz biznesowym. Brzmi pięknie. Kciuk w górę. Ale o co właściwie w tym chodzi? Już tłumaczę. Większość Polaków zapewne słyszała choć raz o kopalni Wujek. Zazwyczaj mówi się o niej w grudniu, przy okazji kolejnej rocznicy brutalnej pacyfikacji strajku górników, do której doszło w 1981 roku, krótko po wprowadzeniu stanu wojennego. Przez dekady był to nie tylko symbol oporu przeciw komunistycznej władzy, ale też po prostu zakład pracy. Wydobycie węgla zakończono tam jednak kilka lat temu, a obecnie twa likwidacja kopalni. Towarzyszy temu dyskusja dot. przyszłości sporej przestrzeni w tkance miejskiej. Pokopalniane hektary można zaadaptować na różne sposoby, a przykłady znajdziecie w samych Katowicach – na takich działkach stanęły m.in. centrum handlowo-usługowe, muzeum czy budynki mieszkalne. Na terenie dawnej kopalni Wieczorek powstaje Hub Gamingowo-Technologiczny. Koncept dla Wujka też jest gotowy i przewiduje różne realizacje: od sportowych, przez kulturalne, po mieszkaniowe. Nie zapomniano o nauce. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Tomasz Rożek, znany w kraju popularyzator nauki, przekonuje, by na tym terenie zrealizować także Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego. Dlaczego akurat tam? Wyjaśnienie jest dość proste: jeśli już ludzkość spróbuje się osiedlić poza Ziemią, to plany te będzie realizować najpewniej pod powierzchnią np. Księżyca czy Marsa. Po co zatem tworzyć od podstaw środowisko testowe, skoro można wykorzystać już istniejącą infrastrukturę? Pisząc krótko: plan idealny. A trzeba do tego dodać, że pomysł wpisuje się w szerszy plan – władze Katowic oraz Metropolii starają się o zlokalizowanie na Śląsku Centrum Technologicznego Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). O to nie będzie łatwo, bo swoją kandydaturę zgłosiło kilka innych polskich miast. Niebawem powinniśmy się przekonać, kto wygra ten prestiżowy wyścig.  Tymczasem warto się pochylić nad ideą Centrum Symulacji Osadnictwa Kosmicznego. Na pierwszy rzut oka to świetny pomysł – nie ma nad czym dumać, to trzeba realizować. Jednak im dłużej ktoś się nad tym zastanawia, tym więcej pojawia się wątpliwości.  Jeden projekt się nie spina, więc odpalmy kolejny Wspomniałem już, że na terenie dawnej kopalni Wieczorek powstaje Hub Gamingowo-Technologiczny. Jak sama nazwa wskazuje, ma to być miejsce przeznaczone dla podmiotów z branży gier komputerowych oraz szerzej z IT. Ostatnio zaczęto oczywiście wspominać o tzw. sztucznej inteligencji. Inwestycja zdecydowanie nie należy do tanich, mowa jest o grubo ponad 1 mld zł. I tu ciekawostka. Niedawno pojawiły się doniesienia o przetargu na realizację kolejnego etapu projektu. Najniższa oferta wyniosła ponad 415 mln zł. Tymczasem miejska spółka odpowiedzialna za tę realizację przewidziała na ten cel niewiele ponad 250 mln zł.  Jest problem? No jest. Omawiany etap obejmuje m.in. budowę wielkiej hali, w której mają się mieścić studio filmowe i gamingowe, magazyny, przestrzeń dla graczy, mowa jest też np. o podziemnym parkingu. Albo z czegoś trzeba będzie zrezygnować, albo należy wyczarować pieniądze. Spore pieniądze. Dodam, że realizowany już etap inwestycji też wymagał sporego przekroczenia budżetu. Wydaje się przy tym mało prawdopodobne, by w Katowicach wymyślono, jak rozmnażać pieniądze.  Tradycja, nowoczesność i dług Ktoś powie: może i drogo, ale warto. Bo miasto/region będą się rozwijać za sprawą nowych technologii. A dodatkowo zachowa się miejsce z tradycją. Należy dodać, że na hub będą się składać także odpowiednio zaadaptowane budynki pokopalniane: cechownia, łaźnia, stolarnia czy lampownia. Nawet nazwa całego przedsięwzięcia ma nawiązywać do kopalni: Shaft K (shaft to po polsku szyb). To akronim od Silesian Hub for Advanced Future Technologies (Śląskie Centrum Zaawansowanych Technologii Przyszłości). Brzmi dumnie. Gdzie w tym wszystkim problem? Otóż nie zrealizowano jednej dużej inwestycji, a mowa jest o kolejnej. Na pierwszą brakuje setek milionów złotych, tymczasem lokalni politycy chcą inicjować nowy projekt, który zapewne do tanich nie będzie należał. Jasne część pieniędzy może pochodzić z centralnego budżetu, część z kasy unijnej. Ale resztę trzeba będzie dosypać ze swojej skarbonki. Docelowo pewnie oznacza to zaciągnięcie długu.  Duże pieniądze potrafią kusić... Pojawił się wątek lokalnych polityków, więc i przy nim trzeba się na chwilę zatrzymać. Otóż na Śląsku jest ostatnio gorąco za sprawą tzw. afery tramwajowej. Sprawa nie jest błaha, bo dotyczy inwestycji na gigantyczne sumy, a śledztwo prowadzi Prokuratura Europejska. Efekt jest taki, że dochodzi do kolejnych zatrzymań, stawiane są zarzuty, lokalne struktury KO próbują ugasić pożar, bo to przedstawiciele tego ugrupowania znaleźli się pod lupą śledczych. Zainteresowanym polecam zagłębienie się w to piekiełko.  Czy w takich okolicznościach przyrody należy uruchamiać kolejne duże inwestycje? Niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie.  Przepustką w kosmos miał już być lot polskiego astronauty  Zwolennik kosmicznego projektu powie w końcu: tak, to będzie kosztować. Może nawet w trakcie realizacji pojawią się jakieś nieścisłości. Ale finalnie powstanie coś wartościowego. Kopalnia ewoluuje w przestrzeń do testowania rozwiązań przyszłości! W tym celu warto się zadłużyć, bo zysk jest pewny. Jest? Przypomina mi się historia naszego astronauty. Sławosz Uznański-Wiśniewski został wysłany w kosmos na koszt polskiego podatnika, mowa o setkach milionów złotych. I miał to być gigantyczny impuls dla polskiej branży kosmicznej. Czy był? Wielu Polakom ten lot kojarzy się chyba dzisiaj głównie z pierogami.  Zapewne znajdzie się niewiele osób, które bez mrugnięcia okiem stwierdzą, że działania towarzyszące misji astronauty zostały w Polsce dobrze przemyślane i zrealizowane. Może to tylko moje odczucia, ale całość sprawiała wrażenie totalnej improwizacji. Chaos na pełnej. Lot miał być inspiracją dla uczniów czy studentów, ale udało się to zrealizować w stopniu dalece niewystarczającym. Politycy opowiadają, że przełoży się to na wielkie zyski branży kosmicznej, jednak konkretnych wyliczeń brak. Człowiek, który mógł zostać symbolem, stał się obiektem drwin piosenkarki. Biorąc to wszystko pod uwagę (a jest jeszcze kilka innych wątków), trudno mi skakać z radości, gdy czytam, że tereny pokopalniane mogą się zamienić w poligon doświadczalny dla biznesu kosmicznego. Na razie widzę w tym przede wszystkim potencjał na wielkie obietnice, niespełnione nadzieje i pytania o to, co poszło nie tak. Bardzo chciałbym się mylić. 

3
MACIEJ SIKORSKI
1.

Popularne porównania