Komputery są za drogie? Jest tani sposób
Wiele osób głowi się obecnie, co zrobić, by kupić solidny komputer i nie wydać na to fortuny. Dyskutowane są przeróżne rozwiązania, ale tym ostatecznym może być... rezygnacja z zakupu. Po co ci własna maszyna, skoro tak pięknie rozwija się chmura?
Zakup nowego komputera u progu 2026 roku stał się problematyczny, a wszystko za sprawą rosnących cen. Komponenty drożeją w zastraszającym tempie, więc część klientów jest zdezorientowana: spieszyć się z zakupem czy przeczekać? Prostej i jednoznacznej odpowiedzi brak. Ale na horyzoncie majaczy wizja, w której ten dylemat przestanie zaprzątać umysły konsumentów. W sukurs przyjdą im korporacje IT i stojący za nimi miliarderzy. Ich rada będzie prosta: machnij ręką na własny komputer i skorzystaj z naszej chmury. Przecież to znacznie tańsze rozwiązanie…
Tanio już było. Szykuj się na cenowe tornado
Przyznam, że czytanie tekstów redakcyjnych kolegów nie napawa mnie optymizmem. Wygląda na to, że na rynku elektroniki tanio już było, a jedyne zmiany, jakie zaobserwuję w nieodległej przyszłości, będą się wiązały z dalszym wzrostem cen. Przytoczę kilka tytułów:
Autorzy sieją panikę w walce o kliki? Niestety, ten problem nie jest wydumany na potrzeby podkręcenia wyników serwisu. Ceny niektórych komponentów rosną w bardzo szybkim tempie, a sztandarowym przykładem stała się pamięć RAM. Na niej jednak sprawa się nie kończy, rozszerza się lista podzespołów, które prędzej czy później uderzą po kieszeni klientów detalicznych. I nie dotyczy to jedynie graczy – staje się jasne, że podrożeje cała elektronika użytkowa. Powód? Jak pisał Damian Jaroszewski:
Skąd to się wzięło? W dużym uproszczeniu – winny jest boom na AI. Zamówienia na centra danych do obsługi sztucznej inteligencji są tak duże, że firmy produkujące pamięci przerzuciły swoje moce przerobowe z kości DRAM na HBM. Z tego powodu brakuje tradycyjnych modułów na rynek konsumencki. A skoro podaż jest niska, a popyt wysoki, to ceny rosną, bo i tak znajdą się tacy, którzy zdecydują się na zakup.
Najgorsze jest to, że taka sytuacja może potrwać nawet kilka lat i nie wpływa ona tylko na rynek komputerowy. Niższa dostępność i wysokie ceny dotkną też smartfonów, tabletów, kart graficznych, dysków SSD, konsol i pośrednio wielu innych sprzętów. Podrożeje praktycznie cała elektronika. Czy da się coś z tym zrobić? Nadzieje się raczej płonne, może wręcz dojść do regresu i będziemy płacić więcej za mniejszą ilość pamięci niż do tej pory.
Producenci mogą wszystko, klient niewiele
Co możemy z tym zrobić? Niewiele. Właściwie nic. Nie zagłosujemy portfelami na ofertę konkurencji, nie zorganizujemy bojkotu, który wstrząśnie rynkiem, nie sprowokujemy kogoś nowego do otwarcia firmy, która namiesza w tym biznesie. Tu nie chodzi o smażalnię ryb w Mielnie czy pensjonat w okolicach Zakopanego. Obrażeni klienci detaliczni nie zrobią wrażenia na producentach, bo ci są obecnie skupieni na odbiorcach biznesowych. Przypomnę, że:
Micron ogłosił, że wycofuje się z działalności konsumenckiej, co oznacza koniec sprzedaży dysków SSD i modułów RAM spod marki Crucial. Firma zapowiedziała, że dostawy produktów będą kontynuowane do lutego 2026, po czym marka przestanie funkcjonować w sklepach. Producent zapewnia jednocześnie, że gwarancja i wsparcie pozostaną nienaruszone.
Ten podmiot nie zwija się z rynku – on przekierowuje moce produkcyjne, by tworzyć podzespoły dla centrów danych.
W tym kontekście należy dodać, co robi np. Microsoft. Korporacja nie chce się uzależniać od podzespołów Nvidii, więc opracowuje swoje. Niedawno zaprezentowała układ Maia 100, który powstał z myślą o dużych modelach językowych. Firma z Redmond chce nie tylko oferować usługi chmurowe, ale też tworzyć je z wykorzystaniem swojego sprzętu. Bo taniej, bo mniej zależności, bo pod pełną kontrolą.
Być może w kolejnych kwartałach dotrą do nas ogłoszenia podobne do tych z Microsoftu czy Microna. A jeśli tak się stanie, ceny na rynku konsumenckim raczej nie będą spadać. Co wtedy?
W końcu bańka pęknie. I to niby jest dobra informacja?
Niektórzy stwierdzą oczywiście, że ostatecznie rynek wyreguluje się sam. Przecież sektor AI nie może rosnąć w nieskończoność, wzrost cen podzespołów dla klientów indywidualnych sprawi, że firmy zechcą tu zarobić. Zaraz zaroi się od podmiotów skupionych na nas, maluczkich. Albo pęknie rzekoma bańka tzw. sztucznej inteligencji, a producenci jeszcze będą się bić o portfele konsumentów. Możliwe? Jasne. Trudno jednak stwierdzić, kiedy miałoby do tego dojść.
Jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że ewentualne pęknięcie bańki nie przyniesie klientom samych korzyści – to może zachwiać rynkiem w sposób, który trudno przewidzieć. I nie piszę tylko o rynku pamięci czy kart graficznych. Co nam po tańszych podzespołach, gdy świat pogrąży się w kryzysie o skutkach trudnych do przewidzenia? Wcześniej pękły bańki dotcomowa i nieruchomościowa, miliony ludzi raczej nie skakały z radości.
Ktoś przywoła sytuację z rynku kart graficznych: ich ceny rosły szybko za sprawą dużego zapotrzebowania na moc obliczeniową ze strony górników krypto. Jednak po rajdach na północ następowały spadki. Pytanie, czy te sytuacje można porównywać? Przy wizji rozwoju AI i przedstawianiu tych rozwiązań jako technologicznej rewolucji na niespotykaną wcześniej skalę, kopanie wirtualnych pieniędzy jawi się niemal jako żart. Aby dobrze to zobrazować, można przytoczyć anegdotę o kolacji miliarderów sprzed kilku kwartałów.
To nie jest świat dla ludzi. Tu liczą się wielkie firmy
Oto szef Oracle, Larry Ellison, opowiedział o spotkaniu, w którym uczestniczył także Elon Musk. Najbogatsi ludzie świata mieli błagać innego multimiliardera, Jensena Huanga, CEO Nvidii, o procesory graficzne. Dwaj panowie sypali pieniędzmi, a ten trzeci rozkładał ręce. Bo czasem kasa nie wystarczy, swoje robią ograniczenia produkcyjne. Ostatecznie jednak miał im pójść na rękę. Może kosztem innych, mniejszych. Takie akcje znamy chociażby z rynku nieruchomości: do dewelopera przychodzą fundusze inwestycyjne, wykładają na stół worek pieniędzy i po prostu biorą osiedle. A klient indywidualny zastanawia się, co się dzieje na rynku mieszkaniowym, gdzie znikają lokale i dlaczego jest tak drogo.
Wzbogacony w taki sposób deweloper może oczywiście zbudować osiedle, na którym lokale kupią klienci indywidualni. Może. Ale nie musi. Wróćmy do przykładów z rynku IT. Przywołana już firma Micron zamierza uruchomić w Singapurze fabrykę układów pamięci za 24 mld dolarów. Działa z myślą o klientach indywidualnych? Nie, zakład będzie produkował podzespoły na potrzeby centrów danych. Obiekt nie ruszy jednak w ciągu kilku tygodni czy miesięcy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to uruchomienie produkcji planowane jest na drugą połowę 2028 roku. A cała inwestycja będzie rozłożona na dekadę.
Komputery były kiedyś drogie. Nawet bardzo
Biorąc to pod uwagę, trudno jest zakładać, że problem niedoborów rozwiąże się sam. I to w nieodległej przyszłości. W praktyce oznacza to jedno: sprzęt będzie drożał. Pojawiają się już głosy, że historia zatacza krąg: kilka dekad temu komputer nie był produktem na każdą kieszeń. Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia sprzedawano ich rocznie dziesiątki, a nie setki milionów. Jednym z powodów była właśnie cena. Krótko po upadku komunizmu w Polsce za komputer (mowa o profesjonalnym urządzeniu) należało zapłacić równowartość kilkunastu pensji. Nie minęło wiele czasu, a taki zakup wymagał już wydania kilku pensji. Wreszcie solidną maszynę można było kupić za część jednej, średniej pensji. Dokonała się technologiczna rewolucja. Być może nadszedł czas kontrrewolucji.
Jeff Bezos miał wizję. To ona stoi za rozwojem AWS
W tym kontekście przypomniano niedawno słowa Jeffa Bezosa, które wypowiedział w 2024 roku. Założyciel Amazona w rozmowie towarzyszącej imprezie zorganizowanej przez New York Times opowiadał o zwiedzaniu browaru w Luksemburgu. Obiekt posiadał swoje muzeum, w którym stał stuletni generator prądu. Gdy go uruchamiano, nie było sieci elektrycznej – jeśli ktoś chciał korzystać z energii, musiał ją sam wytworzyć. To nie dotyczyło jedynie browarów, ale każdej działalności wytwórczej czy usługowej.
Dla Bezosa to mogła być chwila oświecenia. Tamten schemat porównał do sytuacji z czasów współczesnych, ale energię elektryczną zastąpiła moc obliczeniowa. Założyciel Amazona stwierdził wprost: każdy ma swoje data center (niczym generator prądu sto lat temu), lecz to się nie utrzyma, bardziej zasadne będzie korzystanie z mocy oferowanej przez innych. W oparciu o te przemyślenia rozwijana jest chmura Amazona, czyli AWS.
Warto zaznaczyć, że niektórzy naciągnęli wypowiedź Bezosa. Multimiliarder nie powiedział, że znikną pecety, a zastąpi je chmura. W swoim wywodzie odnosił się raczej do centrów danych, którymi dysponują firmy czy różnego rodzaju instytucje. W jego wizji przesiadają się one na usługi podmiotów wyspecjalizowanych w rozwiązaniach chmurowych. I to faktycznie się dzieje. Zasadne jest jednak pytanie: co stanie się z domowymi komputerami. Bo fakt, że Bezos w tamtym wystąpieniu nie odesłał ich na śmietnik historii, nie oznacza, że są bezpieczne.
Bo chmura jest dobra na wszystko
Nie można wykluczać, że zmierzamy do punktu, w którym okaże się, iż profesjonalny sprzęt o dużych możliwościach będzie poza zasięgiem zdecydowanej większości ludzi. Czy to oznacza, że praca albo rozrywka wymagająca dużej mocy obliczeniowej też będzie przeznaczona dla nielicznych? Niekoniecznie – wraca wątek chmury. Z naszych domów masowo zniknęły odtwarzacze VHS czy DVD, nie kupujemy płyt z filmami czy muzyką na taką skalę, jak miało to miejsce 10-20 lat temu. Zwłaszcza, gdy policzymy także te pirackie egzemplarze. Przestaliśmy oglądać filmy? Nie, dzisiaj je streamujemy. Źródłem treści jest chmura.
W tej wizji w naszych domach dominować będą przede wszystkim urządzenia peryferyjne: klawiatura, monitor, mysz. Może pilot, smartfon czy tablet. Ale nie jednostka centralna o dużej mocy. Jej zadania wezmą na siebie wielkie korporacje. I tu miejsce ma samospełniająca się przepowiednia: aby zaoferować wszystkim odpowiedni poziom usług, muszą być rozwijane centra danych. To kosztowny proces pożerający gigantyczne zasoby. Te ostatnie trafiają przede wszystkim na rynek korporacyjny, resztki spływają do klientów indywidualnych i są bardzo drogie. Ludzi nie stać na sensowną maszynę na własny użytek, więc korzystają z chmury. Więcej i więcej…
Przyjmijmy na chwilę, że ten scenariusz zostanie zrealizowany. Czy mamy powody do niepokoju? Przecież przywołanych już generatorów prądu w domach nie mamy i jakoś katastrofa nie nastąpiła. Tu trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że porównanie mocy obliczeniowej z energią elektryczną jest tylko częściowo prawdziwe. Dostawca prądu może i wie, ile go zużywam, ale na tym jego wiedza się kończy. Z przeniesieniem wszystkiego do chmury jest już inaczej. Czy chcę powierzać jednej firmie, góra kilku podmiotom, wszelkie dane na swój temat?
Problem ma kraj, problem mam ja
Osobną kwestią jest to, kto dostarcza mi te usługi. Energię elektryczną kupuję od polskich firm, które nie odetną mnie od sieci, bo taki najdzie je kaprys (chyba?). Tymczasem, jeśli spojrzymy na listę największych graczy na rynku chmurowym, znajdziemy tam głównie podmioty amerykańskie i chińskie. W sektorze dominują Amazon, Microsoft i Google. To problem Polski, ale też innych państw Unii Europejskiej. Trudno negocjować coś z drugą stroną, jeśli w ważnej sferze jest się od niej totalnie uzależnionym. A ostatnie kwartały pokazały, że sytuacje kryzysowe mogą się stać naszą codziennością. Jaką mamy pewność, że tzw. big techy w chwili kryzysu po prostu nas nie odetną?
Aspekty polityczny, gospodarczy czy bezpieczeństwa na dużą skalę to jedno. Osobną kwestią jest portfel szeregowego odbiorcy. Przywołane już serwisy streamingowe drożeją, o tym nie trzeba nikogo szczególnie przekonywać. Netflix już nie jest tanią platformą, która umożliwia współdzielenie kont. Na tym tle serwis Prime od Amazona uchodził za bardzo tani. I wciąż tak go można przedstawiać, ale niedawno informowano o solidnym skoku cenowym. Jeśli ktoś korzysta z wielu usług subskrypcyjnych i porówna swoje rachunki z tymi sprzed lat, może wysoko unieść brwi.
Za wszystko trzeba płacić. Jeśli nie kasą, to czasem i danymi
Podobnie może to wyglądać w przypadku opłat za moc obliczeniową. Na początku będzie tanio, nawet za darmo. Tak przecież wygląda to w przypadku różnych narzędzi wykorzystujących tzw. sztuczną inteligencję. ChatGPT jest darmowy w wersji podstawowej, ale prędzej czy później to się pewnie zmieni. Stara prawda życiowa głosi, że nie ma darmowych obiadów. Facebooka można mieć za darmo, ale w praktyce płaci się danymi i czasem, bo konieczne jest przeglądanie morza reklam.
Naiwni są ci, którzy myślą, że mityczna chmura do wszystkiego będzie darmowa. Albo chociaż tania. Z każdym rokiem możemy na nią przeznaczać coraz większą część swojego budżetu. Nie dlatego, że tak wybierzemy – nie będziemy mieli alternatywy. Wracamy do analogii z energią elektryczną: nie stać cię na podwyżkę? Trudno, rynek sobie bez ciebie poradzi, a ty pakuj manatki i żegnaj, wracaj do XIX wieku.
Skończy się buntem? Możliwe, ale czy to coś zmieni?
Scenariusz niemożliwy w realizacji? Cóż, ludzkość już to przerabiała. Może niekoniecznie z chmurą, ale to po prostu kolejna odsłona feudalizmu. Tym razem grupa trzymająca władzę nie kontroluje jednak ziemi, a platformy cyfrowe. To zjawisko określono już mianem technofeudalizmu i opisano. Czy teoria staje się praktyką? Trudno stwierdzić. Wystarczy jednak spojrzeć na listę najbogatszych ludzi świata, by szybko zauważyć, że pokaźną jej część stanowią multimiliarderzy związani z branżą IT. Majątki Bezosa, Ellison czy Muska liczone są w setkach miliardach dolarów, a świat zastanawia się, który z nich zostanie pierwszym bilionerem. Takimi budżetami nie dysponują nawet niektóre dobrze rozwinięte kraje. Magnateria na miarę XXI wieku.
Ktoś stwierdzi, że jeśli faktycznie do tego dojdzie, a historia zatacza koło, to może i rewolucja się powtórzy. Wkurzony lud złapie za widły, niekoniecznie cyfrowe, by ruszyć po swoją wolność. Niektórzy postanowią pewnie spalić centra danych, bo to one zostaną uznane za źródło nieszczęść i symbol ucisku. W tym miejscu przywołam inną wypowiedź Jeffa Bezosa. Otóż stwierdził on kilka miesięcy temu, że owe centra w najbliższych dekadach mogą być przenoszone… w kosmos. W tych przewidywaniach nie jest odosobniony. To po prostu ma być tańsze rozwiązanie. Zwłaszcza dla kogoś, kto pakuje spore środki w rozwój biznesu kosmicznego. A kimś takim jest Bezos.
Grupa wkurzonych wieśniaków rodem z XXI wieku może zatem mieć problem z realizacją rewolucji, bo okaże się, że trudno jest zniszczyć symbol nierówności. Dwór pana jest silnie strzeżoną wyspą po drugiej stronie świata, a jego biznes znajduje się na orbicie. Jedyne, co można zniszczyć, to swoje urządzenia dostępowe. Monitor czy tani smartfon (i w tym przypadku urządzenia dobrej jakości przestaną być dostępne dla szerokich mas). Buntownik będzie miał więcej czasu, by patrzeć w gwiazdy. Chyba, że przesłoni je krążące wokół Ziemi centrum danych...