Karzą już za samą możliwość. Hamownia na całego
Zupełnie nie rozumiem wymuszonych przepisów dla hulajnóg i rowerów elektrycznych. Policja sypie mandatami nie za szybką jazdę, tylko za sam fakt, ile pojazd ma maksymalnie na liczniku. To patologia.
Ukarzemy cię za możliwość, nawet jeśli jeździsz przepisowo
Prawie 100 mandatów posypało się w Gdańsku, gdy policja ruszyła z pomiarami rowerów elektrycznych i hulajnóg. Nie chodzi tutaj bynajmniej o udowodnione złamanie przepisów drogowych czy pomiar faktycznej prędkości poruszania się pojazdu.
Zamiast tego od listopada policja testuje sobie małą skrzyneczkę, tzw. hamownię, na której stawia się koło roweru czy hulajnogi. Naciskamy do maksimum gaz i tym sposobem sprawdzana jest maksymalna prędkość oraz moc silnika. Moc silnika ma być według przepisów nie większa niż 250 W, a prędkość wspomagania jazdy do 25 km/h dla rowerów elektrycznych oraz do 600 W i do 20 km/h dla hulajnóg elektrycznych.
Czy wyobrażacie sobie analogiczną sytuację w przypadku aut? Podjeżdżamy na fikuśną platformę i jest mandat za to, że maksymalna prędkość auta to 240 km/h, a tu mamy ograniczenie do 50 km/h?
Wchodzę na strony elektromarketów i wszystko niemal z ryzykiem mandatu
Sporo hulajnóg sprzedawanych w sklepach ma wciąż stary limit 25 km/h, całe mnóstwo ma moc szczytową 800 W i większą, nawet jeśli jest włączony limiter do 20 km/h. Sklepy nawet pododawały filtry "zgodność z polskimi przepisami o ruchu drogowym", które redukują o połowę oferty elektromarketów. Nawet jednak tak wylistowane produkty często mają więcej "pod maską" niż chce policja, jak np. Xiaomi Scooter 6 Ultra — niby jeździ do 20 km/h, ale moc do 1200 W,
W przypadku rowerów elektrycznych prawo jest jeszcze bardziej skomplikowane. Np. aktywna manetka samodzielnej jazdy (zamiast wspomagania pedałowania) wymaga już tablic rejestracyjnych (rower staje się skuterem) i często prawa jazdy (zależnie od wieku). I ja tego naprawdę nie rozumiem.
Przecież żwawy rowerzysta też może się rozpędzić do 40 czy nawet ponad 50 km/h, ale nie dostaje mandatu za siłę swoich mięśni czy lekki rower. Dlaczego więc posiadacz wspomaganego roweru ma być karany za to, że na polnych drogach może sobie pojeździć szybciej?
Rozumiem, że powinny być ograniczenia dla dzieci i z tymi regulacjami się zgadzam. Np. z obowiązkowym kaskiem do 16. roku życia (przepis będzie obowiązywał od 3 czerwca) czy zakazem poruszania się hulajnogami elektrycznymi dla dzieci do 13. roku życia. Ale karanie za to, że hulajnoga poradzi sobie z podjechaniem na stromą górkę (po to ta większa moc silnika) to dla mnie absurd. Karajmy za faktyczne wykroczenia, a nie za opcję ich dokonania.