Wicepremier zapowiada nowy podatek. Ma go omawiać... z ambasadorem USA
Polska chce dołączyć do grona państw, które nakładają podatek cyfrowy na gigantów technologicznych. Tak twierdzi wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Zapewne niebawem przekonamy się, jak do sprawy podchodzą Amerykanie.
Polscy politycy znaleźli chyba wyjście z trudnej sytuacji: wprowadzą podatek cyfrowy, ale umożliwiają potencjalnym płatnikom uniknięcie daniny. A wszystko w imię korzyści dla polskiej gospodarki. Nawet czysto teoretycznych.
Danina nie jest antyamerykańska, ale sprawiedliwościowa
Przywołany we wstępie minister Krzysztof Gawkowski pojawił się o poranku w studiu RMF FM. Kolejny raz zadeklarował, że trwają prace nad podatkiem cyfrowym. Zapewnił nawet, że jego projekt zostanie zaprezentowany jeszcze w lipcu. Polityk stwierdził na antenie, że nie jest to danina antyamerykańska, ale sprawiedliwościowa. Mają ją zapłacić wielkie platformy, które zarabiają na polskich użytkownikach. Będą to nie tylko podmioty z USA, ale też np. z Chin.
Na szczegóły nowego podatku trzeba jeszcze poczekać. Ale już teraz można się zastanawiać nad tym, jak potoczy się proces jego wdrażania. Bo obecny rząd nie jest przecież pierwszym, który obiecuje nałożenie tej daniny. Głośno mówią o niej politycy od prawej do lewej strony sceny politycznej. Czasem któryś poseł czy minister oburzy się na to, że bigtechy są traktowane niczym święte krowy, ale do konkretnych zmian to nie prowadzi. Nie można wykluczać, że tym razem będzie podobnie.
Podatek musi uzyskać szerokie poparcie na scenie politycznej
Zacznijmy do tego, że Krzysztof Gawkowski reprezentuje Lewicę. Czy projekt ustawy uzyska poparcie pozostałych partii tworzących koalicję? Wątpliwości w tym zakresie wyrażali już politycy wchodzący w skład rządu. Sam premier Donald Tusk na początku ubiegłego roku stwierdził, że nowy podatek na firmy technologiczne może być wprowadzony, ale nie musi. Klasyka. Po kilku kwartałach jesteśmy w tym samym miejscu.
Założymy jednak, że koalicjanci dadzą zielone światło. Czy taką ustawę podpisze prezydent? Przecież Karol Nawrocki deklarował, że nie będzie się zgadzał na podwyższanie czy uchwalanie nowych podatków. Jednocześnie polityk ten uchodzi za wielkiego przyjaciela Amerykanów. Będzie mógł przekonywać, że ewentualne wpływy z daniny nie są warte pogarszania relacji z wielkim przyjacielem Polski. I Polaków.
Co na to ambasador Stanów Zjednoczonych?
Ktoś powie: a może Amerykanów niewiele obchodzi, co robią nasi politycy i machną ręką na podatek? W ramach odpowiedzi napiszę, że podczas porannej rozmowy wicepremier Gawkowski poinformował, że na jutro zaplanowane ma spotkanie z Tomem Rosem, ambasadorem USA w Polsce. I mogą na nim paść pytania o podatek cyfrowy. Złośliwi stwierdzą, że to tam, a nie w ławach sejmowych, będą podejmowane decyzje dot. podatku.
Firmy technologiczne płacą u nas grosze
Czy wspomniana danina jest w ogóle potrzebna? W odpowiedzi na to pytanie warto przywołać doniesienia z maja br. Okazało się wówczas, że Facebook w 2025 roku osiągnął w Polsce rekordowe przychody – przekroczyły one 2 mld zł. Spółka Facebook Poland odprowadziła w tym czasie niewiele ponad 11 mln zł. podatku CIT. Szału nie ma. Zwłaszcza, gdy zestawi się to z daninami, jakie płacą rodzime spółki.
InPost, który też pozycjonuje się jako firma technologiczna, miał w ubiegłym roku odprowadzić do państwowej kasy niemal 500 mln zł. Rafał Brzoska podzielił się nawet wyliczeniami, z których wynikało, że Facebook powinien odprowadzić w Polsce 120 mln zł podatku. Różnica jest gigantyczna. A jeśli weźmie się pod uwagę, że podobnie działają też inne firmy, nie tylko amerykańskie, to stanie się jasne, iż budżet jest uszczuplany o miliardy złotych. W skali roku.
Będzie podatek i furtka, która pozwoli go ominąć?
Na podstawie dotychczasowych doświadczeń mógłbym stwierdzić, że podatek cyfrowy nie zostanie wprowadzony. Ale jeden szczegół w wypowiedzi wicepremiera przykuł moją uwagę. Otóż minister Gawkowski zadeklarował, że od daniny będą mogły być odpisane środki przeznczone na inwestycje technologiczne w Polsce. To swoista furtka, która pozwoli rządzącym ogłosić sukces, a jednocześnie sprawi, że budżet wciąż nie będzie zasilany pieniędzmi z portfela bigtechów. Sprytnie.
Pojawią się zapewne głosy przekonujące, że to uczciwe rozwiązanie, bo inwestycje są dla nas dobre. Tu jednak należy zadać ważne pytanie: co to za inwestycje? I komu tak naprawdę one służą? Bo może się okazać, że między Bugiem a Odrą zaczną niczym grzyby po deszczu wyrastać centra danych tzw. sztucznej inteligencji. Sprzeciw wobec inwestycji tego typu narasta w USA czy Europie Zachodniej, ale w Polsce mogą one być przedstawione jako drzwi do XXI wieku.
Efekt może być taki, że giganci postawią u nas liczne data center (może jeszcze dostaną ziemię na preferencyjnych warunkach), zużyją infrastrukturę, obciążą sieć energetyczną i stwierdzą, że podatku płacić już nie muszą. A potem podpiszą z Polakami umowę na udostępnienie im mocy obliczeniowej. Tym razem gra będzie się już toczyć o duże pieniądze…