Unia zdelegalizuje popularny sprzęt. "Duże ryzyko"
Czy to się zwolennikom zielonej energii podoba, czy nie, to znaczna część instalacji opiera się na chińskiej technologii. W końcu to panele i falowniki z Państwa Środka podbiły rynek dzięki kombinacji niezwykle atrakcyjnej ceny i wysokiej jakości. Jednak Unia Europejska ma co do tych drugich pewne obawy.
Oczywiście czasy te mamy już za sobą. Chińskie panele były tanie, jednak sprzedawane ze stratą z powodu dużej konkurencji wewnętrznej. A że chiński wolny rynek wolnym jest tylko z nazwy, to władza wymusiła konsolidację firm w jeden byt. Oczywiście proces ten dopiero się rozpoczyna, jednak już dziś można zapomnieć o tanich panelach z tej części świata.
Chińskie falowniki solą w oku Komisji Europejskiej
Pozostają jeszcze falowniki. Tu mamy dwa problemy: po pierwsze Europa przyjmuje nową strategię promowania lokalnych urządzeń, materiałów i produktów w przetargach i dotacjach. Tak, że żadne pieniądze państwowe, czy europejskiej mają nie trafić do producentów, których produkcja przynajmniej w pewnym stopniu, zależnym od konkretnej kategorii, nie pochodzi z UE. Tyczy się to także OZE, a więc i falowników.
Drugim problemem jest strach. O ile panele to tak naprawdę proste konstrukcje, tak falowniki są już zaawansowane i możliwe do sterowania z zewnątrz. Władze Unii Europejskiej obawiają się, że w razie potencjalnego konfliktu możliwe byłoby przeprowadzanie akcji dywersyjnych na europejskich sieciach elektroenergetycznych przy ich pomocy, lub zdalne wyłączanie samych urządzeń.
Mowa jest wręcz o ryzyku wywoływania blackoutów, czy kradzieży danych dotyczących specyfiki dziania sieci. Z tego też powodu chińskie falowniki są uznawane za produkty wysokiego ryzyka. Tym samym inwestycje z nimi mają być wyjęte z refinansowania przez UE. Zarówno w przypadku instalacji PV, jak i magazynów energii. Ma to dotyczyć także mikroinstalacji. Nowe przepisy mają wejść w życie na początku 2027 roku.