Tani RAM? To pułapka. Lepiej płacić więcej
Powiedzieć, że ceny RAM są chore, to jak nic nie powiedzieć. Nic więc dziwnego, że ludzie szukają tańszej alternatywy. Rzecz w tym, że w tym samym czasie oszuści szukają jeleni.
Poszukiwacze taniego RAM-u mają trzy opcje: polowanie na promocje w zwykłych sklepach, szukanie używanych modułów oraz udanie się — co prawda wirtualnie, ale jednak — na pełen atrakcji rynek azjatycki. Pierwsza opcja to wciąż drogi RAM, jednak jest w miarę bezpieczna. Dwie kolejne... już niekoniecznie.
Podrobiony RAM to rosnący problem. Nie bądź jeleniem
Oszuści mają liczne metody: mogą wysłać coś mniej cennego niż RAM, na przykład fragment Bursztynowej Komnaty, albo ziemniaka. To jednak prymitywne zagranie. Częściej są to podrobione moduły. Które co prawda mają PCB typowe dla DDR5, za to moduły DRAM na nich to raczej plastikowe modele w skali 1:1. Ewentualnie cała kość to po prostu zaślepka RAM-opodobna na płytę główną, która pełni tę samą funkcję, co keta z tombaku o ogniwach zdolnych zatrzymać szarżującego byka: straszna wiocha, ale ktoś może pomyśleć, że nas stać.
Tu też są dwa podejścia: jedno na nieuchwytnego bezczela, czyli sprzedawanie podróbek i ulatnianie się. Drugie to rżnięcie głupia: tak, mam ten cenny RAM DDR5 i to kilka kartonów. Tak, sprzedaję go za grosze, bo nie wiem, czy działa, a nie mam jak sprawdzić.
I owszem: zdarzają się ludzie, którzy faktycznie mogą mieć kość, lub dwie, ale nie mieć sprawnej płyty głównej, więc sprzedają za grosze, byle się pozbyć. Jeśli ktoś ma jednak kilka kartonów takich pamięci, to ma to tyle samo sensu, co sprzedawanie złota w cenie wyżej wspomnianego tombaku z narracją: tak, mam wiadro złotych obrączek, ale nie wiem, czy są one prawdziwe, a nie chce mi się iść do jubilera, więc sprzedaję po 50 zł sztuka.
Oczywiście, że zawsze znajdzie się ktoś chytry, niczym ta legendarna już Baba z miasta z portem lotniczym. Jednak szansa na to, że ktoś, kto ma towar warty majątek, nie zechce tego majątku zbić, bo trzeba sprawdzić jedną rzecz, są znacznie mniejsze, niż to, że ktoś właśnie nas próbuje oszukać.
Moja rada? Pozostańcie przy promocjach sklepowych. Zapłacicie więcej, ale dostaniecie to, czego oczekiwaliście. Chyba że platforma, z której korzystacie do podejrzanych zakupów, ma system ochrony kupującego. Wtedy już można się pobawić, bo jedyne, co można stracić to czas.