Donald Trump przekracza kolejną granicę. Tak chce zarobić na urzędzie

W Stanach Zjednoczonych rośnie fala oburzenia w reakcji na pomysł Donalda Trumpa. Prezydent chce zarabiać na wcześniejszym dostępie do swoich wpisów w serwisie Truth Social. 

Maciej Sikorski
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Donald Trump przekracza kolejną granicę. Tak chce zarobić na urzędzie

Platforma Truth Social powstała na początku dekady. To była odpowiedź Donalda Trumpa na zawieszenie jego kont w innych serwisach społecznościowych. Miała się wyróżniać m.in. wolnością w zakresie wyrażania poglądów. Podmiot ma kilka milionów użytkowników, głównie zwolenników urzędującego prezydenta. Właścicielem serwisu jest notowany na giełdzie Trump Media&Technology Group, w którym głównym udziałowcem jest Donald Trump.

Dalsza część tekstu pod wideo

100 tys. dolarów za wcześniejszy dostęp do postów Trumpa

Pomysł, o którym sporo dyskutuje się za oceanem, jest dość prosty: za odpowiednią opłatą możliwy będzie wcześniejszy dostęp do wpisów topowych użytkowników Truth Social. Oprócz prezydenta mogą to być także jego bliscy i doradcy. Z doniesień Agencji Reutera wynika, że chętni mieliby płacić za to 100 tys. dolarów miesięcznie. Ale w grę wchodzą ponoć zniżki – wystarczy podpisać umowę na kilka lat.

Usługa ma wystartować wraz z początkiem sierpnia br. Będzie działać przez całą dobę, co nie jest bez znaczenia, bo Donald Trump lubi zaskakiwać swoimi wpisami o różnych porach dnia i nocy. Ponoć znalazły się już podmioty zainteresowane taką współpracą. 

Jeden wpis w Truth Social może wstrząsnąć biznesem

Pojawi się zapewne pytanie: czy te wpisy rzeczywiście mają wartość? Otóż mają. Wystarczy spojrzeć na reakcje rynków po publikacji pokaźnej części z nich. Potrafiły one wstrząsać globalną gospodarką w czasie zeszłorocznych wojen celnych. I w trakcie tegorocznego konfliktu na Bliskim Wschodzie. Jednym, nawet bardzo krótkim, wpisem Donald Trump jest w stanie wpłynąć na notowania surowców, walut czy akcji. Czasem je zatapia, innym razem daje paliwo do ekspresowych wzrostów. Informacja jest towarem i to bardzo pożądanym. 

Ułamki sekund mają wielkie znaczenie dla gigantów z Wall Street

Czy usługa Truth Api, o której mowa, oznacza, że klient będzie miał dostęp do wpisów dobę wcześniej? Nie. Tu raczej mowa jest o ułamkach sekund. Niektórzy pewnie zastanawiają się, czy warto płacić za to wspomniane pieniądze. Z punktu widzenia przeciętnego inwestora indywidualnego nie jest to zbyt kuszące. Ale klientami Trumpa mają być giganci z Wall Street, którzy w swoim działaniu wykorzystują maszyny. I to do tych ostatnich ma trafiać szybszy strumień danych. To jedno mrugnięcie wystarczy, by algorytmy zrobiły swoje i pozwoliły zarobić krocie.

Zazwyczaj jest tak, że gdy ktoś zarabia na giełdzie, to ktoś inny traci. I w tej układance poszkodowanymi mogą się okazać mali gracze. Nawet gdy dość szybko zauważą, że prezydent coś ogłosił za pośrednictwem swojej platformy społecznościowej, ruchy gigantów będą już wykonane. Ale sami giganci też mają zagwozdkę, bo jeśli nie skorzystają z nowej usługi, zostaną w tyle – konkurencja może zgarnąć ze stołu największy kawałek tortu. 

Donald Trump przekracza kolejne granice

Mogą się pojawić głosy, że Trump nie wytycza tu za bardzo szlaku, bo wcześniejszym dostępem do danych przecież handluje się od dawna. Odbywa się to globalnie i nie jest nielegalne (oczywiście w określonych ramach). To prawda. Jednak czym innym jest wcześniejszy dostęp do raportu firmy analitycznej czy banku, a czym innym do wpisu urzędującego prezydenta, który tworzy naszą rzeczywistość. 

Będą pewnie i tacy, którzy przypomną, że wcześniej politykom zarzucano już wykorzystywanie niejawnych danych do pomnażania majątku. Sztandarowym przykładem była przez dekady Nancy Pelosi, czyli była przewodnicząca Izby Reprezentantów i wpływowa Demokratka. Przez kilkadziesiąt lat wraz z mężem wykazywała się wiedzą, doświadczeniem i intuicją, której mogli im pozazdrościć topowi menedżerowie funduszy inwestycyjnych. Para potrafiła zamienić majątek wart kilka milionów dolarów w fortunę o wartości kilkuset milionów dolarów. 

Czym Trump różni się od Pelosi i podobnych jej polityków? Otóż tym, że Pelosi nie handlowała oficjalnie danymi. Zarzucano jej, że wykorzystuje wiedzę, do której ma dostęp jako wysoko postawiona osoba, ale trudno było to udowodnić. Co więcej, podobne zarzuty wysuwano już pod adresem Donalda Trumpa i jego rodziny, ale opierały się one na spekulacjach. Tym razem mamy już do czynienia z całkowicie jawną ofertą: zapłać, a dowiesz się przed innymi, w kogo uderzę, a kogo ozłocę. To po prostu monetyzowanie urzędu. I to kosztem szeregowych obywateli, których pozycja osłabi się względem wielkiego biznesu. 

Prezydent nie odpuści. Co zrobią przedstawiciele finansjery? 

Trumpowie póki co nie odnieśli się do pytań stawianych przez amerykańskie media. Można też przyjąć, że prezydent nie za bardzo przejmie się krytyką ze strony mediów, komentatorów czy polityków. Najpewniej stwierdzi, że jego usługa jest "piękna". A krytycy odrażający. I głupi. Przecież Donald Trump i jego dzieci nie mają teraz oporów, by np.handlować kryptowalutami (głównie je sprzedawać - za zarobione pieniądze kupowane są akcje i obligacje), które relatywnie niedawno prezydent uznawał za oszustwo. 

Dlatego przedstawiciele Demokratów podeszli do tematu od drugiej strony: wezwali wielkich graczy świata finansów, by nie korzystali z tego rozwiązania. Co zrobią banki i fundusze? Ich decydenci stoją przed poważnym dylematem. Z jednej strony, o czym była już mowa, dostęp do informacji może być cenny. Z drugiej jednak strony pojawia się ryzyko natury politycznej i prawnej. Bo Donald Trump i Republikanie nie będą rządzić wiecznie (chyba). I w przyszłości, być może niezbyt odległej, temat może wrócić jako kłopot. Ciężko jest być potężnym i bogatym w tych czasach…