Tęsknisz za Nintendo DS? Ta konsola jest dla Ciebie
Testy sprzętu 14:14

Tęsknisz za Nintendo DS? Ta konsola jest dla Ciebie

Anbernic RG DS to retrokonsola wyraźnie inspirowany kultowym Nintendo DS. Czy to wystarczy, by można ją było z czystym sumieniem polecić? Sprawdzamy! Nie będę owijał w bawełnę: Anbernic RG DS to najbardziej frustrujący sprzęt, który miałem okazję testować. Na papierze ta konsolka to spełnienie marzeń sporego grona graczy: retrokonsolka wyraźnie inspirowana Nintendo DS (konkretnie DSi i DSi XL), wyposażona w dwa wyświetlacze dotykowe i pozwalająca na emulację wielu kultowych platform. Do tego można ją kupić na AliExpress za ok. 500 zł, co za tak niszowy sprzęt wydaje się ceną niewiarygodnie wręcz atrakcyjną. No i tu jest pies pogrzebany – jeśli coś wydaje się zbyt piękne, by było prawdziwe, to pewnie takie jest. Kiedy tylko sprzęt dotarł do redakcji, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że ta niska cena bynajmniej nie wzięła się z powietrza… Wygląd i wykonanie Wizualnie Anbernic RG DS to w znacznej mierze wierna replika Nintendo DSi. Dostajemy więc przenośną konsolkę z klapką i bez żadnych zdobień. Zamknięte urządzenie wygląda dość kanciasto, ale nie topornie – bardziej „funkcjonalnie”. Po otwarciu naszym oczom ukazuje się natomiast bardzo podobny układ elementów jak w oryginalnej konsoli Japończyków: dwa wyświetlacze umieszczone jeden nad drugim, a po bokach głośniki na górnej i elementy sterujące na dolnej części. Jeśli jednak przyjrzymy się dokładniej, wprawne oko natychmiast wyłapie sporo różnic w porównaniu z pierwowzorem. Przycisków na obudowie jest więcej niż w Nintendo DS, a do tego dostajemy dwie gałki analogowe. Z kolei z tyłu i po bokach urządzenia uwagę zwraca brak miejsca na kartridże, a zamiast tego znajdziemy pojedynczy slot na kartę microSD, dwa gniazda USB-C, zaczep na smycz i gniazdo jack 3,5 mm. Nie ma tu też schowka na rysik, co dla niektórych może się okazać najbardziej bolesnym przeoczeniem. Generalnie Anbernic RG DS wystarczająco mocno przypomina Nintendo DS, by połechtać poczucie nostalgii, ale DS-em zdecydowanie nie jest. Zresztą nawet to powierzchowne wrażenie dużo trudniej uchwycić, jeśli trafi się Wam jeden z nowszych egzemplarzy, gdzie błyszczące wykończenie pokrywy zastąpiono matowym. Szczęśliwie nasz redakcyjny egzemplarz pochodzi ze starszego rzutu, gdzie producent stosował jeszcze połyskliwy lakier. „Szczęśliwie”, bo nadal mamy tu sporo matowych plastików i sprawiają one co do zasady wrażenie materiałów niskiej jakości. Do tego łatwo się brudzą oraz zbierają odciski palców. W skrócie, wykonanie konsoli to pierwszy obszar, gdzie można się domyślić, skąd wzięła się jej niska cena. Łączenia elementów obudowy mocno rzucają się w oczy, górny wyświetlacz ugina się pod naciskiem palca, a tworzywa są twarde i nieprzyjemne w dotyku. Jest poprawnie, ale tanio – i to raczej w tym negatywnym sensie. Na szczęście jedna rzecz wyróżnia się tutaj na plus i jest to zawias. Pracuje płynnie i stabilnie trzyma się w niemal dowolnej pozycji, co już zasługuje na pochwałę. Do tego warto podkreślić, że Anbernic RG DS jest już na rynku od kilku miesięcy i nie pojawiły się jak dotąd masowe zgłoszenia o awariach mechanizmu. To mocna podstawa, by postawić go pod tym względem w ścisłej rynkowej czołówce. Komfort i przyciski Jeśli chodzi o ergonomię, to jej tu nie znajdziecie. Anbernic RG DS to urządzenie bardziej kanciaste od większości współczesnych smartfonów, co odziedziczył bezpośrednio po pierwowzorze Nintendo. Na całe szczęście gabaryty konsolki, w tym przede wszystkim grubość (13 mm po rozłożeniu), pozwalają jej dość dobrze wpasować się w dorosłe dłonie. Granie przez kilka godzin może być nieprzyjemne, ale co do zasady powinno być do zrobienia. Warto podkreślić, że sprzęt jest na tyle dobrze wyważony, że można go bez większego problemu trzymać jedną ręką, także w pozycji pionowej, a drugą używać stylusa. Wszystkie klawisze na pokładzie urządzenia bazują na mikroprzełącznikach. W efekcie krzyżak i klawisze ABXY mają krótką podróż i wyraźny klik. Osobiście odebrałem je jako trochę nieprzyjemne, ale za to precyzyjne. Gorzej wypadają gałki analogowe. Na plus to, że są i działają. Na minus… w zasadzie cała reszta. Na pewno warto wypunktować, są zbyt głęboko osadzone i oferują bardzo mały zakres ruchów. Cierpi na tym i wygoda, i użyteczność. Jeśli planujecie zabrać gdzieś bohatera testu ze sobą, to zdecydowanie lepiej wrzucić go do plecaka niż do kieszeni. Zamykana konstrukcja pomaga chronić ekran i przyciski podczas transportu, ale gabaryty urządzenia są jednak nieco za duże, by można je było nazwać w pełni kieszonkowym. Wyświetlacze i audio Anbernic RG DS został wyposażony w dwa wyświetlacze IPS o przekątnej 4” i rozdzielczości 640x480. Tego typu panele są bardzo popularne w świecie retrokonsol, a pod względem parametrów o lata świetlne wyprzedzają to, co można było znaleźć w oryginalnych DS-ach. Do jakości ekranów nie mam większych zastrzeżeń. Kolory są atrakcyjne, a jasność maksymalna to rozsądne 415 nitów dla każdego z osobna. Najbardziej irytującą wadą są przeciętne jak na IPS kąty widzenia. Jeśli ustawimy wyświetlacze pod kątem, przebarwienia dość mocno rzucają się w oczy. Wyczulone oko łatwo wychwyci także momentami dość wyraźny wyciek światła przy krawędziach. Co by jednak nie mówić, jest to sprzęt budżetowy – jak na tę klasę ekrany wypadają nieźle. Warto natomiast zauważyć, że osoby liczące na stuprocentową wierność oryginalnemu DS-owi mogą być tutejszymi nimi nieco rozczarowane. Przede wszystkim problemem jest rozdzielczość, która wymusza skalowanie niecałkowite. Bez użycia odpowiednich filtrów i/lub shaderów może to prowadzić do powstawania na ekranie nieprzyjemnych artefaktów. Drugim problemem jest fakt, że zastosowano tu zupełnie inną technologię rozpoznawania dotyku. Ekrany w Anbernic RG DS korzystają z technologii pojemnościowej, a nie oporowej. To oznacza, że można korzystać z nich gołymi palcami, ale rysik z konsoli Nintendo nie będzie działał. Zamiast tego w zestawie znajdziemy dedykowany stylus z gumową końcówką. Generalnie sprawdza się to moim zdaniem zupełnie OK, nawet w tytułach wymagających dużej precyzji. Nie da się natomiast ukryć, że wrażenia podczas zabawy mocno różnią się od tego, do czego mogą być przyzwyczajeni użytkownicy Nintendo DS. No i warto w tym miejscu zauważyć, że pierwotnie Anbernic RG DS miał duże problemy z synchronizacją obrazu na obydwu panelach. Na szczęście te zostały w dużej mierze rozwiązane i dziś zarówno oficjalne oprogramowanie, jak i alternatywy przygotowane przez społeczność, radzą sobie na tym polu zadowalająco. Zależnie od wybranego firmware’u niewielkie opóźnienia między wyświetlaczami nadal mogą widoczne, ale nie powinny przeszkadzać w rozgrywce. Głośniki są OK, ale raczej nic ponadto. Potrafią zagrać głośno, klarownie i nie zniekształcają przesadnie dźwięku, ale ze względu na ich konstrukcję praktycznie nie doświadczymy tu niskich tonów. Na całe szczęście mamy alternatywę w postaci gniazda jack 3,5 mm. Interfejs i oprogramowanie A skoro już wspomniałem o oprogramowaniu, to czas na jedną z największych bolączek testowanej konsoli. Fabrycznie Anbernic RG DS pracuje pod kontrolą Androida 14. Jest tu kilka rzeczy, które można pochwalić – np. to, że od razu dostajemy zestaw skonfigurowanych emulatorów spiętych z frontendem producenta, dzięki czemu wystarczy dodać swoje gry i można od razu zabrać się za granie. Problem w tym, że czysty Android 14 nie został przygotowany z myślą o urządzeniach z dwoma ekranami. Ba, uruchamianie go na 3 GB RAM i tutejszym archaicznym procesorze już samo w sobie jest proszeniem się o kłopoty. Całość działa niestabilnie, narzut systemu zabija wydajność emulacji, a przy próbie odpalania gier z Nintendo DS bardzo łatwo zgubić jeden z ekranów. Ogólnie rzecz biorąc, jest to bardzo frustrujące doświadczenie. Już nie mówiąc o tym, że producent nie zadbał nawet o zaimplementowanie takich podstaw jak np. aktualizacje OTA, a zamiast tego każdorazowy update softu wymaga flashowania karty microSD dedykowanym narzędziem. Szczęśliwie nie jesteśmy skazani na standardowe oprogramowanie. Zamiast tego do wyboru mamy jeszcze kilka alternatywnych firmware’ów opartych zarówno na Androidzie, jak i Linuksie. Ze swojej strony polecam przede wszystkim system Rocknix, który, z moich obserwacji, zapewnia najwyższą wydajność i działa najbardziej stabilnie. Jego instalacja również nie powinna sprawić nikomu większych problemów. Normalnie nie brałbym w recenzji pod uwagę czegoś takiego jak alternatywne oprogramowanie, ale w tym konkretnym przypadku wydaje się ono niezbędne, by móc z Anbernika RG DS komfortowo korzystać. Jeśli taka perspektywa Was przeraża, to zdecydowanie nie jest to sprzęt dla Was. Wydajność i emulacja Anbernic RG DS korzysta z procesora Rockchip RK3568. To oznacza cztery rdzenie Cortex-A55 o taktowaniu 2 GHz oraz układ graficzny Mali-G52 2EE. Do tego dochodzi 3 GB RAM i 32 GB pamięci wewnętrznej. Jeśli na papierze te podzespoły nie wyglądają na szczególnie wydajne, to dlatego, że wydajne nie są. Na całe szczęście wystarczą do emulacji Nintendo DS, choć mocy jest tu „na styk” i w praktyce mam do dyspozycji tylko jeden emulator: DraStic. W większości przypadków nie będzie to problemem, ale ogranicza kompatybilność gier i dostępność niektórych funkcji (np. RetroAchievements). Framerate (FPS) GB NES SNES GBA PSX PSP Dreamcast Gambatte FCEUmm SNES9x mGBA PCSX ReARMed PPSSPP Flycast Anbernic RG40XX V 830 157 166 254 192 60 22 Anbernic RG476H 5320 1002 806 744 1564 305 118 Anbernic RG DS 956 185 188 145 212 61 20 Ayaneo Pocket Air Mini 3704 711 555 465 935 220 85 Miyoo Mini+ 490 73 77 143 108 - - Co do innych konsol, to wydajności bez problemu wystarcza do emulacji pierwszego PlayStation. W przypadku bardziej wymagających konsol, takich jak Dreamcast i Nintendo 64, nadal mamy dostęp do części biblioteki, ale niektóre tytuły mogą okazać się niegrywalne ze względu na zbyt niski framerate. Oczywiście o PlayStation 2, GameCube’ie czy Nintendo 3DS na sprzęcie tej klasy możemy zapomnieć. Bateria Anbernic RG DS wyposażono w akumulator o pojemności 4000 mAh. Realistycznie można oczekiwać ok. 4,5 godziny zabawy w przypadku emulacji gier z Nintendo DS. Konsola w toku testów bez problemu ładowała się z dowolnej ładowarki z USB-C, jednak moc ładowania to jedynie ok. 7 W. To oznacza, że naładowanie urządzenia do pełna może zająć ponad dwie godziny. Podsumowanie Anbernic RG DS nie jest konsolą z problemami – w pewnym sensie to jeden wielki problem. Niska cena została okupiona licznymi kompromisami i o ile jestem gotów przyjąć na klatę „tanie” wykonanie, o tyle na użyte podzespoły oraz problemy z działaniem systemu prosto z pudełka już trudno przymknąć oko. I trochę szkoda, bo generalnie to pod wieloma względami świetny sprzęt dla pasjonatów retro, którzy szukają alternatywy dla używanego Nintendo DS. Problem w tym, że trzeba się mocno napracować, żeby doprowadzić go do stanu używalności. Jeśli jesteście gotowi włożyć taki wysiłek, to Anbernic RG DS potrafi sprawić masę frajdy, ale w fabrycznym wydaniu naprawdę trudno go komukolwiek polecić. [SALE-6122]

0
ARKADIUSZ BAłA
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Pożar fotowoltaiki. Spłonął system przeciwpożarowy i strażacy mieli problem
Wiadomości 18:29

Pożar fotowoltaiki. Spłonął system przeciwpożarowy i strażacy mieli problem

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Ten przenośny ekspres do kawy zabierzesz ze sobą wszędzie, nawet pod namiot
Telepolis.pl
Sprzęt 17:38

Ten przenośny ekspres do kawy zabierzesz ze sobą wszędzie, nawet pod namiot

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Szykuje się sroga batalia o sprzęt? Apple uderza pozwem w giganta
Wiadomości 16:49

Szykuje się sroga batalia o sprzęt? Apple uderza pozwem w giganta

0
MACIEJ SIKORSKI
1.
Tani smartfon na wakacje, lub dziecka? x-kom wyprzedaje ciekawą opcję
Telepolis.pl
Sprzęt 15:57

Tani smartfon na wakacje, lub dziecka? x-kom wyprzedaje ciekawą opcję

2
PAWEł MARETYCZ
1.
Wyciekły dane klientów Lidla. Sklep wysyła ostrzeżenia
Bezpieczeństwo 15:02

Wyciekły dane klientów Lidla. Sklep wysyła ostrzeżenia

0
PAWEł MARETYCZ
1.
W 2027 fale upałów mogą być jeszcze gorsze. Oto, dlaczego
Nauka 13:18

W 2027 fale upałów mogą być jeszcze gorsze. Oto, dlaczego

2
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Chiny przeskoczyły USA? Wystartowała rakieta wielokrotnego użytku
Kosmos 12:33

Chiny przeskoczyły USA? Wystartowała rakieta wielokrotnego użytku

1
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
Te monitory zadowolą wymagających. Ich jakość oszałamia
Sprzęt 10:47

Te monitory zadowolą wymagających. Ich jakość oszałamia

0
JAKUB KRAWCZYńSKI
1.
OpenAI zabija Atlasa. Przetrwał mniej niż rok
Oprogramowanie 10 LIP 2026

OpenAI zabija Atlasa. Przetrwał mniej niż rok

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Japonia wypowiada wojnę Tajwanowi. Produkcja ma być tańsza
Tech 10 LIP 2026

Japonia wypowiada wojnę Tajwanowi. Produkcja ma być tańsza

4
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
GeForce RTX 5090 SE nadciąga? Cena ma być zaskakująco niska
Sprzęt 10 LIP 2026

GeForce RTX 5090 SE nadciąga? Cena ma być zaskakująco niska

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Chiny dokonały przełomu. Odzyskały pierwszy stopień rakiety orbitalnej
Kosmos 10 LIP 2026

Chiny dokonały przełomu. Odzyskały pierwszy stopień rakiety orbitalnej

1
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Akcje giganta w rok podrożały o 700 proc. A teraz takie wieści
Sprzęt 10 LIP 2026

Akcje giganta w rok podrożały o 700 proc. A teraz takie wieści

0
MACIEJ SIKORSKI
1.
Genesis walczy z drożyzną. Rozwiązaniem ma być nowa seria Nihon
Sprzęt 10 LIP 2026

Genesis walczy z drożyzną. Rozwiązaniem ma być nowa seria Nihon

0
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Orlen uruchamia wielką instalację na morzu. Korzyści odczujemy wszyscy
Wiadomości 10 LIP 2026

Orlen uruchamia wielką instalację na morzu. Korzyści odczujemy wszyscy

3
MACIEJ SIKORSKI
1.
Ten chłopak ma ciekawe hobby: niszczy oszustów w erze kryzysu pamięci
Sprzęt 10 LIP 2026

Ten chłopak ma ciekawe hobby: niszczy oszustów w erze kryzysu pamięci

2
PAWEł MARETYCZ
1.
Realme zaprasza kibiców. Można zgarnąć smartfon i słuchawki
Sprzęt 10 LIP 2026

Realme zaprasza kibiców. Można zgarnąć smartfon i słuchawki

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Motorola Edge 70 Max już niebawem. Jak Signature, ale z 7100 mAh
Sprzęt 10 LIP 2026

Motorola Edge 70 Max już niebawem. Jak Signature, ale z 7100 mAh

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Więcej nowości
GDDKiA ostrzega. Mapy Google zachęcają do niebezpiecznych manewrów
Moto 10 LIP 2026

GDDKiA ostrzega. Mapy Google zachęcają do niebezpiecznych manewrów

GDDKiA od pewnego czasu obserwuje dość dziwne zachowanie kierowców na drodze ekspresowej S1 przed węzłem w rejonie Milówki. W miejscu tym kierowcy coraz częściej zawracają na drodze jednokierunkowej przed samym tunelem.  Początkowo GDDKiA było świadome problemu, ale nie rozumiało jego przyczyny. Pojedynczy samochód zawracający w dziwnym miejscu może zdarzyć się wszędzie. Jednak do tej pory naliczono już cztery takie przypadki w ciągu 9 miesięcy od otworzenia trasy. Okazało się, że mamy tu niebezpieczną kombinację błędu w aplikacji nawigacyjnej i skrajnej bezmyślności kierowców. [SALE-6140] Zawracają przed tunelem, bo tak każą im Mapy Google https://www.youtube.com/watch?v=ac0PljeBvJA Jak możemy przeczytać w oświadczeniu, problem został już zidentyfikowany: Okazało się, że kierowca jadący od strony Bielska-Białej, który przeoczy zjazd do Węgierskiej Górki lub Przybędzy, może otrzymać sugestię zawrócenia na drodze ekspresowej S1. Jeżeli kierowca zignoruje tę wskazówkę i pojedzie dalej, nawigacja ponownie zaproponuje możliwość zawrócenia, tym razem przed kolejnym węzłem w rejonie Milówki. To właśnie tam dochodzi do przypadków niebezpiecznego zawracania przed tunelami. I chociaż w całym komunikacie nie pada nazwa aplikacji, to zamieszczono w nim zrzut ekranu prezentujący problem: I chociaż nawigacja ewidentnie działa niepoprawnie, to GDDKiA przypomina, że za podejmowanie decyzji na drodze odpowiada kierowca, a nie aplikacja. A obowiązkiem kierowcy jest dostosowywać się do wskazań znaków poziomych i pionowych, a nie do wskazań nawigacji satelitarnej.  [SALE-6140] Pewne jest to, że wielu innym kierowcom nawigacja robiła w tym miejscu takiego psikusa. Jednak znaczna większość nie wykazała się skrajną bezmyślnością, aby zawracać na jednokierunkowej przed tunelem. Pamiętajmy także, że takich miejsc może być znacznie więcej.   

4
PAWEł MARETYCZ
1.

Więcej nowości

3 zmiany, które sprawiają, że "Ród Smoka" jest jeszcze lepszy
Telewizja i VoD 10 LIP 2026

3 zmiany, które sprawiają, że "Ród Smoka" jest jeszcze lepszy

W uniwersum "Gry o Tron" fani przyzwyczajeni są do pewnego poziomu swobody twórczej w kwestii adaptacji dzieła George'a R. R. Martina. "Ród Smoka" od początku stanowił nie lada wyzwanie dla producentów serialu, ze względu na swoją skomplikowaną narrację. Trzeba było dokonać kilku zmian, które ostatecznie wyszły produkcji na plus.  "Ród Smoka 3" to najlepszy sezon całej serii "Ród Smoka" musiał wprowadzić pewne zmiany, bowiem materiał źródłowy "Ogień i Krew" miało naprawdę skomplikowaną narrację. To historia, która opowiada o Rhaenyrze Targaryen (Emma D'Arcy), pierwszej kobiecie zasiadającej na Żelaznym Tronie. A już sam ten fakt, był wówczas przedmiotem zażartych sporów. Jej panowanie wprawdzie było krótkie, ale wciąż jest pamiętana jako postać, która odważnie podejmowała próby zmiany biegu wydarzeń.  3 zmiany, które wprowadzono w serialu Pierwszą, zmianą, która okazała się konieczna było wprowadzenie wątku przyjaźni Rhaenyry i Alicent. Już w samej książce, różnica wieku między nimi była większa, niż ta ukazana w serialu. Pokazanie ich jako przyjaciółek z lat młodości nie tylko czyni ich późniejszą relację bardziej wiarygodną, ale także stanowi interesujący komentarz do patryjarchatu. Wszak Alicient nie dość, że nie miała absolutnie nic do powiedzenia w kwestii małżeństwa ze starcem, to jeszcze zmuszono ją do urodzenia czwórki dzieci przed ukończeniem 20. roku życia. Los Rhaenyry jest zupełnie inny. Ona może sama kształtować swój los. Kiedy Alicient to dostrzeże, fakt ten ostatecznie popsuje ich relację. Wątek Cristona Cole'a. Jedną z największych tajemnic w książce jest spalona ziemia między Rhaenyrą Targaryen, a niegdyś zaprzysiężonym jej mieczem - ser Cristonem Cole'm. Ten obrońca Rhaenyry z nieznanych powodów staje po stronie Zielonych. Pycha jest jego grzechem i z odcinka na odcinek staje się idealnym czarnym charakterem całej historii.  Mysaria wychodzi z cienia w serialu. Była prostytutka i kochanka Daemona Targaryena, zostaje szpiegiem w Królewskiej Przystani. To znacznie poprawia jej sytuację. Następnie dołącza do Małej Rady Rhaenyry i staje się przyjaciółką królowej. Inaczej jednak relacja jej i Rhaenyry została przedstawiona w książce. Tam, romantyczny związek między nią a Deamonem nigdy tak naprawdę nie zanika. A potężna Rhaenyra traktuje go jak element swojego małżeństwa.  https://www.youtube.com/watch?v=EyylRLMokz8 Serial "Ród Smoka 3" można oglądać na HBO Max. Co poniedziałek wychodzi nowy odcinek. Na ten moment, dostępne są już trzy pierwsze epizody. 

0
ANNA KOPEć
1.

Więcej nowości

Grają tak dobrze, jak wyglądają. Test Nothing Ear (3a)
Testy sprzętu 08 LIP 2026

Grają tak dobrze, jak wyglądają. Test Nothing Ear (3a)

Nothing Ear (3a) to nowe słuchawki TWS, które bez dwóch zdań przykuwają uwagę swoim niecodziennym wyglądem. Sprawdzamy, czy warto je kupić. O marce Nothing można powiedzieć wiele rzeczy, ale jednego nie można jej odmówić: urządzenia brytyjskiego producenta mocno wyróżniają się z tłumu. Nie inaczej jest z nowymi słuchawkami TWS Nothing Ear (3a), które właśnie debiutują w cenie 459 zł. Docelowo mają być tańszą alternatywą dla modelu Nothing Ear (3). Jak sprawdzają się w tej roli i czy w ogóle warto się nimi zainteresować? Wygląd i wykonanie Nie będę owijał w bawełnę: wygląd to prawdopodobnie najmocniejsza strona testowanych słuchawek. Charakterystyczny retrofuturystyczny styl marki Nothing z dużym naciskiem na przeźroczyste elementy obudowy został tutaj dopracowany niemal do perfekcji, a wprowadzenie elementów w wyrazistych kolorach (żółty w przypadku egzemplarza testowego) dało naprawdę spektakularny efekt. Jest to o tyle warte podkreślenia, że jeśli na chwilę zapomnieć o wizualnych fajerwerkach, to konstrukcyjnie Nothing Ear (3a) nie różnią się za bardzo od dziesiątek, jeśli nie setek innych słuchawek TWS na rynku. Producent poszedł tutaj w duże kopułki z silikonowymi tipsami przymocowane do krótkiego trzpienia, co jest aktualnie chyba najpopularniejszym rozwiązaniem w świecie mobilnego audio. Trzeba natomiast przyznać, że przeźroczysta obudowa i świadome stosowanie mocniejszych akcentów stylistycznych dodają całości unikalnego charakteru. Prywatnie podobają mi się zwłaszcza kolorowe oznaczenia lewej i prawej słuchawki. Nawet jeśli w teorii są zbędne – łatwo to rozpoznać po samym kształcie – to są chyba podręcznikowym połączeniem funkcji użytkowej z czystą estetyką. Pod względem wykonania mamy tu do czynienia z solidnym, twardym tworzywem oraz bardzo dobrym spasowaniem elementów. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Jeśli chodzi o etui, to wygląda ono niemal równie spektakularnie co same słuchawki. Przeźroczysta pokrywa i nieregularny kształt przyciągają uwagę, a jednocześnie nie przekreślają w żaden sposób funkcjonalności akcesorium. Wręcz przeciwnie – pozwoliły na umieszczenie w środku trójsegmentowej diody, która czytelnie sygnalizuje stan naładowania słuchawek. Całość mieści się w małej kieszonce jeansów, jest solidnie wykonana, a moim jedynym zastrzeżeniem byłoby to, że pozycja samych słuchawek w etui jest odrobinę nieintuicyjna i początkowo trafienie w odpowiedni kąt wymaga przyzwyczajenia. No i mając Nothing Ear (3a) nie możecie zapominać o higienie uszu, bo pod tutejszą pokrywą nic się nie ukryje. Komfort i obsługa Nothing Ear (3a) to słuchawki dokanałowe o płytkie aplikacji. W uchu trzymają się głównie na małżowinie, a tipsy służą tu głównie do zapewnienia odpowiedniej izolacji. Muszę natomiast przyznać, że o ile normalnie stabilność tego typu konstrukcji budzi u mnie spore wątpliwości, tak testowany model wypada pod tym względem całkiem nieźle. Podczas codziennego korzystania słuchawki siedziały w uchu pewnie i nie wypadały. Przy dłuższych sesjach pod wpływem potu zdarzało im się zgubić nieco izolacji, ale skala problemu nadal pozostaje niewielka. Oczywiście warto pamiętać o doborze odpowiednich tipsów. W zestawie znajdziemy cztery pary w różnych rozmiarach. Obsługa słuchawek odbywa się z wykorzystaniem gestów dotykowych – konkretnie poprzez długie lub krótkie ściśnięcie trzpienia. Działa to sprawnie, responsywność nie budzi zastrzeżeń i nie trzeba się obawiać o przypadkową aktywację niechcianej funkcji. Jest to natomiast nieco mniej intuicyjny styl obsługi niż rozwiązania na bazie tapnięć, więc przyzwyczajenie się do niego może zająć dłuższą chwilę. Łączność i aplikacja Testowane słuchawki łączą się z telefonem z wykorzystaniem łączności Bluetooth 6.0. Na plus warto odnotować obsługę funkcji Google Fast Pair oraz działający multipoint, pozwalający na jednoczesne połączenie z dwoma różnymi urządzeniami. Dostęp do zaawansowanych funkcji testowanego modelu uzyskamy za pośrednictwem aplikacji Nothing X dostępnej dla Androida i iOS. To chyba jeden z lepszych programów tego typu. Apka może się pochwalić schludnym, czytelnym interfejsem oraz całkiem rozbudowaną funkcjonalnością. Z bardziej praktycznych rzeczy warto wspomnieć chociażby o obecności wbudowanego korektora, możliwości personalizacji gestów ściśnięcia oraz dostosować siłę tłumienia. Znajdziemy tu także kilka intrygujących, choć niekoniecznie równie przydatnych funkcji, w tym chociażby symulację dźwięku przestrzennego. [gallery][img]257592[/img][img]257595[/img][img]257591[/img][img]257594[/img][img]257593[/img][img]257590[/img][/gallery] Ciekawostką jest natomiast wbudowane narzędzie Audio Snapshot, które pozwala nagrać minutę odtwarzanego utworu lub ścieżki dźwiękowej filmu albo nawet do dwóch godzin połączeń i spotkań. W tym drugim przypadku w połączeniu z funkcją Pro Transcription aplikacja potrafi przygotować nam ich transkrypcję, co na papierze wygląda jak dość praktyczne rozwiązanie. Minus jest taki, że jest to funkcja na bazie sztucznej inteligencji i jako taka jest dość mocno limitowana. Możemy z niej korzystać za darmo raptem przez trzy miesiące z limitem 120 minut nagrań na każdy miesiąc. Izolacja i ANC Nothing Ear (3a) posiadają funkcję aktywnej redukcji szumów (ANC). Jej skuteczność określiłbym jako zadowalającą, ale niewiele ponadto. Słuchawki potrafią odciąć dźwięk otoczenia na tyle skutecznie, by komfortowo słuchać muzyki lub podcastu podczas spaceru w centrum miasta, ale nie odcinają nas od otoczenia w stu procentach. Biorąc jednak pod uwagę cenę oraz konstrukcję omawianego modelu, nie jest to wielkim zaskoczeniem. Jakość dźwięku Nothing Ear (3a) oferują sensowny zestaw obsługiwanych kodeków, ponieważ obok SBC i AAC dostajemy LDAC, czyli jeden z popularniejszych kodeków wysokiej rozdzielczości. Dźwięk, który dochodzi naszych uszu, jest bardzo satysfakcjonujący. Słuchawki domyślnie grają mocno basowo. Niskie tony miewają tendencję do wysuwania się na pierwszy plan i potrafią brzmieć dość pusto, szczególnie tam, gdzie w utworze pojawia się dużo subbasu. Jest to mój najpoważniejszy i w sumie jedyny znaczący zarzut wobec tutejszego grania. Cała reszta wypada naprawdę dobrze. Nie mamy tutaj może do czynienia z dźwiękiem klasy audiofilskiej, ale jak na sprzęt strojony stricte pod masowego odbiorcę ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Nothing Ear (3a) grają spójnie i mają fajnie zarysowaną scenę. Średnica brzmi naturalnie, wokale nie giną w miksie, a wysokie tony wybrzmiewają tak jak powinny. Mając na uwadze cenę i docelowe zastosowanie testowanego modelu, wszystko jest na swoim miejscu i nie za bardzo mam powody do marudzenia. Nawet strojenie jest bardzo uniwersalne i choć testowany model najlepiej odnajdzie się w szeroko pojętej muzyce popularnej (urok podbitych basów), to generalnie nie ma gatunku, który byłby tutaj nie na miejscu. Mikrofon Wbudowany mikrofon oceniam pozytywnie. Dźwięk jest czysty i wyraźny. Rejestrowany głos jest lekko przebarwiony, ale w granicach rozsądku. Nie odnotowałem też poważnych zakłóceń z przesterami i innymi zakłóceniami. Bateria Wytrzymałość akumulatora w przypadku Nothing Ear (3a) wypada raczej bez szału. Według deklaracji producenta słuchawki pozwalają na ok. 6 godzin ciągłego odtwarzania muzyki z włączonym ANC. Po uwzględnieniu etui, łączny czas wydłuża się do 25 godzin. Niestety taki wynik nie wyrywa z butów, ale za to mniej więcej pokrywa się to z moimi obserwacjami.  Podsumowanie Nothing Ear (3a) to dobre słuchawki – to nie ulega wątpliwości. Fenomenalnie wyglądają, są wygodne, dobrze grają i ogólnie w toku testów nie odnotowałem żadnych poważnych potknięć. Generalnie mogę je polecić z czystym sumieniem. Mają jednak podobny problem do testowanego wcześniej modelu wokółusznego, Nothing Headphone (a). Tamte słuchawki w próżni też wypadały całkiem OK, jednak sens ich zakupu podważała niewielka różnica w cenie względem droższych i wyraźnie lepszych Nothing Headphone (1). Także tutaj cena rzędu 459 zł wygląda całkiem atrakcyjnie… dopóki nie zdamy sobie sprawy, że za 569 zł można znaleźć pozycjonowane wyżej i co najmniej równie udane Nothing Ear (3).  W skrócie: to kawał świetnego sprzętu, ale z zakupem chyba poczekałbym na pierwsze obniżki. [SALE-6109]

3
ARKADIUSZ BAłA
1.

Popularne porównania