Wiadomości
15:40
Szok na miarę kompotu: żonę poznałem w barze karaoke. Bez aplikacji
Czy to początek końca randkowania online? Wniosek daleko posunięty, ale faktem jest, że działająca w tym biznesie firma Bumble notuje gorsze wyniki i kiepsko radzi sobie na giełdzie. Być może nadciąga renesans stacjonarnych biur matrymonialnych.
Randkowanie online jest obecnie czymś tak oczywistym, jak oglądanie filmów i słuchanie muzyki w streamingu. Każdy zna pewnie przynajmniej jedną parę, która stanęła przed ołtarzem po nawiązaniu znajomości w sieci. To stało się standardem jeszcze w poprzedniej dekadzie. Związek zapoczątkowany poza internetem może się dzisiaj wydawać anomalią. Nasz świat ma jednak to do siebie, że zmiany są w nim na porządku dziennym. I od wielu rzeczy prędzej czy później ludzie chcą odpocząć.
Gwiazda Bumble zaczyna przygasać
Wspomniana we wstępie firma Bumble to jeden z głównych graczy na rynku aplikacji do randkowania. Przeszło dekadę temu aplikację o tej nazwie uruchomiła Whitney Wolfe Herd. Kobieta miała już doświadczenie w tym biznesie, wcześniej współtworzyła Tindera. A wsparcia w nowym projekcie udzielał jej człowiek stojący za sukcesem Badoo. Wielu osobom te nazwy zapewne nie są obce. Niezorientowanych doinformuję, że bez tych apek trudno wyobrazić sobie randkowanie w sieci.
Bumble powstaje pod koniec 2014 roku, a już w 2017 roku biznes staje się jednorożcem, czyli podmiotem wycenianym na minimum 1 mld dolarów. Do gry wchodzą coraz więksi gracze (a wraz z nimi duże pieniądze), na początku tej dekady firma debiutuje na giełdzie. Z sukcesem – jej kapitalizacja sięga 7 mld dolarów. Pozyskane środki są przeznaczane m.in. na przejmowanie innych firm z tego podwórka.
Czy mamy do czynienia z historią podobną do tej facebookowej? Niekoniecznie. Bliżej jej do scenariusza realizowanego przez Snapchata. Po udanym debiucie następuje spadek ceny akcji. Kilka lat temu za jedną płacono ponad 70 dolarów, obecnie… niespełna 3 dolary. Towarzyszyły temu masowe zwolnienia załogi, a nawet zmiana na stanowisku szefowej – na miejsce Herd wskoczyła Lidiane Jones, by kilka kwartałów później oddać stery w ręce założycielki.
Firma ma problem i szuka rozwiązania. W tym nowego właściciela
Z punktu widzenia akcjonariuszy wygląda to na dramat. Nie powinno zatem dziwić, że cena akcji ostatnio zauważalnie ruszyła na północ. Wystarczyły plotki o tym, że kierownictwo spółki szuka dla niej nowego właściciela, o czym donosi Agencja Reutera. Informacja pochodzi ponoć od kilku źródeł, więc można ją uznać za wiarygodną. Firmę w tych poszukiwaniach mają wspierać bankierzy z Morgan Stanley.
Czy sprzedaż dojdzie do skutku? Póki co wszystko odbywa się w przestrzeni spekulatywnej. Nie można wykluczać, że pogłoski są celowo rozpuszczane, by dać więcej czasu nowej-starej szefowej. Podbić cenę akcji. Rynek już nie takie rzeczy widział. Po co ten czas? By znaleźć odpowiedź na istotne pytanie: jak zatrzymać przy sobie ludzi? Jak przyciągnąć nowych? Bez tego nie da się poprawić wyników finansowych. Ciągłe podnoszenie cen w końcu się zemści. Już się mści – okazuje się, że w pierwszym kwartale 2026 roku liczba płacących użytkowników była o 20 proc. niższa niż w analogicznym kwartale 2025 roku.
Kłopot ma jedna firma czy cała branża?
Można przyjąć, że to kłopot jednej firmy, że w tarapatach jest Bumble i nie powinno się z tego przykładu wyciągać wniosków dla całej branży randkowania online. Sęk w tym, że opisywany biznes wyjątkiem raczej nie jest. Jeśli wierzyć medialnym doniesieniom, ludzie odwracają się od randkowania online. A przede wszystkim od aplikacji takich jak Tinder czy właśnie Bumble. Dlaczego? Powodów można wskazać przynajmniej kilka.
Ludzie są rozczarowani aplikacjami do randkowania
Na pierwszy plan wysunie się zapewne rozczarowanie. Miało być bajkowo, a jest… zwyczajnie. Potencjalni partnerzy (i potencjalne partnerki) rozczarowują, opisy nie przystają do realiów, poznawanie nowych ludzi drenuje z emocji i sił. Po jakimś czasie to się po prostu nudzi. Albo nawet irytuje. Przecież na takim scenariuszu już bazują komedie romantyczne: nie znalazła miłości w apce, ale znalazła ją pod nosem, w windzie.
Gdzie nas to prowadzi? Przywołam głośną ostatnio historię z kompotem truskawkowym. Ludzie na TikToku odkryli, że jak się ugotuje truskawki, to owoce smakują ciekawie, a przy okazji powstaje intrygujący napój. W Polsce przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Reszta świata nie mogła uwierzyć w ten kulinarny cud. Podobnie może być np. z biurami matrymonialnymi. Wrócą swatki i anonse. Kawaler bez nałogów pozna bezdzietną, może być rozwódka. Wiele osób pewnie uzna to za absurd, ale odeślę ich kilka wersów wyżej – internauci niedawno odkryli kompot…
Do łask wróciły winyle. To samo czeka anonse matrymonialne?
Czy aplikacje do randkowania znikną? Pewnie nie. Serwisy streamingowe mają się dobrze, chociaż coraz więcej osób na nie narzeka. Z różnych powodów. Trudno jednak nie zauważyć, że dzieje się coś ciekawego – do łask wróciły już winyle. Teraz podobne rzeczy dzieją się ponoć z formatem Blu-ray. Ten ostatni miał umrzeć z rąk Netfliksa i Prime’a. A tymczasem sprzedaż płyt wystrzeliła.
Z randkowaniem może być tak samo. Ktoś przedstawi się sąsiadce i zaprosi ją na obiad. A w barze dziewczyna zostawi komuś numer zapisany na serwetce. Szaleństwo na miarę XXI wieku.
MACIEJ SIKORSKI