Technologiczny 2016 Challenge, czyli nowoczesność 10 lat temu
Rok 2026 jeszcze dobrze się nie zaczął, a już dał o sobie znać trend, który pewnie pojawi się w grudniowych podsumowaniach. Mowa o #2016challenge, a zatem wycieczce do świata sprzed dekady. Co działo się wówczas w świecie technologii?
Trend #2016challenge opanował media społecznościowe, ale przedarł się też do tych bardziej tradycyjnych, internauci, firmy i instytucje przypominają światu (i sobie), jak wyglądali albo co robili na początku drugiej połowy poprzedniej dekady. I nierzadko zestawiają to z dzisiejszym obrazem sytuacji.
Ktoś schudł, komuś urodziły się dzieci, jedna osoba założyła firmę, druga dorobiła się mieszkania. W socialach chodzi głównie o to, by chwalić się sukcesami, więc pewnie niewielu będzie takich, którzy napiszą, że w ciągu tej dekady ich życie zamieniło się w koszmar, bo popłynęli na krypto, wyszli ze strefy komfortu albo stwierdzili, że puma to dobry pomysł na domowego zwierzaka.
Czemu ma służyć ta akcja? Ktoś złośliwy mógłby napisać, że platformy społecznościowe, żerując na nostalgii oraz kilku innych uczuciach, zwiększają zaangażowanie swoich użytkowników. A jednocześnie, może nawet pierwszoplanowo, zdobywają gigantyczne ilości danych, które potem wykorzystają w trenowaniu modeli AI. To było już grane – przypomnę tylko, że pod koniec poprzedniej dekady ludzie masowo publikowali zdjęcia twarzy postarzonych przy pomocy aplikacji. Śmiechu było sporo, a najwięcej pewnie w biurach firm, które zainicjowały ów eksperyment.
Mamy zatem do czynienia z historią z podwórka technologicznego. A skoro tak, warto rzucić okiem na to, co działo się na tym poletku przed rzeczoną dekadą. Bez dzielenia się prywatnymi danymi z tym czy innym gigantem.
Microsoft sięga po społecznościówkę. Tę poważną
Przewrotnie zacznę właśnie od mediów społecznościowych. Bo to w 2016 roku Microsoft obwieścił światu, że za ponad 26 mld dolarów przejmuje LinkedIn, czyli społecznościówkę, ale dla profesjonalistów. Ta inwestycja nie zakończyła się tak, jak przejęcie części Nokii (do tego jeszcze wrócimy) czy zakup Skype’a, który ostatecznie dokonał żywota w ubiegłym roku. LinkedIn działa i zdaniem niektórych ma się świetnie. Ale jest i taka grupa, która twierdzi, że dobrze się tam nie dzieje. Liczne grono ekspertów od wszystkiego, powszechne wciskanie farmazonów i kreowanie rzeczywistości mocno urojonej to ponoć tylko część problemu.
Snapchat, czyli jestem psem
Gdy jedni tworzyli poważne profile na LinkedInie, inni wygłupiali się na Snapchacie. Przed dekadą używali do tego filtru psa. Dzisiaj to może się wydawać infantylne czy wręcz archaiczne, ale w tamtym czasie miliony ludzi chciały mieć uszy i jęzor psiaka. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, mógł to być jeden z punktów zwrotnych w rozwoju mediów społecznościowych. Wnioski wyciągnął Facebook, pewnie przyglądali się temu twórcy TikToka. W tamtym czasie mogło się nawet wydawać, że Snapchat stanie się molochem na miarę tworu Zuckerberga. Dlatego ten ostatni starał się przejąć firmę, a twórcy młodego biznesu się przed tym bronili. I skoro nie dało się drzwiami, Mark i spółka weszli oknem: podpatrzyli co i jak, zrobili po swojemu i poszli. A Snap został, ale fajerwerków z tego nie było.
Snapchat zasłynął za sprawą znikających treści, w tym kontekście można przypomnieć, że to właśnie w 2016 roku Wielka Brytania postanowiła zniknąć z Unii Europejskiej. Przeprowadzono wówczas referendum, w którym Brytyjczycy powiedzieli basta i postawili na brexit. Różne są wersje na temat skutków tej decyzji. Dość napisać, że od tego momentu efemeryczni stali się też brytyjscy premierzy.
Gogle widzę, wszędzie gogle
Dziesięć lat temu wydawało się, że przyszłość należy do wszelkiej maści gogli i okularów. W kółko mówiliśmy o rzeczywistości rozszerzonej, wirtualnej czy mieszanej. Jakie temu towarzyszy grafiki! A jakie filmy! Wydawało się, że na naszych oczach rodzi się świat rodem z kina SF. Sam z uznaniem kiwałem głową nad tymi projektami. Jeden z nich nazywał się HoloLens i powstał pod parasolem Microsoftu. Dla kogo to? Dla każdego: hydraulika, projektanta, naukowca, artysty, żołnierza, nauczyciela, gracza…
Finalnie wyszło na to, że gogle rozszerzonej rzeczywistości są chyba dla nikogo. Bo chociaż produkt kilka lat później został odświeżony, to w 2024 roku okazało się, że na tym raczej koniec.
Mniej więcej w tym samym czasie klienci mogli zacząć przygodę z Oculus Rift, czyli goglami rzeczywistości wirtualnej od Facebooka. Nim do tego doszło mieliśmy okazję oglądać, jak chłopak z piwnicy, niejaki Palmer Luckey, próbuje przekonać świat do swojego pomysłu z pomocą Kickstartera. Udało się – po jego biznes sięgnął z czasem Zuckerberg. Ale idylla nie trwała długo, na sprzęcie postawiono krzyżyk, a sam Luckey opuścił imperium fb. Świat zapomniał o chłopaku z piwnicy? Nie do końca. Kasa ze sprzedaży firmy pozwoliła uruchomić inny biznes: Anduril Industries. I tu zabawa już się skończyła, bo firma tworzy systemy autonomiczne, głównie drony, dla wojska.
Mało gogli? To dodam, że w 2016 roku premierę miał sprzęt PlayStation VR. Ponoć sprzedawało się to całkiem nieźle, opinie były pozytywne. Ale czy od tego momentu wszyscy siedzimy z takim dodatkiem na głowie, by w sylwestra grać w grę Tomb Raider? No właśnie.
Pozostając na chwilę przy graniu. Zapewne nie muszę nikomu przypominać, że w 2016 roku Orły Nawałki wybiegły na francuskie stadiony, by dotrzeć do ćwierćfinału. W ciągu kolejnych dziesięciu lat trwała wnikliwa analiza tego spotkania. Niebawem ogłoszona ma być decyzja o powtórzeniu karnego Błaszczykowskiego.
I nastał Netflix. A potem ruszyła streamingoza
Historia tego karnego pewnie zostanie kiedyś zekranizowana. Być może zrobi to Netflix. Amerykański serwis streamingowy wszedł do Polski właśnie w 2016 roku. Było to wydarzenie, które można porównywać z przyjęciem chrztu przez Mieszka w 966 roku. Polacy zaczęli wychodzić z jaskiń i puszczy, by móc oglądać, jak grupa dzieciaków z Hawkins w stanie Indiana zmaga się z potworem. Tak, Stranger Things też wystartowało przed dekadą. Potem Netflix dał nam jeszcze np. Wiedźmina i pokazał, jak powinno się ekranizować perełki polskiej literatury. Pozostaje mieć nadzieję, że na tapet weźmie np. Krzyżaków, bo historię warto odświeżyć. Jagienkę zagra Danny DeVito, a Danusię Jack Black. Albo Danny DeVito.
Przez te 10 lat sporo zmieniło się w zakresie tzw. konsumpcji treści nad Wisłą. Narodowo przeszliśmy od punktu wielkiego piracenia do subskrybowania. Bo po Netfliksie pojawili się inni: HBO (wielu imion), Disney+ czy Amazon. Podobne zmiany zaszły w segmentach gier i muzyki. Ciekaw jestem, czy np. postępujące podnoszenie cen usług tego typu w końcu przypomni nam, że przecież można za darmo, że po co płacić, panie kierowniku…
A pamiętacie, jakie filmy zgarnęły Oscary w 2016 roku? Ten najważniejszy powędrował do producenta obrazu Spotlight. Sześć statuetek dostał Mad Max: Na drodze gniewu. Najlepszym aktorem został, po latach oczekiwań, Leonardo DiCaprio. Wtedy doceniono kreację w Zjawie. Ileż było żartów z tym niedźwiedziem. Po dekadzie piękny Leo znów ma duże szanse na statuetkę. Tym razem za bieganie w szlafroku.
Hitami w polskich kinach były Pitbull. Niebezpieczny kobiety i Planeta Singli. Twórcy tych dzieł nie zamierzali spocząć na laurach. Niestety.
Jedne smartfony były modułowe, drugie nudne, inne wybuchały
Seriale, filmy i programy na tych wszystkich netfliksach i disnejach pokaźna część odbiorców pochłania za pośrednictwem ekranów smartfonów. Ten trend nowy nie jest, dekadę temu już go obserwowaliśmy, wyświetlacze naszych telefonów poważnie urosły w poprzednim dziesięcioleciu m.in. z tego powodu. Co działo się na rynku mobilnym w 2016 roku?
To jeszcze był czas eksperymentów w biznesie mobilnym. Wystarczy przypomnieć o projekcie Ara od Google, czyli modułowym smartfonie – w zamyśle to klient miał decydować, czy chce lepszy aparat czy większą baterię. Oczekiwania były spore, ale skończyło się na schowaniu pomysłu do szuflady. Zamiast tego korporacja z Mountain View dostarczyła światu model Pixel. I, o dziwo, ta marka wciąż funkcjonuje, rynek czeka na kolejny smartfon pod tym szyldem.
W moduły poszło LG z modelem G5. I niektórym ta wizja przypadła do gustu. Problem polegał na tym, że południowokoreański gigant na swoim dziale mobilnym ciągle tracił pieniądze. I w końcu się z niego wymiksował. W 2016 roku Polacy mogli jeszcze zagłosować portfelem na produkty z logo HTC (dla niewtajemniczonych – kiedyś ta firma trzęsła rynkiem mobilnym. To był epicki wzlot i jeszcze bardziej spektakularna katastrofa). O swoje miejsce na rynku wciąż walczyło Sony. Ale firmy z Chin, tych kontynentalnych, nie pozwalały starym wyjadaczom spać spokojnie. W 2016 roku do Polski weszło Xioami. Oppo nie było jeszcze dobrze znane w Polsce, szerzej w Europie, ale w Chinach już wymiatało.
W globalnych wynikach sprzedaży smartfonów dominowały w 2016 roku Apple i Samsung. Co ciekawe, po dekadzie wygląda to podobnie. W tamtym czasie korporacja z Cupertino zbijała majątek na modelach iPhone 6S oraz iPhone 7. Fani marki byli nimi pewnie oczarowani, jej krytycy powtarzali, że innowacji tu brak. Amerykanom ponownie udało się nie narobić, a przy tym solidnie zarobić.
Na uwagę zasługuje też Galaxy Note 7, czyli eksplodujący smartfon. Krótko po premierze nierzadko uznawano, że to hit 2016 roku. Radość w Samsungu była jednak przedwczesna. Akumulatory w tym modelu okazały się wadliwe i prowadziły nie tylko do przegrzewania się urządzeń, ale nawet do ich zapłonu i eksplozji. Z tym sprzętem nie można było wejść na pokład samolotu. Firma próbowała ratować sytuację, ale bezskutecznie. Konieczne było ściąganie urządzeń z rynku, zainicjowano też wewnętrzne śledztwo. To ostatnie wykazało wady konstrukcyjne w akumulatorach. Samsung poniósł gigantyczne straty, cała branża zrozumiała, że na błędy w tej kwestii przestrzeni nie ma.
Kończąc wątek mobilny, napiszę, że w 2016 roku Microsoft wciąż próbował przekonać rynek do mobilnego Windowsa. Kilka lat wcześniej korporacja z Redmond kupiła komórkowy biznes przywołanej już Nokii za grube miliardy dolarów, by w 2016 roku sprzedać go za kilkaset milionów dolarów. Microsoft wydał gigantyczne pieniądze, żeby dołączyć do wyścigu Androida z iOS, ale…
Dawid Podsiało śpiewał w tamtym czasie "W dobrą stronę". No, w tym kierunku to nie poszło. Bardziej pasuje "Królowa łez" z repertuaru Agnieszki Chylińskiej z tegoż 2016 roku.
Gdy już ludzie złapali w ręce telefony i akurat nie oglądali na nich Chłopaków z baraków, mogli łapać Pokemony. Tak, to przed dekadą zadebiutowała gra Pokémon Go. Na chwilę zapanowało szaleństwo, media srogo mieliły ten temat. Potem się nim znudziły, ale gra ponoć wciąż ma liczne grono odbiorców.
Nie odbiegnę daleko od tematu, gdy napiszę, że to w 2016 roku Gianni Infantino został wybrany na nowego prezydenta FIFA. To on kilka lat później będzie przekonywał świat, że jest Arabem, Afrykaninem, gejem i niepełnosprawnym.
Z innych ważnych wyborów 2016 roku: w USA po raz pierwszy wygrał Donald Trump. A w Polsce powołano Adama Glapińskiego na prezesa NBP.
Świat poznaje budżetową Teslę i wierzy w Elona Muska
Wróćmy do technologii. W 2016 roku premierę miała Tesla Model 3. Niektórzy prognozowali wówczas, że firma z pomocą tego modelu pogrzebie starsze koncerny motoryzacyjne z USA i Europy. I rzeczywiście są one w coraz większych tarapatach. Ale niekoniecznie z powodu Tesli – rolę kata postanowili przejąć Chińczycy. Na przestrzeni tej dekady ciekawa była nie tylko droga Tesli – jeszcze większe emocje wybudzał jej szef. Przed dekadą Elona Muska uznawano za zbawcę świata…
Druk 3D to przyszłość, mówili
W połowie poprzedniego dziesięciolecia mogło się też wydawać (nadal), że druk 3D na stałe zawita pod nasze strzechy. Prognozowano dynamiczne wzrosty sprzedaży prostych drukarek do domowego użytku, ale też rozwój profesjonalnych technologii z tego sektora. Czy na moim biurku pojawił się taki sprzęt? Nie. Czy wielu znajomych w niego zainwestowało? Nie. Dekadę temu przekonywano, że z pomocą druku 3D niebawem będzie się szybko i tanio produkować domy. I niby co jakiś czas widzę, że ktoś eksperymentuje w tym zakresie, ale na placach budowy w swoim mieście obserwuję jednak bardziej tradycyjne metody stawiania budynków.
Dodam, że w 2016 roku miało miejsce otwarcie Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Gdybym przybył tu z innej planety i zobaczył ten obiekt, postawiłbym, że powstał w drukarce 3D.
Drony, wszędzie będą drony
W omawianym okresie świat wciąż był też zachłyśnięty dronami. Od zabawek, przez modele do profesjonalnego użytku, po sprzęt do przewozu ludzi (tak, ludzi – w 2016 roku podczas CES prezentowano Ehang 184 do transportu pasażerów) i towarów. Kilka lat wcześniej Amazon zapowiedział, że w ten sposób będzie dostarczał klientom przesyłki, w 2016 roku Jeff Bezos chwalił się, że zrealizowano pierwszą dostawę. I co? I nic. Do moich drzwi nadal pukają dobrze znani kurierzy. Po mieście poruszam się czasem taksówkami, ale naziemnymi. Za to w życiu Bezosa trochę się pozmieniało.
Trend być musi. Bez trendu nie ma roku
Zacząłem od trendu i na nim wspominkową listę zamknę. W 2016 roku w internetach pojawił się Mannequin Challenge. Polegał na kręceniu filmów, których uczestnicy byli nieruchomi (jak manekiny), za to kamera zmieniała położenie. Często towarzyszyły temu utwór "Black Beatles". Zastygłe scenki aranżowano w biurach, szkołach, na boiskach w siłowniach. Czasem na naprawdę dużą skalę. Łatwo się domyślić, że trend szybko podłapały gwiazdy oraz firmy, które też chciały przyviralić.
Na koniec mała refleksja. Otóż przeglądanie materiałów sprzed dekady może wzbudzić wątpliwości co do stawianych dzisiaj prognoz. I nie chodzi jedynie o druk 3D czy wszędobylskie drony. W 2016 roku byliśmy przekonywani, że nasze domy staną się inteligentne, że lodówki będą same robić zakupy, a kwadrat ogarną roboty. Inna wersja tych ostatnich miała nas eksterminować – takie przynajmniej wnioski pojawiały się po kolejnych prezentacjach urządzeń od Boston Dynamics. Jedne firmy przekonywały o nieuchronnym i rychłym nastaniu smart city i internetu rzeczy, inne zapewniały, że w ciągu dekady autonomiczne samochody staną się czymś powszechnym. Owszem, prace nad tymi rozwiązaniami trwają. Ale czy nastąpiła rewolucja? Warto mieć to na uwadze, gdy pojawią się kolejne doniesienia o apokalipsie AI, komputerów kwantowych albo nowych rodzajów broni, które są tuż za rogiem. To się może wydarzyć, ale nie musi. I za dziesięć lat będziemy na smartfonach, podobnych do dzisiejszych, nakładać sobie retro psie uszy rodem z 2016 roku.