Pogromcy duchów to nie wymysł filmów. Tak to wyglądało w XVII wieku
Nocą za plecy jadącego konno pastora wskoczył duch. Uczeni z XVII w. uznali, że warto to zbadać. Jaki wiek takie "Archiwum X", albo "pogromcy duchów".
Duchy pod lupą Royal Society
Około 1671 roku pastor Symonds z Garsdon w Wiltshire jechał nocą do domu. Nagle za jego plecami wskoczyła zjawa. Jechała obok aż do plebanii, tam zeskoczyła i "gapiła się na niego". Symonds rozpoznał w niej Johna Estcourta, który zmarł dwa lata wcześniej.
W Anglii drugiej połowy XVII wieku uczeni spierali się, czy duchy i czarownice istnieją i jak to udowodnić. Najważniejsze w kraju było założone w 1660 roku Royal Society, instytucja naukowa zrzeszająca grono czołowych uczonych. Jej członek Joseph Glanvill w książce z 1681 roku katalogował przypadki, by dowieść istnienia duchów. Przekonywał, że zaprzeczanie im to zaprzeczanie istnieniu Boga.
Historię Symondsa zapisał John Aubrey z Royal Society w opisie przyrody Wiltshire. Zgadzał się z Glanvillem, że zjawiska nadprzyrodzone zasługują na poważne badanie. Uważał go jednak za nieco łatwowiernego.
Aubrey zaczął pisać w 1656 roku historię naturalną Wiltshire (The Natural History of Wiltshire), czyli opis przyrody regionu. Była to pierwsza angielska próba opisania w ten sposób hrabstwa. W 1691 roku Royal Society skopiowało je do swojej biblioteki. Jest tam sporo realistycznych opisów przyrody, ale mieszają się one z folklorem. Obok smoków wielkości łabędzi rzekomo występujących w Afryce jest tam rozdział "Wypadki", opisujący nawiedzenie Symondsa.
Aubreya uważało się przez długi czas za naiwnego - a taką reputację zdobył głównie przez pryzmat swojej jedynej wydanej książki o niewyjaśnionych zdarzeniach z 1696 roku (ang. tytuł "Miscellanies"). W The Natural History of Wiltshire jego przekaz był jednak klarowny: "Sam nigdy nie widziałem takich rzeczy. Wierzę jednak, że wyjątkowo takie zjawy się zdarzały. Ale na jedną prawdziwą przypada sto zmyślonych."
Opisywał też zdemaskowane oszustwa, na przykład Katherine Waldron udającą zaczarowaną. Celem historii naturalnej było wtedy zbieranie dowodów pod nowe teorie, więc jego metoda pasowała do nauki.
Wobec opowieści Symondsa Aubrey nie był ani bezkrytyczny, ani lekceważący. Pastor był "krzepkim chłopem", więc raczej nie histerykiem. Aubrey przytoczył jednak francuskie powiedzenie, że pijani widują diabły. Zjawę potwierdzał koń pastora, który drżał i pocił się po powrocie do domu i nie chciał jeść owsa. Koń nie mógł skłamać ani się upić, więc jego strach był prawdziwy.
Aubrey zapisał też historię kamerdynera sir Ralpha Bankesa. Jechał nocą przez Badbury Warren w Dorset i dostrzegł coś czarnego, co rosło w miarę zbliżania się. Pomyślał, że ma do stracenia tylko życie. Pognał konia i dojechał na miejsce. Zjawą okazała się stertą końskiego łajna.
W historii Symondsa nie dało się sprawdzić prawdy o zjawie. Zapisano więc świadków i ważono ich zeznania. Kamerdyner sam sprawdził widmo i znalazł łajno. Aubrey do zjawisk naturalnych i nadprzyrodzonych stosował tę samą metodę empiryczną. Polegała na starannym zbieraniu dowodów i sprawdzaniu, czy za ich pomocą dojdzie do tych samych konkluzji. Robił wszystko, aby oprzeć się wyciąganiem pochopnych wniosków. Warto o tym pamiętać w Halloween, gdy dziwne historie zalewają media społecznościowe, ale nie do końca trzymają się kupy.