DAJ CYNK

Nintendo Switch OLED vs Switch V2 | Szybki test

gtxxor

Testy sprzętu

Nintendo Switch OLED – test, recenzja, opinie


Nintendo Switch OLED może i nie jest tym, na co gracze czekali najbardziej; konsolą jakkolwiek potężniejszą od premierowego modelu. Jednak nawet bez dodatkowych koni pod maską dzieli i rządzi.

Podsumowanie | Ocena końcowa: 8/10

Nintendo Switch OLED to sprzęt, który u podstaw jest dokładnie tą samą konsolą, co model wprowadzony do sprzedaży w marcu 2017 roku. Nie da się jednak zaprzeczyć, że pod względem konstrukcyjnym starszy brat wygląda przy nim niczym niezdarna replika. Tu wszystko jest bardziej dopracowane i sprawia wrażenie znacznie solidniejszego. Po prostu.

Nowy ekran i głośniki to zmiany istotnie najbardziej odczuwalne, ale nie jedyne. Sama konsola, dzięki wyższej jakości tworzywom i przemodelowanej stopce, w końcu prezentuje się jak elektronika z wyższej półki, nie krucha zabawka. Cieszy zwiększona dwukrotnie ilość pamięci na dane. Podobnie jak port LAN w docku. 

Chcąc być złośliwym, można byłoby czepiać się, że zmian dla grających w docku jest tyle, co kot napłakał. I że Nintendo konsekwentnie stawia na kilkuletnią Tegrę X1, która na polu wydajności zbiera srogie cięgi od dzisiejszych smartfonów. Tyle że koń jaki jest, każdy widzi. To Switch. Platforma ukochana przez miliony ludzi. Nie za wodotryski, lecz charakter, a niniejszym widzimy ją dopieszczoną jak nigdy. 

Nintendo Switch OLED – test, recenzja, opinie

Wady:

  • To niestety nie jest Switch Pro
  • W docku bez większych różnic

Zalety:

  • Fenomenalny wyświetlacz (jak na Big N)
  • Duuuża poprawa jakości wykonania
  • W końcu porządna stopka
  • Kompatybilność z większością akcesoriów
  • Powiększona pamięć na dane

Konsole Nintendo dojrzewają. Od lat

Jeśliby wziąć pod lupę historię sprzętu Nintendo, zwłaszcza mobilnego, to w oczy rzuca się jedna prawidłowość: każda konsolka spod szyldu Big N musi niejako dojrzeć. 

Game Boy Advance potrzebował liftingu, by zyskać funkcję tak kanoniczną jak podświetlenie ekranu, a premierowy model DS-a był subtelny niczym cegła. 3DS miał z kolei śmiesznie mały wyświetlacz główny i zaledwie jedną gałkę analogową, co do momentu debiutu odświeżonej wersji łatano protetyczną przystawką.

No a Switch, cóż, podczas gdy rynek szedł w stronę diod organicznych i konstrukcji bezramkowych, pojawił się z LCD-ekiem o obramowaniu godnym drzwi od stodoły, w dodatku schowanym pod warstwą plastiku. Co zabawne, tę ostatnią decyzję wybrani przedstawiciele firmy tłumaczyli troską o dzieci, które mogłyby przypadkiem pokaleczyć się rozbitym szkłem. 

Nintendo Switch OLED – test, recenzja, opinie

Zatem uważajcie, bo oto wychodzi Switch po liftingu, z ekranem OLED, i jak na ironię ma szklany panel. Tak czy inaczej, tradycji raz jeszcze staje się zadość: Nintendo poprawia to, co skopało na premierę.

Nintendo Switch A.D. 2021

Zacznijmy jednak od początku. Nintendo Switch OLED, jak wiadomo z zapowiedzi, bazuje na 7-calowym panelu OLED. W teorii to raptem 0,8 cala więcej niż pierwowzór, ale już przy pierwszym odpaleniu konsolki różnica jest uderzająca. Tam, gdzie dotychczas widzieliśmy spasłe ramki, teraz rozciąga się wyświetlacz. Urządzenie wygląda tym samym znacznie bardziej współcześnie. Na czasie.

Przy czym, w odróżnieniu od wyświetlacza, jednostka zasadnicza jako całość urosła tylko nieznacznie. Dokładniej o 3 mm na szerokości i nic ponadto. Jeśli coś jest odczuwalne, to raczej 20 gramów masy ekstra, co jednak nie zmienia faktu, że obcowanie ze Switchem OLED zdaje się być doświadczeniem doskonale znanym.

Z jedną pozornie małą, ale niezwykle ważną różnicą i nie chodzi mi o potencjalne problemy z akcesoriami o bardziej restrykcyjnej charakterystyce, takimi jak gripy, choć także. Nie mniej niż ekran pozytywnie zaskakuje jakość wykonania.

Nintendo Switch OLED – test, recenzja, opinie

Przez lata, leżąc obok kolejnych laptopów, tabletów i smartfonów, Switch był zdecydowanie najbardziej niechlujnie wykonanym sprzętem w moim domu. Wariant OLED-owy wprawdzie wciąż nie jest iPadem Pro, ale już nie straszy odpadającą stopką i ordynarnym użyciem wtryskarki.

Rozciągnięcie podpórki i dodanie do niej pełnoprawnych zawiasów o regulowanym kącie rozwarcia to krok w dobrą stronę, a tworzywa są znacznie przyjemniejsze w dotyku, co za tym idzie wydają się solidniejsze. Ciaśniej niż dotychczas siedzą w swoich szynach joy-cony. Istnieje więc szansa, że będą się mniej chybotać w przyszłości. Wygodniej wciska się płytszy włącznik.

OLED klasy całkiem całkiem

Mimo wszystko, wróćmy do ekranu, bo ten zdecydowanie zasługuje na więcej niż lakoniczna notka o przekątnej i zastosowanej technologii. Tak, jest to OLED, i to nie pierwszy lepszy z brzegu, ale typu RGB

Dla niewtajemniczonych – tańsze ekrany OLED miewają matryce zwane PenTile, w których są tylko dwa, nie trzy subpiksele na piksel. Emitują one światło czerwone i niebieskie, a zieleń uzyskiwana jest wskutek obecności drugiej, znacznie mniejszej diody w obydwu z nich. Tego rodzaju konstrukcje są przeważnie mniej prądożerne, za to mają tendencje do gubienia ostrości, więc przy rozdzielczości 720p Switcha mogłoby się zrobić niewesoło. Ale nie.

Powtórzmy, Nintendo Switch OLED ma ekran z górnej półki, aczkolwiek nie najwyższej. Pomiar luksomierzem wskazuje na około 340 kandeli jaskrawości na czystej bieli, czyli w ostrym słońcu mogą szykować się ciężary. Niemniej wizualnie ekran wydaje się jaśniejszy od tego w poprzedniku, co wynika oczywiście z perfekcyjnej czerni i głębokiego kontrastu. 

Dodatkowo, każdy OLED to znikomy czas reakcji i nie inaczej jest tutaj, przez co obraz w ruchu prezentuje zaskakującą ostrość. Doom, ogrywany na nowym pstryczku, nawet chodząc poniżej rozdzielczości natywnej, zyskuje solidny dopalacz wizualny. Uwierzcie, nie da się tego dostatecznie opisać, trzeba zobaczyć.

Na plus, o czym już zdążyłem wspomnieć, jest też szkło. Jest z nim jednakowoż związana pewna ciekawostka, a mowa o folii antyrozpryskowej, którą owe szkło pokryto. Nintendo w instrukcji jasno apeluje, aby rzeczonej warstwy nie zdrapywać. Dodam, w mojej opinii nie jest ona na tyle widoczna, by sprowokować kogoś do majsterkowania, ale kto wie. Oby nie zeszła przy wymianie szkła lub folii ochronnej.

Szczypta nintendowskiej powściągliwości

Słowem, biorąc w ręce Switcha OLED, dostajemy przede wszystkim urządzenie o unowocześnionym wyglądzie i poprawionej jakości wykonania, z kilka klas lepszym ekranem na czele. Niemniej, nie ukrywajmy, tego wszystkiego można było domyślić się już na etapie wstępnej prezentacji. 

Co zaskakuje nieco bardziej, to kilka szczegółów, chociaż miejscami czuć tu na kilometr nintendowską powściągliwość. Na przykład zgodnie z zapowiedziami poprawiono głośniki, ale raczej tylko pod kątem maksymalnej głośności. W rezultacie dźwięk jest bardziej donośny, ale niekoniecznie bogatszy w niskie tony czy inne detale. Znaczy, jest krok naprzód, ale mógł być on większy.

Dobrze, że Japończycy oparli się aktualnej modzie i pomimo dodania do systemu obsługi słuchawek Bluetooth, gniazda audio nie wyrzucili. Nawiasem, regularny Switch też dostał tę przyjemność. W ramach aktualizacji. 

Nintendo Switch OLED – test, recenzja, opinie

64 GB wbudowanej pamięci to i dużo, i mało zarazem. Podstawowy Switch ma 32 GB, z czego po formacie dla użytkownika zostaje 25,9 GB. Najcięższe gry, do których należy m.in. ponad 27-gigabajtowe L.A. Noire, wymuszają zakup karty microSD. W tym kontekście 54 GB do zagospodarowania w modelu OLED-owym ratuje skórę, optyki jednak nie zmienia. Magazyn wciąż jest zbyt skromny, bym grając intensywnie, karty nie kupił.

Z cyklu fajnie by było

Fabryczne akcesoria jakie były spaskudzone, takie pozostają. Gniazdo sieciowe w docku ma szansę się przydać, ale sama stacja niezmiennie emanuje cięciem kosztów. Załączony adapter do joy-conów nie doczekał się wejścia dla ładowarki, a paski mają ten sam, często błędnie używany system montażu. Same joy-cony jakby miały nieznacznie twardsze gałki analogowe, ale może to tylko efekt ich nowości. Trudno mi na gorąco powiedzieć.

Na zakończenie – akumulator. Ogniwo przeszczepiono żywcem z oryginału. Przy wymagających grach konsola dopomina się energii po około 4,5 - 5 godzinach, po czym wymaga mniej więcej 3 godzin na ładowanie od 0 do 100 proc. W czasach wszędobylskich fast chargerów, 18 W mocy to trochę cierń w oku. Tyle dobrego, że niezmiennie w standardzie USB-C PD. Przynajmniej specjalnego zasilacza targać nie trzeba, bo te uniwersalne załatwiają temat.

Chcesz być na bieżąco? Obserwuj nas na Google News

Źródło zdjęć: własne

Źródło tekstu: własne

Przewiń w dół do następnego wpisu