Chińczycy biją brawo Cienkowskiej. Polacy zapłacą więcej
Telepolis.pl
Publicystyka 10:19

Chińczycy biją brawo Cienkowskiej. Polacy zapłacą więcej

Opłata reprograficzna w znowelizowanej formie może rocznie kosztować polskich konsumentów dodatkowe 200 mln zł. Pieniądze trafią do organizacji, wobec których zastrzeżenia ma sam resort kultury. Beneficjentem zmian mogą być także… chińskie platformy zakupowe. Pod koniec kwietnia br. ministra Marta Cienkowska podpisała nowelizację rozporządzenia dot. opłaty reprograficznej. Powstała nowa lista urządzeń objętych "podatkiem" – zamiast 65 pozycji jest 19. W rejestrze znaleźć można smartfon, tablet, laptop, dekoder telewizyjny, telewizor, ale też np. papier, kartę pamięci czy dysk twardy.  Przedstawiciele organizacji zbiorowego zarządzania (ozz) przekonują, że te pieniądze im się po prostu należą, tę narrację powiela Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Przeciwnicy nowelizacji zgadzają się z argumentem, że artystów trzeba "godnie" wynagradzać za ich pracę. Wątpliwości wzbudzać może jednak sposób, w jaki organizowany jest transfer olbrzymich środków do kilku podmiotów. Na część pytań w tym temacie resort nie ma sensownych odpowiedzi. Badania? Nie są potrzebne. Przecież wiadomo, że ludzie kopiują Osoby niezorientowane w temacie opłaty reprograficznej odsyłam do naszych wcześniejszych tekstów: tu, tu i tu. A w ramach krótkiego przypomnienia napiszę, że do przywołanych już ozz ma trafiać rocznie dodatkowe 150-200 mln zł. Pieniądze te będą pochodzić ze sprzedaży elektroniki. W teorii mają się na to zrzucić producenci oraz importerzy sprzętu. Do praktyki (prawdopodobnej) zaraz dojdziemy.  Warto wspomnieć, że opłata reprograficzna w założeniu ma rekompensować twórcom straty, jakie ponoszą w związku z kopiowaniem ich utworów na użytek prywatny. To skłania do zadania pytania: jak wygląda dzisiaj w Polsce skala kopiowania? Mogłoby się wydawać, że odpowiedź będzie prosta, bo resort kultury zamówił odpowiednie badania przed nowelizacją. Otóż nie zamówił. Nie oznacza to jednak, że urzędnicy i politycy działali w oderwaniu od danych. Te dostarczyły im… organizacje zbiorowego zarządzania. Tak, te same podmioty, które są beneficjentami opłaty, podsunęły resortowi wyniki badań dot. kopiowalności, czyli ponoszonych przez nie (rzekomo) strat. A przedstawiciele ministerstwa postanowili przyjąć te treści i na nich pracować. Dlaczego nie zdecydowano się na własne badania? Odpowiedź niektórzy mogą uznać za kuriozalną: Badania kopiowalności, jeśli mają być miarodajne, muszą dotyczyć konkretnej i obowiązującej sytuacji prawnej. Zlecanie takich badań w trakcie konsultacji dotyczących kształtu nowelizacji rozporządzenia o opłacie reprograficznej byłoby mierzeniem sytuacji hipotetycznej. Jednak już podczas trwania konsultacji rozpoczęliśmy rozmowy z organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi oraz przedstawicielami branży – Związkiem Cyfrowa Polska – na temat opracowania metodologii prowadzenia badań kopiowalności. Badania te, realizowane na podstawie uzgodnionego kształtu nowelizacji, posłużą weryfikacji zastosowanych stawek, jak też przyjętego modelu podziału wpływów z opłat pomiędzy sfery audio, wideo i reprograficzną – tłumaczy Piotr Jędrzejowski, Rzecznik prasowy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wychodzi zatem na to, że ozz podzieliły się wynikami badań, które były miarodajne, ale już samo ministerstwo nie było w stanie tego zorganizować we właściwy sposób. To byłaby sytuacja hipotetyczna. Tymczasem Stowarzyszenie Filmowców Polskich dostarczyło informacje w pełni wiarygodne. Równie ciekawie brzmi to, że resort decyduje się na nowelizację opłaty i ma w planach opracować metodologię prowadzenia badań kopiowalności. Złośliwi stwierdzą, że kolejność została tu co najmniej zaburzona.  To jednak nie koniec rewelacji. Skoro ministerstwo nie posiada danych dla Polski, to sięga po te zagraniczne: Jako punkt odniesienia posłużyły dane dotyczące funkcjonowania opłaty reprograficznej w innych państwach Unii Europejskiej — nie ma bowiem podstaw, by przyjmować, że sposoby korzystania z urządzeń RTV/IT w Polsce istotnie różnią się od praktyk w pozostałych krajach UE – przekonuje rzecznik prasowy MKiDN. Intrygujące podejście. Mam nadzieję, że w ten sposób nie są podejmowane decyzje w innych resortach. Skoro jakieś zjawisko ma miejsce w Hiszpanii, Szwecji czy Irlandii, to przecież musi też występować u nas. I to w podobnej skali. Może nawet identycznej. Tylko czekać na corridę w Łodzi, kiszone śledzie na wigilijnych stołach i system podatkowy rodem z Dublina.  Ministerstwo coś obiecało. Teraz nabiera wody w usta Przedstawiciel ministerstwa w swojej odpowiedzi wskazał na prowadzenie rozmów ze Związkiem Cyfrowa Polska. To podmiot zrzeszający firmy z branży RTV i IT, w tym producentów, importerów oraz dystrybutorów urządzeń, a także dostawców usług cyfrowych i e-commerce. Pisząc krótko: to organizacja, która zgłaszała wątpliwości w zakresie nowelizowania opłaty reprograficznej. Także do niej zwróciłem się z pytaniem o badania dot. kopiowalności.  Jako Związek wielokrotnie apelowaliśmy, by prace nad opłatą odbywały się w oparciu o wiarygodne dane i były możliwie najbardziej merytoryczne. W tym celu przekazaliśmy Ministerstwu m.in. szczegółowe informacje dotyczące regularnie prowadzonych badań nad skalą kopiowalności, które w Finlandii stanowią podstawę do obliczania realnej straty poniesionej przez twórców w związku ze zwielokrotnianiem utworów w ramach dozwolonego użytku na poszczególnych typach urządzeń. Do resortu trafiła pełna metodologia takich badań i wyniki uzyskane w Finlandii w ostatnich latach. Sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury Maciej Wróbel zapowiadał, że badania takie przeprowadzone zostaną również w Polsce, by ocenić, czy nałożenie opłaty na szerszy katalog urządzeń jest w ogóle uzasadnione. Tak się jednak nie stało – stwierdził Michał Kanownik, Prezes Związku Cyfrowa Polska. Dopytałem w resorcie o zapowiedź pana Macieja Wróbla. Niestety, odpowiedzi nie otrzymałem.  Po co czekać z nowelizacją? Prezes Związku Cyfrowa Polska przekonywał nas, że opinie dot. nowelizacji przedstawiane przez ten podmiot nie były uwzględniane przez resort kultury. Co ciekawe, na 13 maja br. zaplanowano spotkanie, w którym mieli uczestniczyć przedstawiciele Związku, ministra Marta Cienkowska oraz reprezentanci ozz. Prezes Michał Kanownik zapewnia, że celem było wypracowanie porozumienia i eliminacja sporów interpretacyjnych w zakresie opłaty reprograficznej. Jednak na dwa tygodnie przed spotkaniem szefowa resortu podpisała wspomnianą już nowelizację. Jak tłumaczy to resort? Spotkanie 13 maja zostało odwołane przez Związek Cyfrowa Polska. Na etapie procedowania projektu rozporządzenia przedstawiciele oraz prezes Związku Cyfrowa Polska uczestniczyli kilkukrotnie w spotkaniach z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz organizacjami zbiorowego zarządzania. Aktywnie uczestniczyli w procesie konsultacji projektu nowelizacji, a uwagi zebrane w toku konsultacji zostały podsumowane na spotkaniu w siedzibie resortu z udziałem Związku Cyfrowa Polska we wrześniu 2025 roku. Nie było żadnego powodu, żeby z nowelizacją wstrzymywać się do spotkania zaplanowanego na 13 maja 2026 – wyjaśnia Piotr Jędrzejowski. Zapłacą firmy? Te wskazują na portfele klientów Kwestią wywołującą emocje jest też to, kto w rzeczywistości weźmie na siebie ciężar opłaty reprograficznej. W teorii zapłacić mają producenci oraz importerzy sprzętu. Prezes Związku Cyfrowa Polska zwraca uwagę na zapisy unijnej dyrektywy, która ma wskazywać, że płatnikami są jednak konsumenci. To ci ostatni mają płacić za możliwość kopiowania utworów na własny użytek. Producenci czy dystrybutorzy pełnią w tym modelu jedynie rolę pośredników. Reprezentujący Związek Michał Kanownik wskazał na jeszcze jedną istotną kwestię: firmy z tego sektora mają operować na marżach w wysokości od 0,5 do 1,5 proc. W efekcie nie mogą wziąć opłaty na swoje barki. Prezes wskazał na przykład rynku niemieckiego, gdzie poszerzenie opłaty reprograficznej miało wprost przełożyć się na wzrost cen detalicznych sprzętu elektronicznego. Przywołany już Maciej Wróbel przekonywał w ubiegłorocznej rozmowie z PAP, że ta narracja jest nieprawdziwa: konsumenci nie zapłacą więcej, na co wskazywać mają… przykłady z innych krajów. Nie pozostaje zatem nic innego, jak czekać na rozwój wypadków w sklepach i tłumaczenia tych, którzy racji nie mają.  Kliencie, ciesz się, że to tylko 1 procent! Rzecznik prasowy resortu stwierdził w rozmowie z nami, że "brak jest podstaw do automatycznego założenia, że opłata reprograficzna zostanie przerzucona na konsumenta". Jednocześnie jednak warto zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, resort podkreśla, że nowelizacja wprowadza opłatę reprograficzną na poziomie 1 proc. ceny sprzedaży urządzenia. Tymczasem wedle ustawy mogłyby to być nawet 3 proc. Można to odczytać jako "wymiar kary i tak jest niski".  Drugi wątek wygląda następująco: cena rynkowa jest wypadkową wielu czynników, a opłata reprograficzna nie odgrywa tu dominującej roli. W tej narracji można przyjąć, że gdzieś w łańcuchu dostaw i mechanizmie ustalania cen powinna się znaleźć przestrzeń do "upchnięcia" owego 1 proc. Jeśli to się nie uda i ostatecznie zapłaci klient, to powinien pogodzić się z dodatkowym wydatkiem, bo nie jest wysoki. Tak przynajmniej przekonują zwolennicy forsowanego mechanizmu. Wątpliwości wyraża przedstawiciel Związku Cyfrowa Polska. Warto zaznaczyć również, że cena urządzeń nie wzrośnie o 1 proc., lecz znacznie więcej. Stawka ta dotyczy przecież tylko pierwszej opłaty po wprowadzeniu urządzenia na rynek, a dystrybucja obejmuje cały łańcuch kontrahentów, w którym każdy kolejny doliczając swoją marżę, naliczać ją będzie od zwiększonej ceny początkowej, przyrastającej na każdym kolejnym etapie dystrybucji, aż do finalnej sprzedaży do konsumenta – deklaruje Michał Kanownik. Tym bardziej czekam na to, co wydarzy się w sklepach. Na użytek prywaty, czyli opłata od każdego urządzenia Tymczasem należy wspomnieć o jeszcze jednej ciekawej kwestii – opłatą reprograficzną objęto smartfony czy komputery trafiające do klientów prywatnych, ale też do firm, urzędów czy szkół. Dlaczego to ma znaczenie? Prezes Michał Kanownik odwołał się do wspomnianej już unijnej dyrektywy: Opłata reprograficzna została stworzona jako rekompensata za prywatne kopiowanie utworów przez konsumentów, dlatego jej naliczanie od zakupów sprzętu dokonywanych przez firmy jest nieuzasadnione i sprzeczne z pierwotnym celem tego mechanizmu. W praktyce sprzęt kupowany w modelu B2B służy głównie do działalności zawodowej i produkcyjnej, a nie do prywatnego kopiowania treści, dlatego opłata powinna dotyczyć wyłącznie zakupów konsumenckich. Dlaczego tak się dzieje nad Wisłą? Pytanie zadałem przedstawicielowi resortu. Odpowiedzi nie otrzymałem.  Skazujemy twórców na biedowanie? Niekoniecznie Mogą się oczywiście pojawić głosy, że to kolejna nagonka na artystów, a te pieniądze muszą w końcu do nich trafiać. Zwolennicy opłaty reprograficznej będą przekonywać, że rozwiązanie jest powszechnie stosowane w cywilizowanej Europie i tylko w Polsce skazujemy twórców na głodowanie. Zwróciłem się zatem do Związku Cyfrowa Polska z pytaniem, czy są całkowitymi przeciwnikami przekazywania środków środowisku artystycznemu.  Artyści w pełni zasługują na godne wynagrodzenie za swoją pracę oraz poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwej rekompensaty. W pełni rozumiemy potrzebę i popieramy działania mające zapewnić rozwój polskiej kultury. Polskie firmy z sektora importu i dystrybucji elektroniki w pełni się z tym zgadzają i od lat przekazują opłatę reprograficzną z nadzieją, że trafi ona do uprawnionych twórców. Postulujemy jednak, by mechanizm tej rekompensaty za kopiowanie treści na własny, dozwolony użytek miał umocowanie w rzeczywistości i odpowiadał obecnym realiom konsumpcji kultury. Opłata reprograficzna w coraz mniejszym stopniu spełnia te kryteria i w Europie coraz częściej postrzegana jest jako relikt przeszłości – przekonuje Michał Kanownik. Prezes Związku zaznaczył, że trudno ocenić, w jakim stopniu smartfony są wykorzystywane do kopiowania treści na użytek prywatny, bo… Ministerstwo nie zleciło badań w tym zakresie. Wracamy do poruszanej już kwestii. Mogłoby się okazać, że zjawisko ma charakter marginalny, ponieważ od lat prężnie rozwija się w Polsce rynek streamingu.  No dobrze, ale jeśli nie opłata reprograficzna, to co? Jako alternatywę proponujemy np. model znany z Finlandii. Kraj ten w 2015 roku całkowicie zrezygnował z klasycznego modelu opłat reprograficznych doliczanych do sprzętu elektronicznego i czystych nośników, zastępując go systemem w całości finansowanym z budżetu państwa. Kluczowym elementem fińskiego modelu jest coroczne badanie ankietowe dotyczące rzeczywistej skali legalnego kopiowania na własny użytek oraz wynikających z tego tytułu strat ekonomicznych. Badanie to pozwala oszacować szkody powstałe dla uprawnionych i dostarcza danych do uzasadnienia wysokości rekompensaty budżetowej. Pozwala również śledzić to, jak zmienia się skala kopiowania - proponuje Michał Kanownik. Co na to resort kultury? Jego rzecznik podkreślił, że Finlandia nie zrezygnowała z rekompensat na rzecz twórców i po prostu pobiera ją w innej formie. Być może gorszej dla naszych portfeli, bo ciężar spada bezpośrednio na barki wszystkich obywateli. A w Polsce zapłacą ci, którzy kupują sprzęt. Chociaż według resortu będzie jeszcze inaczej – zapłacą firmy, które nie przerzucą opłaty na konsumentów.  Chińczycy przyjmują opłatę z szerokim uśmiechem I tu pojawia się kolejna ciekawa kwestia: czy zapłacą wszystkie firmy handlujące sprzętem elektronicznym? Zdania w tej materii są podzielone. Przedstawiciele Związku Cyfrowa Polska są zdania, że chińskie platformy sprzedażowe będą unikać płacenia nowego „podatku”. W efekcie ich produkty będą tańsze i mogą bardziej przyciągać uwagę oraz portfele klientów. Nie ma żadnego kanału poboru opłaty reprograficznej w przypadku milionów drobnych paczek z państw trzecich. Wyegzekwowanie należności od azjatyckich sprzedawców będzie trudne lub wprost niemożliwe. Daje im to regulacyjną przewagę kosztową nad legalnie działającymi w kraju importerami – twierdzi Michał Kanownik. Jak do tego argumentu odnosi się ministerstwo? W zasadzie umywa ręce. Rzecznik resortu stwierdził, że „pobór i egzekwowanie opłat leżą w gestii organizacji zbiorowego zarządzania wskazanych w rozporządzeniu”. I to ozz mają podjąć działania wobec zagranicznych podmiotów. O ile można sobie wyobrazić, że rodzimym organizacjom faktycznie będzie zależeć na ściągnięciu środków, o tyle trudno stwierdzić, jakich narzędzi użyją, by to zrobić.  OZZ, czyli państwa w państwie Zwolennicy opłaty reprograficznej przekonują, że te pieniądze trafiają do twórców. Należy jednak pamiętać, że nie dzieje się to bezpośrednio. Pieniądze pobierają i dzielą wspomniane już organizacje zbiorowego zarządzania, wśród których można wymienić ZAiKS, ZPAV, ZASP czy Stowarzyszenie Filmowców Polskich. Prezes Związku Cyfrowa Polska przekonuje, że podmioty te działają w sposób nietransparentny i zarządzają pieniędzmi niewydajnie. W efekcie pieniądze nierzadko nie trafiają do artystów. Dosypanie do skarbców ozz kilkuset milionów złotych może tylko pogłębić problem. W latach 2019–2023 przychody OZZ w Polsce wzrosły o około 35 proc., osiągając poziom ponad 4 miliardów złotych. Wzrosły również koszty operacyjne tych podmiotów. Mimo to, nie obserwujemy podniesienia efektywności ich działania, a coraz więcej pieniędzy zgromadzonych przez te organizacje nie trafia do uprawnionych twórców w ustawowym terminie. Średnio to ćwierć miliarda złotych rocznie. Na kontach OZZ zalegają środki, które powinny trafić od użytkowników praw (płatników) do właścicieli praw autorskich. W latach 2019–2023 średnio na koniec roku na kontach OZZ znajdowało się ok. 1,5 mld zł niewypłaconych środków – podnosi Michał Kanownik. Wspomniana kwota nie pochodzi jedynie z opłaty reprograficznej, ale ma ona pokazywać niedociągnięcia w funkcjonowaniu systemu. Krytycy ozz wskazują, że krajowy system nie przewiduje skutecznych mechanizmów motywujących organizacje do szybkiego przekazywania pieniędzy uprawnionym twórcom. To jednak nie koniec. Co dzieje się ze środkami, które nie trafią w przewidzianym przepisami czasie do artystów? Po upływie trzech lat, pieniądze te mogą być przeznaczone na inne cele, w tym na działalność ozz lub dodatkowe wypłaty na rzecz pozostałych uprawnionych – wyjaśnia prezes Związku Cyfrowa Polska. Czy resort kultury widzi ten problem? Tak. Ministerstwo dostrzega potrzebę poprawy działań organizacji zbiorowego zarządzania i będzie to przedmiotem najbliższych działań legislacyjnych. Nie był to jednak powód, aby do tego czasu wstrzymywać nowelizację przepisów o opłatach reprograficznych, które od dawna były anachroniczne i na które środowiska twórców i wykonawców czekały od wielu lat – tłumaczy Piotr Jędrzejowski. Sytuacja co najmniej dziwna: resort zdaje sobie sprawę z tego, że ozz nie funkcjonują w sposób prawidłowy i chce dosypać pieniędzy na ich konta. A potem prowadzić działania, które być może usuną patologie z tych podmiotów. Nie wiadomo jednak, kiedy to nastąpi i jaki będzie skutek tych działań. Można to porównać do sytuacji, w której ktoś dolewa wody do dziurawej butelki i zapewnia, że wszystko jest ok, bo ma w planach załatanie dziury.  Resort sypnął czyjąś kasą, a teraz będzie naprawiał Ktoś może uznać, że słowo "patologie" jest zbyt mocne. Dlatego odeślę do komunikatu resortu kultury z końca ubiegłego roku. Można w nim przeczytać, że  Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego złożyło zawiadomienie do Prokuratury o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby działające w imieniu i na rzecz Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Zawiadomienie jest efektem kontroli, która wykazała, że w latach 2020-2024 ww. osoby naraziły Stowarzyszenie na szkodę w wysokości ponad 13,3 mln zł. Michał Kanownik również przypomniał tę sprawę i zwrócił uwagę, że "w okresie objętym kontrolą na stypendia artystyczne dla młodych filmowców wydano zaledwie 199 tys. zł, natomiast na alkohol 1,245 mln zł". Rzeczywiście, można mieć wątpliwości, w jaki sposób będą wydawane nowe środki. A może Stowarzyszenie Filmowców Polskich to czarna owca w rodzinie ozz? Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że nie ma podstaw, by przyjmować, że sposób działania pozostałych ozz odbiega od tego modelu. Zresztą, zacytuję przedstawiciela resortu: Trwa przygotowanie wniosków pokontrolnych z kontroli w Związku Artystów Scen Polskich. W kwietniu 2025 roku zawiesiliśmy zarząd STOART w związku z nieusunięciem uchybień przy zwołaniu Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Delegatów STOART. W efekcie działania ministra sąd powołał w STOART kuratora, który w marcu br. doprowadził do powołania nowego zarządu stowarzyszenia. System ozz wymaga weryfikacji, którą zapowiedzieliśmy i zaczęliśmy realizować jeszcze w marcu 2025 roku - przekonuje Piotr Jędrzejowski. Wesoło. A im więcej takich kwiatków, tym szybciej przeciętny konsument zrozumie, dlaczego nowelizacja opłaty reprograficznej jest potrzebna…

11
MACIEJ SIKORSKI
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Tańsze a dobre. Sony szykuje wysyp przystępnych OLED TV
Sprzęt 17:50

Tańsze a dobre. Sony szykuje wysyp przystępnych OLED TV

3
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Wkrótce filmiki w internecie przyspieszą. Weszła nowa technologia
Oprogramowanie 16:58

Wkrótce filmiki w internecie przyspieszą. Weszła nowa technologia

3
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Tego o czarnych dziurach nie wiedziałeś. Planety sporo im zawdzięczają
Nauka 16:01

Tego o czarnych dziurach nie wiedziałeś. Planety sporo im zawdzięczają

1
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Koniec kiepskich monitorów. Te sprzęty wyznaczą nowe standardy
Sprzęt 15:09

Koniec kiepskich monitorów. Te sprzęty wyznaczą nowe standardy

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Elektroniczne naklejki uchronią lasy przed pożarami
Nauka 14:21

Elektroniczne naklejki uchronią lasy przed pożarami

0
PATRYCJA KORBA
1.
Polacy masowo wracają do torrentów. Klapki spadły z oczu
Telewizja i VoD 13:32

Polacy masowo wracają do torrentów. Klapki spadły z oczu

1
DOMINIK KRAWCZYK
1.
Tańszy Galaxy S27 Pro będzie tym lepszym? Ultra mniej ultra
Sprzęt 12:39

Tańszy Galaxy S27 Pro będzie tym lepszym? Ultra mniej ultra

2
PATRYCJA KORBA
1.
Fani czekali 12 lat. Kontynuacja kultowego horroru zaskakuje
Gry 11:52

Fani czekali 12 lat. Kontynuacja kultowego horroru zaskakuje

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Android Auto z przełomową zmianą. W końcu bezpieczniej
Moto 11:02

Android Auto z przełomową zmianą. W końcu bezpieczniej

1
DOMINIK KRAWCZYK
1.
Polacy oburzeni. Z takim zakazem nie chcą lecieć tam na wakacje
Nauka 09:34

Polacy oburzeni. Z takim zakazem nie chcą lecieć tam na wakacje

3
PATRYCJA KORBA
1.
Samsung szykuje klapę a nie klapkę. Kotlet skwierczy na patelni
Sprzęt 08:38

Samsung szykuje klapę a nie klapkę. Kotlet skwierczy na patelni

0
DOMINIK KRAWCZYK
1.
Ukryli ekran w... smart pierścieniu. Taka nowość za 1/5 ceny Galaxy Ring
Sprzęt 05 CZE 2026

Ukryli ekran w... smart pierścieniu. Taka nowość za 1/5 ceny Galaxy Ring

1
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Niespodzianka w Auchan. Sieć łączy siły z Minecraftem
Gry 05 CZE 2026

Niespodzianka w Auchan. Sieć łączy siły z Minecraftem

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Gothic 1 Remake już jest! Zagrasz na PC, PlayStation 5 i Xbox Series X|S
Gry 05 CZE 2026

Gothic 1 Remake już jest! Zagrasz na PC, PlayStation 5 i Xbox Series X|S

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Casio G-Shock Gravitymaster GWR-B3000 są odporniejsze niż do tej pory
Sprzęt 05 CZE 2026

Casio G-Shock Gravitymaster GWR-B3000 są odporniejsze niż do tej pory

6
DOMINIK KRAWCZYK
1.
OnePlus Turbo 6X Pro już w czerwcu. Wygląda bardzo znajomo
Sprzęt 05 CZE 2026

OnePlus Turbo 6X Pro już w czerwcu. Wygląda bardzo znajomo

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
FBI ostrzega. Fani piłki nożnej na celowniku
Telepolis.pl
Bezpieczeństwo 05 CZE 2026

FBI ostrzega. Fani piłki nożnej na celowniku

0
PATRYCJA KORBA
1.
Francja ma dość. Wyda 110 mld euro na własne SI
Tech 05 CZE 2026

Francja ma dość. Wyda 110 mld euro na własne SI

1
PATRYCJA KORBA
1.
Więcej nowości
Pułapka na Polaka. Trik oszustów znów zbiera żniwo
Bezpieczeństwo 05 CZE 2026

Pułapka na Polaka. Trik oszustów znów zbiera żniwo

CERT Polska przestrzega przed nową kampanią oszustów. Przestępcy podszywają się pod serwis podatki.gov.pl i pod pozorem zwrotu nadpłaty pieniędzy zachęcają do wypełnienia formularza. To oczywiście pułapka. Oszustwa związane z podatkami i serwisem podatki.gov.pl nie są niczym nowym, ale najwyraźniej przestępcy osiągają w ten sposób wysoką skuteczność, bo ciągle podejmują nowe ataki. CERT Polska ostrzegł dziś przed nową kampanią tego typu. W rozsyłanych wiadomościach e-mail oszuści informują odbiorców o rzekomej nadpłacie podatku i możliwości otrzymania zwrotu środków. Wiadomość zawiera link prowadzący do strony przypominającej oficjalny serwis podatki.gov.pl.  Na kolejnych etapach oszuści próbują pozyskać dane osobowe, w tym numer PESEL oraz dane karty płatniczej lub dane logowania do bankowości internetowej. Łatwo się na to nabrać, bo w perspektywie pojawia się zwrot podatku, a więc „przepłacone pieniądze”. Każdy by się skusił. To oczywiście pułapka, zastawiona na tych, którzy szybciej klikają, niż nabierają wątpliwości. Nie należy w żadnym przypadku wprowadzać tam swoich danych. Zdobyte przez oszustów informacje mogą zostać wykorzystane do nieuprawnionego dostępu do konta bankowego, realizacji nieautoryzowanych transakcji lub dalszych prób podszywania się pod ofiarę. W rezultacie możemy stracić nie tylko pieniądze. Warto zwrócić uwagę na adres strony internetowej oraz sprawdzić, czy informacje dotyczące rozliczenia podatkowego są widoczne po zalogowaniu do oficjalnych usług administracji publicznej. Dobrą praktyką jest również weryfikacja adresu e-mail nadawcy – przypomina podstawowe zasady CERT Polska. https://x.com/CERT_Polska/status/2062869336855912572?proportion=1.59

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.

Więcej nowości

Nowy odważny serial sci-fi. 8-odcinków nie tylko dla fanów kosmosu
Telewizja i VoD 05 CZE 2026

Nowy odważny serial sci-fi. 8-odcinków nie tylko dla fanów kosmosu

Okazuje się, że nic nie wzbudza tylu emocji co seriale o kosmosie. A już najbardziej te, przedstawiające alternatywną historię. Na Apple TV kilka dni temu zadebiutował serial "Gwiezdne miasteczko", który sprawił, że o kosmosie znów zrobiło się głośno. Gwiezdne miasteczko - nowe sci-fi od Apple TV Wystarczy spojrzeć na Rotten Tomatoes - “Star City” ("Gwiezdne miasteczko") dostało naprawdę wysoką notę, nie tylko od krytyków, ale także i od widzów. (w momencie pisania jest to 75% pozytywnych opinii od widzów i 96% od krytyków). To wynik wyjątkowy, większy niż uzyskało “For All Mankind” (91% od krytyków).  Wiadomo nie od dziś, że Apple TV specjalizuje się już od jakiegoś czasu w serialach tego gatunku. Już wkrótce, 3 lipca, Rebecca Ferguson powróci jako Juliette Nichols w dystopijnym serialu Silos po raz trzeci. Całkiem niedawno też, wyemitowano finałowy odcinek 5. sezonu serialu science fiction Joe Kinnamana “For All Mankind”, osadzonego w alternatywnej historii. I choć serial ten ma teraz przerwę, do 6. sezonu, to Apple TV rozwija dalej ten świat. “Star City” to spin off serialu “For All Mankind” i jak widać, został doskonale przyjęty na platformie. Choć niektórzy twierdzą, że to, grający na emocjach, serial obyczajowy, w którym kosmos zszedł trochę na dalszy plan. Ale seriale mają swoje prawa - mogą bezkarnie tworzyć i rozwijać nawet najbardziej absurdalne wątki. Wszystko po to, aby dostarczyć nam rozrywki i właśnie emocji. Ocena serialu prawdopodobnie będzie się wahała, bo im więcej osób zobaczy serial, tym więcej opinii ujrzy światło dzienne. Polscy widzowie, z pewnością, dorzucą także swoją “cegiełkę”. O czym opowiada "Gwiezdne miasteczko"? W "Star City" widzowie przenoszą się na sowiecką stronę wyścigu kosmicznego, znaną ze "For All Mankind". Z udziałem takich gwiazd, jak Rhys Ifans, Adam Nagaitis, Sam Strike. Serial nawiązuje do paranoi z czasów zimnej wojny, oferując pełen wrażeń thriller szpiegowski z KGB. A wiadomo, że wszelkie unikalne ujęcia wyścigu kosmicznego, jak do tej pory, bardzo dobrze się oglądały.  "For All Mankind" jest na to świetnym przykładem.  Jeśli zatem, nie mieliście pomysłu, po jaki serial sięgnąć podczas długiego weekendu, "Star City" może być naprawdę dobrym wyborem. "Gwiezdne miasteczko" ("Star City") miało premierę na platformie 29 maja 2026. Na platformie dostępne są już trzy odcinki. https://www.youtube.com/watch?v=xKMC3RSwd4s

0
ANNA KOPEć
1.

Więcej nowości

Technojanusz na wakacjach
Publicystyka 04 CZE 2026

Technojanusz na wakacjach

Wymarzone wakacje, na które czekałeś miesiącami. Musisz wreszcie odpocząć. A tu — zapomniałeś kabelka. Po kilku dniach żałujesz, że nie zabrałeś czegoś jeszcze. Im dłużej „wypoczywasz”, tym lista rośnie. Z urlopowicza stajesz się niewolnikiem, który pracuje na wakacjach. Na wakacje z przyczepką | Bumbox na plaży Ponad dwadzieścia lat temu absolutnym minimum na wakacjach był telefon i aparat — może nawet cyfrowy, choć to była wtedy rzadkość. Czasem nie brało się nawet tego. Pamiętam, jak w 1999 roku jadąc z Międzyzdrojów do Poznania, prawie całą drogę przegadałem przez komórkę. I to był wtedy szczyt możliwości — zasięg na głównej trasie. W mniejszych miejscowościach sieć dopiero raczkowała. W 2000 roku zdarzyło mi się pracować w terenie bez żadnego dostępu do internetu — poza tym, który można było wycisnąć z sieci komórkowej. Do jednego z miesięczników teksty pisałem na Ericssonie MC218. Po zredagowaniu teksty wysyłałem przez podczerwień do telefonu Ericsson R320s, a ten łączył się z siecią przez GPRS. Słałem je z namiotu, w deszczu. Poczucie mobilności było niesamowite — i dziś mało kto to zrozumie. Około 2001 roku teksty pisałem często na trasie Poznań — Warszawa i z powrotem — na Nokii Communicator 9110. Zdarzyło mi się nawet pomóc koleżance w napisaniu opracowania o telefonii komórkowej — jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt stron A4. Jedną część napisałem jadąc z Poznania do Warszawy, drugą w drodze powrotnej. Co prawda nie były to wakacje, ale mobilność i wolność nabierały wtedy zupełnie innego znaczenia. Szczytem szczytów był wypad na Słowację na przełomie 2002 i 2003 roku. W bagażu miałem Canona EOS 10D, laptopa i satelitarny telefon Thuraya działający z kartą Era — dzisiejszy T-Mobile. Łączność praktycznie wszędzie, ale bez transmisji danych. Opóźnienie w połączeniach głosowych rzędu dwóch sekund nikomu wtedy nie przeszkadzała — liczyło się to, że można w każdej chwili zadzwonić. Człowiek był w szoku, że rozmawia przez satelitę w miejscach, gdzie inni wspinali się na drzewa w poszukiwaniu zasięgu. W 2004 roku spędziłem trzy tygodnie w Bieszczadach, a dokładnie w Komańczy. Bez telefonu satelitarnego, za to z pożyczonym od Garmina terminalem GPS. Podawał współrzędne geograficzne, bez map — tych wtedy jeszcze nie było. Przydał się, gdy straciłem orientację w terenie: dzięki drukowanym mapom wojskowym i odczytom z terminala trafiłem z powrotem do kwatery. Zasięgu komórkowego praktycznie nie było — tylko w większych miejscowościach. Wracałem tam kilka razy w latach 2017–2019 i dalej jestem tą okolicą zachwycony. Dzicz pozostała dziczą. Pod koniec 2004 roku kupiłem 9 iPoda Classic z dyskiem 40 GB. Niedawno go zresztą sprzedałem — niestety trochę uszkodzony, mimo wymienionego akumulatora. Szkoda, bo świetny sprzęt. Miałem na nim praktycznie całą bibliotekę muzyczną zrzuconą z dużej kolekcji płyt CD. Służył mi dzielnie przez pięć, może sześć lat i odbył ze mną podróże liczone w dziesiątkach tysięcy kilometrów. W pewnym momencie dołączył do niego power bank — regularnie go karmiłem, gdy chciałem słuchać muzyki w samolocie. Dziś brzmi to niewinnie, ale wtedy cały album w kieszeni był czymś absolutnie niezwykłym. W ciągu tych ponad dwudziestu lat do bagażu przybywało coraz więcej gadżetów. I tu mamy dwie drogi: albo jedziemy leżeć na plaży jak rasowe wieloryby, albo bawimy się kabelkami — a może jedno i drugie. Źródełka potrzebne jak nigdy Co zabrać ze sobą, żeby mieć jakąś bazę już na starcie? Przede wszystkim dobrą, wydajną, wieloportową ładowarkę — taką, która pozwoli dokarmiać kilka urządzeń jednocześnie. Po co wozić kilka osobnych, skoro za kilkaset złotych (albo i kilkadziesiąt) można mieć jedną, która zasili laptopa, aparat, kamerę i resztę? Uzupełnieniem ładowarki może być przetwornica samochodowa i porządny power bank, który uzupełni energię tam, gdzie jej nie ma. U mnie absolutnym must-have są: ładowarka 100 W, przetwornica 140 W i power banki 20 000 oraz 30 000 mAh firmy Baseus. Właścicielom kamperów — i nie tylko — przyda się też panel solarny, a w skrajnych przypadkach agregat prądotwórczy. Brzmi jak kompletne szaleństwo, ale w praktyce sprowadza się do trzech rzeczy: wielofunkcyjna ładowarka dużej mocy, przetwornica i power bank. Niewielkie urządzenia, które łatwo schować — za to robią robotę. Dziś większość sprzętu używa USB-C — laptop, tablet, aparat, powerbank, słuchawki. To dobra wiadomość, bo oznacza mniej rodzajów kabli. Zła: nie każdy kabel USB-C obsługuje wszystko. Inny do ładowania, inny do transferu danych, inny do obrazu — a na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo. Warto postawić na kilka dobrych przewodów z certyfikatem 100 W — takie poradzą sobie z ładowaniem, danymi i sygnałem wideo jednocześnie.  Do kompletu przyda się hub USB-C z kilkoma portami, slotami na karty pamięci i wyjściem HDMI. Dobra wieloportowa ładowarka 100–140 W pozwoli zasilić laptopa, tablet i telefon jednocześnie z jednego gniazdka. Jeden zasilacz, kilka kabli, zero przedłużaczy. W pokojach hotelowych czy innych, często brakuje dużej ilości gniazdek elektrycznych. Jeszcze kilka lat temu brałem ze sobą co najmniej jeden przedłużacz, teraz nie jest on już potrzebny.  Jakby tu wysłać komuś pozdrowionka Pół biedy, jeśli w miejscu docelowym jest zasięg. To i tak tylko połowa sukcesu — w mocno obleganych przez turystów miejscach transmisja potrafi zwolnić do zera. Można udostępniać internet ze smartfona, ale lepszym rozwiązaniem jest osobny router. Przez lata zabierałem ze sobą modemy 3G i LTE — najpierw jako klucz USB, potem jako osobne urządzenie zasilane z baterii lub z sieci. Główną robotę robiły u mnie zawsze sprzęty Huawei. Dziś możliwości jest więcej: są modemy 5G, a tam, gdzie zasięgu brakuje lub nie ma go wcale, świetną opcją jest Starlink Mini, z którego po wybraniu odpowiedniego planu taryfowego, można korzystać praktycznie wszędzie. Przed wyjazdem warto też pomyśleć o eSIM. To wirtualna karta aktywowana przez aplikację — bez fizycznego nośnika. Serwisy takie jak Airalo czy Holafly oferują pakiety danych od operatorów z całego świata, często taniej niż roaming. Są haczyki: nie każdy telefon obsługuje eSIM, a aktywacja bez zasięgu potrafi być kłopotliwa (wymagane jest Wi-Fi). Warto mieć fizyczną kartę jako backup. Można też zdać się na WiFi na kwaterze — ale często jest to łącze tak marnej jakości, że szkoda nerwów. Lepiej zadbać o własny dostęp i bez problemu korzystać ze streamingu. No i zamiast tradycyjnych kartek pocztowych — które z pomocą Poczty z Trąbką mogą nie dotrzeć nigdy — warto pomyśleć o multimedialnych widokówkach. Szybciej, taniej i z większą szansą, że adresat w ogóle je zobaczy. Aparat, a może coś więcej Smartfon wystarczy do większości zastosowań — zdjęcia, wideo, nawigacja i przeglądanie internetu. Problem zaczyna się, gdy chcemy czegoś więcej: naprawdę dobrej jakości fotografii lub materiału wideo. Wtedy nie ma wyjścia — potrzebny jest aparat z wymiennymi obiektywami. Dobrze mieć dwa: ja używam szkieł 16–35 mm i 70–200 mm, a do tego Sony A7III — stary, ale jary. Przy codziennych ujęciach przyda się kamera sportowa z odpowiednim mocowaniem. Tu ważna zasada: nagrywać tylko to, co zaplanowane i naprawdę warte zachowania. Gdy surówek zbierze się kilkanaście godzin, montaż zamieni urlop w pracę. Sam wpadłem w tę pułapkę — nagrania z GoPro z wyjazdu do Łeby zajęły ponad terabajt. Do kamery sportowej gimbal nie jest potrzebny, bo te od kilku lat oferują świetną stabilizację obrazu. Można też do zestawu foto/wideo dorzucić jeszcze małego drona. Należy tylko pamiętać o tym, że do niektórych krajów nie można go zabrać (np. do popularnego Egiptu), tak samo, jak aparatu z długim obiektywem. Przy drogim sprzęcie warto też pomyśleć o ubezpieczeniu. Standardowe OC i NNW tego nie obejmują — potrzebna jest osobna polisa na sprzęt elektroniczny lub fotograficzny. Część firm oferuje ubezpieczenia pokrywające kradzież, zalanie i uszkodzenie mechaniczne, również za granicą. Koszt to zazwyczaj kilka procent wartości sprzętu rocznie — przy aparacie, obiektywach i kamerze wartych kilkanaście tysięcy złotych to wydatek, który może uratować wyjazd. Nośniki — przyjemność dla oka, ból dla portfela Karty pamięci i dyski to zakup, przy którym człowiek odczuwa wyraźny uszczerbek na zdrowiu — finansowym. Markowe karty SD 512 GB to kilkaset złotych za sztukę, a w wielu aparatach bezlusterkowych gniazda są dwa. Jeśli sprzęt wymaga kart CFexpress — dopłacasz jeszcze więcej. Dysk SSD 2 TB z USB-C to koszt około tysiąca złotych, a przy 4 TB żegnasz się z poważniejszą sumą (2 tys. i więcej). Problem w tym, że objętość nagrań rośnie szybciej, niż ceny nośników spadają. Wideo w 4K RAW zajmuje 1–4 GB na minutę, w 6K nawet 5–8 GB. Godzina materiału to spokojnie 100–500 GB, zależnie od formatu. Karta 512 GB wystarcza na kilka godzin materiału. I po intensywnej eksploatacji w ciągu kilku lat potrafi paść. Tania alternatywa z Aliexpress kusi — ale utrata ujęć z wakacji życia boli bardziej niż przepłacony nośnik. Na tanie nośniki w najbliższym czasie nie ma co liczyć. Boom na AI sprawił, że producenci obsługują przede wszystkim duże zamówienia korporacyjne, a ceny dla zwykłych konsumentów poszły w górę. Na trwałe obniżki trzeba czekać co najmniej do 2027 roku. Kupować warto teraz, gdy trafi się okazja. I lepiej jest też mieć kilka mniejszych kart niż jedną dużą — gdy jedna padnie, tracisz cały materiał od razu.  Osobna kwestia to backup danych. Nawet kilka kart nie uchroni przed kradzieżą całego plecaka lub zalaniem sprzętu. Warto regularnie — najlepiej każdego wieczoru — zgrywać materiał do chmury. Google Photos, iCloud czy Backblaze działają w tle i nie wymagają uwagi. Przy słabym łączu można ograniczyć backup do zdjęć i najważniejszych nagrań, a resztę synchronizować po powrocie. Zasada jest prosta: materiał istniejący tylko w jednym miejscu to materiał, który już jest w połowie stracony. Komputer, tablet, a może jedno i drugie Laptop to dziś podstawa wakacyjnego ekwipunku dla każdego, kto choć trochę pracuje w terenie lub chce montować materiały na bieżąco. Do płynnego montażu wideo liczą się trzy rzeczy: procesor, RAM i karta graficzna. Minimum to 32 GB RAM, procesor Intel Core i7 lub AMD Ryzen 7 i dedykowana karta graficzna — DaVinci Resolve bardzo dobrze wykorzystuje GPU przy montażu, korekcji kolorów i eksporcie. I jeszcze jedna rzecz, o której łatwo zapomnieć: slot na kartę pamięci. Bez niego każde zgrywanie materiału to dodatkowy czytnik w torbie. Jeśli chodzi o konkretne modele — MacBook Pro z M5 Pro lub Max to topowy wybór, ale nie jedyny. Z Windowsem świetnie sprawdza się Lenovo Yoga Pro 9i lub laptopy z kartami RTX 5080/5090 dla bardziej wymagających. Tańsza, solidna opcja to Asus TUF Gaming F15 z RTX 4070. Tablet to lżejsza alternatywa — możesz na nim oglądać filmy, czytać książki, przeglądać zdjęcia czy surfować po internecie. Jeśli dokładasz klawiaturę, robi się z niego całkiem znośne narzędzie do pracy. iPad z Magic Keyboard czy Logitech to jeden z tych zestawów, które sprawdzają się w podróży. Co ciekawe, na iPadzie działa już od jakiegoś czasu DaVinci Resolve — nie wszystkie funkcje wersji desktopowej są dostępne, ale do podstawowego i średnio zaawansowanego montażu w zupełności wystarcza. Pytanie brzmi: brać jedno czy drugie? Jeśli nie montujesz wideo i nie pracujesz intensywnie — tablet wystarczy. Jeśli zależy ci na pełnej kontroli nad materiałem, laptop jest niezastąpiony. Niektórzy biorą oba — i trudno się dziwić. Z laptopa podłączonego do TV na kwaterze zrobisz też kino domowe. Dodatkowe niezbędne graty Dobre zdjęcie to nie tylko dobry aparat. Statyw podróżny to podstawa, ale nie każdy chce go taszczyć. Kompromisem jest ministatyw lub uchwyt z elastycznymi nogami, który można przypiąć do gałęzi, płotu czy barierki. Gdy nagrywamy wideo do smartfona przyda się mały gimbal np. DJI Osmo a do większych aparatów model pokroju DJI Ronin — świetny, ale to osobny bagaż. Warto jednak pamiętać, że nowsze kamery sportowe mają stabilizację na tyle dobrą, że dodatkowy stabilizator przestaje być koniecznością. Sprzęt fotograficzny lubi dobre obchodzenie się z nim — zwykły plecak turystyczny tego nie zapewni. Dedykowane torby foto marek takich jak Lowepro, Peak Design czy F-Stop mają przegrody, wyściółki i szybki dostęp do aparatu. Im więcej sprzętu, tym cięższy bagaż — a na wyjeździe plecy czują każdy kilogram. Dobry kompromis to plecak hybrydowy z wymienną wkładką foto — na co dzień zwykły, w terenie studio. Warto też sprawdzić wcześniej, czy mieści się jako bagaż podręczny — linie lotnicze mają różne limity, a nikt nie chce oddawać drogiego sprzętu do luku. Dobre słuchawki z aktywną redukcją szumów to w podróży game changer. Długi lot, hałaśliwy autobus, głośni współpodróżni na kwaterze — ANC odcina to wszystko jednym kliknięciem. Sony WH-1000XM5 i Bose QuietComfort Ultra to wciąż topowe modele wśród nauszników. Kto woli mniejszy format, sięgnie po wersje douszne — Apple AirPods 3 Pro lub Sony WF-1000XM5. Warto zwrócić uwagę na pojemność etui ładującego — to ono decyduje o tym, ile razy naładujemy sprzęt bez dostępu do gniazdka. Na plażę lub kemping przyda się z kolei głośnik bluetooth — odporny na wodę i piasek, z baterią na cały dzień. JBL Charge i Anker Soundcore to sprawdzone propozycje w różnych przedziałach cenowych. A skoro już mamy to wszystko — zostaje jeszcze jedna kategoria: rzeczy, które brzmią jak przesada, dopóki ich nie zabierzesz Konsola do gier to pierwszy kandydat. Steam Deck mieści się w plecaku, działa na baterii kilka godzin i daje dostęp do tysięcy tytułów. Przy okazji — to pełnoprawny komputer z Linuksem, który w razie potrzeby zastąpi laptopa do lżejszych zadań. W 2018 roku zabrałem w Bieszczady stacjonarkę z monitorem, żeby nie tracić postępów w sieciówce. Znajomi się śmiali — a ja mogłem robić postępy w zadaniach.  Smartwatch z dokładnym GPS-em i mapami offline to coś, czego wartość doceniasz dopiero wtedy, gdy się zgubisz. Garmin to klasyk dla aktywnych turystów — mapy topograficzne, nawigacja bez zasięgu, bateria liczona w dniach. Apple Watch sprawdzi się w mieście, ale w górach i terenie Garmin bije go na głowę. Pamiętam czasy, gdy nosiłem terminal GPS wielkości cegły — dziś to samo mieści się na nadgarstku. Miniprojektor to fanaberia w czystej postaci — i jeden z tych zakupów, przy których człowiek czuje się nieodpowiedzialnie dobrze. Małe urządzenie, biała ściana kwatery (lub sufit) i wieczór z filmem w rozmiarze kinowym. Modele takie jak Anker Nebula lub BenQ GP20 mieszczą się w torbie i działają na baterii. Czy to konieczność? Absolutnie nie. Czy warto zabrać? Zdecydowanie tak. Podsumowanie, czyli ile tego właściwie jest Policzmy. Ładowarka wieloportowa, przetwornica samochodowa, dwa power banki, router lub modem 5G, aparat z dwoma obiektywami, kamera sportowa, laptop, tablet, dysk SSD, kilka kart pamięci, hub USB-C, projektor, konsola, akcesoria fotograficzne, dron. Do tego kable — USB-C w kilku wersjach, HDMI, ewentualnie zasilacze do laptopa lub innych urządzeń, które mają inne zasilanie niż przez USB. Razem spokojnie kilkanaście urządzeń i podobna liczba kabli. Robi się z tego plecak na sprzęt fotograficzny i przyczepka na pozostałe klamoty. Brzmi jak przeprowadzka i niemały majątek. A przecież miały być wakacje.

10
JAKUB KRAM
1.

Popularne porównania