Wiadomości
10:50
Narzekacie na nowe Ferrari? Ludzie, przecież i tak go nie kupicie...
Ferrari kilka tygodni temu zaprezentowało model Luce. Wydarzenie istotne, bo to pierwszy w pełni elektryczny samochód w historii tej marki. I jeden z tych, które podzieliły komentujących. Wielu osobom pomysł nie przypadł do gustu. Ale czy ma to znaczenie? Auto trafi do garaży wąskiego grona odbiorców.
Na jednych wrażenie robią parametry samochodu. Cztery silniki elektryczne wytwarzają ponad 1 tys. KM, do setki pojazd rozpędza się w 2,5 sekundy, niespełna 7 sekund wystarczy, by osiągnąć na liczniku 200 km/h. Maksymalna prędkość to 310 km/h, akumulator można w kilkanaście minut naładować do bardzo przyzwoitego poziomu.
Elektryczne Ferrari jest złe, bo jest elektryczne i złe
Drudzy nie gryzą się w język: czterodrzwiowy i pięcioosobowy samochód to już nie Ferrari. Elektryczne silniki są dobre do odkurzaczy, a nie aut włoskiej marki. A wygląd? Biedny Enzo przewraca się w grobie. Jony Ive, wieloletni projektant Apple, za karę powinien mieć dożywotni zakaz dzielenia się swoimi pomysłami. Pisząc krótko: dramat.
Akcje drożeją, plotki są dementowane
Na potwierdzenie swoich racji krytycy Luce wskazali na cenę akcji Ferrari. Ta mocno spadła po premierze. Ale jeśli spojrzymy na wykres dzisiaj, okaże się, że szybko nastąpiło odbicie. Papiery wyraźnie podrożały. W tym samym czasie przedstawiciele firmy musieli tłumaczyć np., że nie zmusza ona klientów do kupna tego modelu, by odblokować im dostęp do innych aut z katalogu. Bo pojawiły się już takie doniesienia.
Ten jeden model firmy raczej nie doprowadzi do bankructwa
Nie ukrywam, że śledzę tę aferkę z uśmiechem na twarzy. Z kilku powodów. Samo rozdzieranie szat nad prezentacją samochodu wydaje się śmieszne. Podobnie jak stwierdzanie już teraz, że to był błąd, że to ślepa uliczka, że się nie godzi… Czy Ferrari całkowicie zerwało z produkcją aut z silnikami spalinowymi? Nie. Czy to pierwszy model w historii firmy, który wywołał kontrowersje? Nie. A jednak biznes nie upadł.
Nie kupię (bo mnie nie stać), ale krytykuję
Najśmieszniejsze jest jednak to, że zagorzałymi krytykami są w zdecydowanej większości osoby, które tego modelu nie kupią. Ba, może nawet go nie zobaczą. Wątpię, by za niepochlebnymi komentarzami wypisywanymi w sieci stali multimilionerzy. Ceny Luce zaczynają się od 550 tys. euro. Szybka matematyka i okazuje się, że mowa o aucie za około 2,5 mln zł. Sam bałbym się do niego podejść, żeby nie zarysować. Tymczasem internauci kręcą nosem nad projektem Ive’a, dając do zrozumienia, że tego to już na bank nie kupią. Paradne.
Ludzie, to auto ma trafić do garaży szejków, oligarchów, bogaczy z Doliny Krzemowej. Bogoli z Pekinu, Mediolanu, Warszawy i Miami. A ich gust może się różnić od naszego. Czy znajdzie ich uznanie? Nie wiem, nie znam takich osób, więc nie zapytam. Ale wydaje się mało prawdopodobne, by na losy marki wpłynąć miały fochy internautów, którzy płaczą, bo rosną ceny układów pamięci i sprzęt Apple drożeje o kilkaset złotych…
MACIEJ SIKORSKI