Chińczycy biją brawo Cienkowskiej. Polacy zapłacą więcej
Opłata reprograficzna w znowelizowanej formie może rocznie kosztować polskich konsumentów dodatkowe 200 mln zł. Pieniądze trafią do organizacji, wobec których zastrzeżenia ma sam resort kultury. Beneficjentem zmian mogą być także… chińskie platformy zakupowe.
Pod koniec kwietnia br. ministra Marta Cienkowska podpisała nowelizację rozporządzenia dot. opłaty reprograficznej. Powstała nowa lista urządzeń objętych "podatkiem" – zamiast 65 pozycji jest 19. W rejestrze znaleźć można smartfon, tablet, laptop, dekoder telewizyjny, telewizor, ale też np. papier, kartę pamięci czy dysk twardy.
Przedstawiciele organizacji zbiorowego zarządzania (ozz) przekonują, że te pieniądze im się po prostu należą, tę narrację powiela Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Przeciwnicy nowelizacji zgadzają się z argumentem, że artystów trzeba "godnie" wynagradzać za ich pracę. Wątpliwości wzbudzać może jednak sposób, w jaki organizowany jest transfer olbrzymich środków do kilku podmiotów. Na część pytań w tym temacie resort nie ma sensownych odpowiedzi.
Badania? Nie są potrzebne. Przecież wiadomo, że ludzie kopiują
Osoby niezorientowane w temacie opłaty reprograficznej odsyłam do naszych wcześniejszych tekstów: tu, tu i tu. A w ramach krótkiego przypomnienia napiszę, że do przywołanych już ozz ma trafiać rocznie dodatkowe 150-200 mln zł. Pieniądze te będą pochodzić ze sprzedaży elektroniki. W teorii mają się na to zrzucić producenci oraz importerzy sprzętu. Do praktyki (prawdopodobnej) zaraz dojdziemy.
Warto wspomnieć, że opłata reprograficzna w założeniu ma rekompensować twórcom straty, jakie ponoszą w związku z kopiowaniem ich utworów na użytek prywatny. To skłania do zadania pytania: jak wygląda dzisiaj w Polsce skala kopiowania? Mogłoby się wydawać, że odpowiedź będzie prosta, bo resort kultury zamówił odpowiednie badania przed nowelizacją. Otóż nie zamówił.
Nie oznacza to jednak, że urzędnicy i politycy działali w oderwaniu od danych. Te dostarczyły im… organizacje zbiorowego zarządzania. Tak, te same podmioty, które są beneficjentami opłaty, podsunęły resortowi wyniki badań dot. kopiowalności, czyli ponoszonych przez nie (rzekomo) strat. A przedstawiciele ministerstwa postanowili przyjąć te treści i na nich pracować. Dlaczego nie zdecydowano się na własne badania? Odpowiedź niektórzy mogą uznać za kuriozalną:
Badania kopiowalności, jeśli mają być miarodajne, muszą dotyczyć konkretnej i obowiązującej sytuacji prawnej. Zlecanie takich badań w trakcie konsultacji dotyczących kształtu nowelizacji rozporządzenia o opłacie reprograficznej byłoby mierzeniem sytuacji hipotetycznej. Jednak już podczas trwania konsultacji rozpoczęliśmy rozmowy z organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi oraz przedstawicielami branży – Związkiem Cyfrowa Polska – na temat opracowania metodologii prowadzenia badań kopiowalności. Badania te, realizowane na podstawie uzgodnionego kształtu nowelizacji, posłużą weryfikacji zastosowanych stawek, jak też przyjętego modelu podziału wpływów z opłat pomiędzy sfery audio, wideo i reprograficzną
Wychodzi zatem na to, że ozz podzieliły się wynikami badań, które były miarodajne, ale już samo ministerstwo nie było w stanie tego zorganizować we właściwy sposób. To byłaby sytuacja hipotetyczna. Tymczasem Stowarzyszenie Filmowców Polskich dostarczyło informacje w pełni wiarygodne. Równie ciekawie brzmi to, że resort decyduje się na nowelizację opłaty i ma w planach opracować metodologię prowadzenia badań kopiowalności. Złośliwi stwierdzą, że kolejność została tu co najmniej zaburzona.
To jednak nie koniec rewelacji. Skoro ministerstwo nie posiada danych dla Polski, to sięga po te zagraniczne:
Jako punkt odniesienia posłużyły dane dotyczące funkcjonowania opłaty reprograficznej w innych państwach Unii Europejskiej — nie ma bowiem podstaw, by przyjmować, że sposoby korzystania z urządzeń RTV/IT w Polsce istotnie różnią się od praktyk w pozostałych krajach UE
Intrygujące podejście. Mam nadzieję, że w ten sposób nie są podejmowane decyzje w innych resortach. Skoro jakieś zjawisko ma miejsce w Hiszpanii, Szwecji czy Irlandii, to przecież musi też występować u nas. I to w podobnej skali. Może nawet identycznej. Tylko czekać na corridę w Łodzi, kiszone śledzie na wigilijnych stołach i system podatkowy rodem z Dublina.
Ministerstwo coś obiecało. Teraz nabiera wody w usta
Przedstawiciel ministerstwa w swojej odpowiedzi wskazał na prowadzenie rozmów ze Związkiem Cyfrowa Polska. To podmiot zrzeszający firmy z branży RTV i IT, w tym producentów, importerów oraz dystrybutorów urządzeń, a także dostawców usług cyfrowych i e-commerce. Pisząc krótko: to organizacja, która zgłaszała wątpliwości w zakresie nowelizowania opłaty reprograficznej. Także do niej zwróciłem się z pytaniem o badania dot. kopiowalności.
Jako Związek wielokrotnie apelowaliśmy, by prace nad opłatą odbywały się w oparciu o wiarygodne dane i były możliwie najbardziej merytoryczne. W tym celu przekazaliśmy Ministerstwu m.in. szczegółowe informacje dotyczące regularnie prowadzonych badań nad skalą kopiowalności, które w Finlandii stanowią podstawę do obliczania realnej straty poniesionej przez twórców w związku ze zwielokrotnianiem utworów w ramach dozwolonego użytku na poszczególnych typach urządzeń. Do resortu trafiła pełna metodologia takich badań i wyniki uzyskane w Finlandii w ostatnich latach. Sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury Maciej Wróbel zapowiadał, że badania takie przeprowadzone zostaną również w Polsce, by ocenić, czy nałożenie opłaty na szerszy katalog urządzeń jest w ogóle uzasadnione. Tak się jednak nie stało
Dopytałem w resorcie o zapowiedź pana Macieja Wróbla. Niestety, odpowiedzi nie otrzymałem.
Po co czekać z nowelizacją?
Prezes Związku Cyfrowa Polska przekonywał nas, że opinie dot. nowelizacji przedstawiane przez ten podmiot nie były uwzględniane przez resort kultury. Co ciekawe, na 13 maja br. zaplanowano spotkanie, w którym mieli uczestniczyć przedstawiciele Związku, ministra Marta Cienkowska oraz reprezentanci ozz. Prezes Michał Kanownik zapewnia, że celem było wypracowanie porozumienia i eliminacja sporów interpretacyjnych w zakresie opłaty reprograficznej. Jednak na dwa tygodnie przed spotkaniem szefowa resortu podpisała wspomnianą już nowelizację. Jak tłumaczy to resort?
Spotkanie 13 maja zostało odwołane przez Związek Cyfrowa Polska. Na etapie procedowania projektu rozporządzenia przedstawiciele oraz prezes Związku Cyfrowa Polska uczestniczyli kilkukrotnie w spotkaniach z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz organizacjami zbiorowego zarządzania. Aktywnie uczestniczyli w procesie konsultacji projektu nowelizacji, a uwagi zebrane w toku konsultacji zostały podsumowane na spotkaniu w siedzibie resortu z udziałem Związku Cyfrowa Polska we wrześniu 2025 roku. Nie było żadnego powodu, żeby z nowelizacją wstrzymywać się do spotkania zaplanowanego na 13 maja 2026
Zapłacą firmy? Te wskazują na portfele klientów
Kwestią wywołującą emocje jest też to, kto w rzeczywistości weźmie na siebie ciężar opłaty reprograficznej. W teorii zapłacić mają producenci oraz importerzy sprzętu. Prezes Związku Cyfrowa Polska zwraca uwagę na zapisy unijnej dyrektywy, która ma wskazywać, że płatnikami są jednak konsumenci. To ci ostatni mają płacić za możliwość kopiowania utworów na własny użytek. Producenci czy dystrybutorzy pełnią w tym modelu jedynie rolę pośredników.
Reprezentujący Związek Michał Kanownik wskazał na jeszcze jedną istotną kwestię: firmy z tego sektora mają operować na marżach w wysokości od 0,5 do 1,5 proc. W efekcie nie mogą wziąć opłaty na swoje barki. Prezes wskazał na przykład rynku niemieckiego, gdzie poszerzenie opłaty reprograficznej miało wprost przełożyć się na wzrost cen detalicznych sprzętu elektronicznego.
Przywołany już Maciej Wróbel przekonywał w ubiegłorocznej rozmowie z PAP, że ta narracja jest nieprawdziwa: konsumenci nie zapłacą więcej, na co wskazywać mają… przykłady z innych krajów. Nie pozostaje zatem nic innego, jak czekać na rozwój wypadków w sklepach i tłumaczenia tych, którzy racji nie mają.
Kliencie, ciesz się, że to tylko 1 procent!
Rzecznik prasowy resortu stwierdził w rozmowie z nami, że "brak jest podstaw do automatycznego założenia, że opłata reprograficzna zostanie przerzucona na konsumenta". Jednocześnie jednak warto zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, resort podkreśla, że nowelizacja wprowadza opłatę reprograficzną na poziomie 1 proc. ceny sprzedaży urządzenia. Tymczasem wedle ustawy mogłyby to być nawet 3 proc. Można to odczytać jako "wymiar kary i tak jest niski".
Drugi wątek wygląda następująco: cena rynkowa jest wypadkową wielu czynników, a opłata reprograficzna nie odgrywa tu dominującej roli. W tej narracji można przyjąć, że gdzieś w łańcuchu dostaw i mechanizmie ustalania cen powinna się znaleźć przestrzeń do "upchnięcia" owego 1 proc. Jeśli to się nie uda i ostatecznie zapłaci klient, to powinien pogodzić się z dodatkowym wydatkiem, bo nie jest wysoki. Tak przynajmniej przekonują zwolennicy forsowanego mechanizmu. Wątpliwości wyraża przedstawiciel Związku Cyfrowa Polska.
Warto zaznaczyć również, że cena urządzeń nie wzrośnie o 1 proc., lecz znacznie więcej. Stawka ta dotyczy przecież tylko pierwszej opłaty po wprowadzeniu urządzenia na rynek, a dystrybucja obejmuje cały łańcuch kontrahentów, w którym każdy kolejny doliczając swoją marżę, naliczać ją będzie od zwiększonej ceny początkowej, przyrastającej na każdym kolejnym etapie dystrybucji, aż do finalnej sprzedaży do konsumenta
Tym bardziej czekam na to, co wydarzy się w sklepach.
Na użytek prywaty, czyli opłata od każdego urządzenia
Tymczasem należy wspomnieć o jeszcze jednej ciekawej kwestii – opłatą reprograficzną objęto smartfony czy komputery trafiające do klientów prywatnych, ale też do firm, urzędów czy szkół. Dlaczego to ma znaczenie? Prezes Michał Kanownik odwołał się do wspomnianej już unijnej dyrektywy:
Opłata reprograficzna została stworzona jako rekompensata za prywatne kopiowanie utworów przez konsumentów, dlatego jej naliczanie od zakupów sprzętu dokonywanych przez firmy jest nieuzasadnione i sprzeczne z pierwotnym celem tego mechanizmu. W praktyce sprzęt kupowany w modelu B2B służy głównie do działalności zawodowej i produkcyjnej, a nie do prywatnego kopiowania treści, dlatego opłata powinna dotyczyć wyłącznie zakupów konsumenckich.
Dlaczego tak się dzieje nad Wisłą? Pytanie zadałem przedstawicielowi resortu. Odpowiedzi nie otrzymałem.
Skazujemy twórców na biedowanie? Niekoniecznie
Mogą się oczywiście pojawić głosy, że to kolejna nagonka na artystów, a te pieniądze muszą w końcu do nich trafiać. Zwolennicy opłaty reprograficznej będą przekonywać, że rozwiązanie jest powszechnie stosowane w cywilizowanej Europie i tylko w Polsce skazujemy twórców na głodowanie. Zwróciłem się zatem do Związku Cyfrowa Polska z pytaniem, czy są całkowitymi przeciwnikami przekazywania środków środowisku artystycznemu.
Artyści w pełni zasługują na godne wynagrodzenie za swoją pracę oraz poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwej rekompensaty. W pełni rozumiemy potrzebę i popieramy działania mające zapewnić rozwój polskiej kultury. Polskie firmy z sektora importu i dystrybucji elektroniki w pełni się z tym zgadzają i od lat przekazują opłatę reprograficzną z nadzieją, że trafi ona do uprawnionych twórców. Postulujemy jednak, by mechanizm tej rekompensaty za kopiowanie treści na własny, dozwolony użytek miał umocowanie w rzeczywistości i odpowiadał obecnym realiom konsumpcji kultury. Opłata reprograficzna w coraz mniejszym stopniu spełnia te kryteria i w Europie coraz częściej postrzegana jest jako relikt przeszłości
Prezes Związku zaznaczył, że trudno ocenić, w jakim stopniu smartfony są wykorzystywane do kopiowania treści na użytek prywatny, bo… Ministerstwo nie zleciło badań w tym zakresie. Wracamy do poruszanej już kwestii. Mogłoby się okazać, że zjawisko ma charakter marginalny, ponieważ od lat prężnie rozwija się w Polsce rynek streamingu.
No dobrze, ale jeśli nie opłata reprograficzna, to co?
Jako alternatywę proponujemy np. model znany z Finlandii. Kraj ten w 2015 roku całkowicie zrezygnował z klasycznego modelu opłat reprograficznych doliczanych do sprzętu elektronicznego i czystych nośników, zastępując go systemem w całości finansowanym z budżetu państwa. Kluczowym elementem fińskiego modelu jest coroczne badanie ankietowe dotyczące rzeczywistej skali legalnego kopiowania na własny użytek oraz wynikających z tego tytułu strat ekonomicznych. Badanie to pozwala oszacować szkody powstałe dla uprawnionych i dostarcza danych do uzasadnienia wysokości rekompensaty budżetowej. Pozwala również śledzić to, jak zmienia się skala kopiowania
Co na to resort kultury? Jego rzecznik podkreślił, że Finlandia nie zrezygnowała z rekompensat na rzecz twórców i po prostu pobiera ją w innej formie. Być może gorszej dla naszych portfeli, bo ciężar spada bezpośrednio na barki wszystkich obywateli. A w Polsce zapłacą ci, którzy kupują sprzęt. Chociaż według resortu będzie jeszcze inaczej – zapłacą firmy, które nie przerzucą opłaty na konsumentów.
Chińczycy przyjmują opłatę z szerokim uśmiechem
I tu pojawia się kolejna ciekawa kwestia: czy zapłacą wszystkie firmy handlujące sprzętem elektronicznym? Zdania w tej materii są podzielone. Przedstawiciele Związku Cyfrowa Polska są zdania, że chińskie platformy sprzedażowe będą unikać płacenia nowego „podatku”. W efekcie ich produkty będą tańsze i mogą bardziej przyciągać uwagę oraz portfele klientów.
Nie ma żadnego kanału poboru opłaty reprograficznej w przypadku milionów drobnych paczek z państw trzecich. Wyegzekwowanie należności od azjatyckich sprzedawców będzie trudne lub wprost niemożliwe. Daje im to regulacyjną przewagę kosztową nad legalnie działającymi w kraju importerami
Jak do tego argumentu odnosi się ministerstwo? W zasadzie umywa ręce. Rzecznik resortu stwierdził, że „pobór i egzekwowanie opłat leżą w gestii organizacji zbiorowego zarządzania wskazanych w rozporządzeniu”. I to ozz mają podjąć działania wobec zagranicznych podmiotów. O ile można sobie wyobrazić, że rodzimym organizacjom faktycznie będzie zależeć na ściągnięciu środków, o tyle trudno stwierdzić, jakich narzędzi użyją, by to zrobić.
OZZ, czyli państwa w państwie
Zwolennicy opłaty reprograficznej przekonują, że te pieniądze trafiają do twórców. Należy jednak pamiętać, że nie dzieje się to bezpośrednio. Pieniądze pobierają i dzielą wspomniane już organizacje zbiorowego zarządzania, wśród których można wymienić ZAiKS, ZPAV, ZASP czy Stowarzyszenie Filmowców Polskich. Prezes Związku Cyfrowa Polska przekonuje, że podmioty te działają w sposób nietransparentny i zarządzają pieniędzmi niewydajnie. W efekcie pieniądze nierzadko nie trafiają do artystów. Dosypanie do skarbców ozz kilkuset milionów złotych może tylko pogłębić problem.
W latach 2019–2023 przychody OZZ w Polsce wzrosły o około 35 proc., osiągając poziom ponad 4 miliardów złotych. Wzrosły również koszty operacyjne tych podmiotów. Mimo to, nie obserwujemy podniesienia efektywności ich działania, a coraz więcej pieniędzy zgromadzonych przez te organizacje nie trafia do uprawnionych twórców w ustawowym terminie. Średnio to ćwierć miliarda złotych rocznie. Na kontach OZZ zalegają środki, które powinny trafić od użytkowników praw (płatników) do właścicieli praw autorskich. W latach 2019–2023 średnio na koniec roku na kontach OZZ znajdowało się ok. 1,5 mld zł niewypłaconych środków
Wspomniana kwota nie pochodzi jedynie z opłaty reprograficznej, ale ma ona pokazywać niedociągnięcia w funkcjonowaniu systemu. Krytycy ozz wskazują, że krajowy system nie przewiduje skutecznych mechanizmów motywujących organizacje do szybkiego przekazywania pieniędzy uprawnionym twórcom. To jednak nie koniec.
Co dzieje się ze środkami, które nie trafią w przewidzianym przepisami czasie do artystów? Po upływie trzech lat, pieniądze te mogą być przeznaczone na inne cele, w tym na działalność ozz lub dodatkowe wypłaty na rzecz pozostałych uprawnionych – wyjaśnia prezes Związku Cyfrowa Polska.
Czy resort kultury widzi ten problem? Tak.
Ministerstwo dostrzega potrzebę poprawy działań organizacji zbiorowego zarządzania i będzie to przedmiotem najbliższych działań legislacyjnych. Nie był to jednak powód, aby do tego czasu wstrzymywać nowelizację przepisów o opłatach reprograficznych, które od dawna były anachroniczne i na które środowiska twórców i wykonawców czekały od wielu lat
Sytuacja co najmniej dziwna: resort zdaje sobie sprawę z tego, że ozz nie funkcjonują w sposób prawidłowy i chce dosypać pieniędzy na ich konta. A potem prowadzić działania, które być może usuną patologie z tych podmiotów. Nie wiadomo jednak, kiedy to nastąpi i jaki będzie skutek tych działań. Można to porównać do sytuacji, w której ktoś dolewa wody do dziurawej butelki i zapewnia, że wszystko jest ok, bo ma w planach załatanie dziury.
Resort sypnął czyjąś kasą, a teraz będzie naprawiał
Ktoś może uznać, że słowo "patologie" jest zbyt mocne. Dlatego odeślę do komunikatu resortu kultury z końca ubiegłego roku. Można w nim przeczytać, że
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego złożyło zawiadomienie do Prokuratury o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby działające w imieniu i na rzecz Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Zawiadomienie jest efektem kontroli, która wykazała, że w latach 2020-2024 ww. osoby naraziły Stowarzyszenie na szkodę w wysokości ponad 13,3 mln zł.
Michał Kanownik również przypomniał tę sprawę i zwrócił uwagę, że "w okresie objętym kontrolą na stypendia artystyczne dla młodych filmowców wydano zaledwie 199 tys. zł, natomiast na alkohol 1,245 mln zł". Rzeczywiście, można mieć wątpliwości, w jaki sposób będą wydawane nowe środki. A może Stowarzyszenie Filmowców Polskich to czarna owca w rodzinie ozz? Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że nie ma podstaw, by przyjmować, że sposób działania pozostałych ozz odbiega od tego modelu. Zresztą, zacytuję przedstawiciela resortu:
Trwa przygotowanie wniosków pokontrolnych z kontroli w Związku Artystów Scen Polskich. W kwietniu 2025 roku zawiesiliśmy zarząd STOART w związku z nieusunięciem uchybień przy zwołaniu Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Delegatów STOART. W efekcie działania ministra sąd powołał w STOART kuratora, który w marcu br. doprowadził do powołania nowego zarządu stowarzyszenia. System ozz wymaga weryfikacji, którą zapowiedzieliśmy i zaczęliśmy realizować jeszcze w marcu 2025 roku
Wesoło. A im więcej takich kwiatków, tym szybciej przeciętny konsument zrozumie, dlaczego nowelizacja opłaty reprograficznej jest potrzebna…