Google wypuszcza miliony komarów. Są jak zombie
Komary to nie tylko uciążliwość, to też śmiertelne zagrożenie dla milionów ludzi na całym świecie. Dlaczego więc Google wypuszcza w powietrze całe miliony komarów?
Komary roznoszące śmiertelne choroby rozprzestrzeniają się po całym świecie
Komary z inwazyjnego gatunku Aedes aegypti pośrednio odpowiadają za przenoszenie niezwykle groźnych wirusów, takich jak denga, Zika, chikungunya czy żółta febra. Wraz z postępującym globalnym ociepleniem ich zasięg nieustannie rośnie i pojawiają się już w rejonach, w których wcześniej ich nie widywano (m.in. w północnej Europie czy w nowych stanach USA).
Świadomość tej trudnej sytuacji może zastanawiać w kontekście doniesień o rozprzestrzenianiu milionów owadów przez firmę Google. Jednak spokojnie, oni wiedzą, co robią.
Wolbachia, czyli komarza antykoncepcja
Inicjatywa Google'a opiera się na sprytnym wykorzystaniu Wolbachii – bakterii naturalnie występującej u wielu owadów, która jednak nie jest naturalnym nosicielem u gatunku Aedes aegypti. W warunkach laboratoryjnych naukowcy sztucznie wprowadzają bakterię do jaj komarów.
Z wyklutych owadów selekcjonowane są wyłącznie samce, które następnie uwalnia się do środowiska w wielkich chmarach. Co kluczowe z perspektywy mieszkańców – samce nie gryzą ludzi i nie żywią się krwią.
Gdy zmodyfikowane laboratoryjnie samce krzyżują się z dzikimi samicami (pozbawionymi bakterii), dochodzi do zjawiska tzw. niezgodności cytoplazmatycznej. W efekcie jaja składane przez samice ulegają zniszczeniu i nigdy się nie wykluwają.
To już faktycznie działa, ale ma pewną wadę
Pierwsze próby programu w Singapurze przyniosły fenomenalne efekty, obniżając liczbę przypadków dengi o ponad 70% w zaledwie kilka miesięcy od rozpoczęcia wypuszczania owadów. Podobne badania w Brazylii również dowiodły ogromnego spadku transmisji patogenów.
Metoda ma jednak pewną wadę, bowiem Wolbachia nie osiedla się na stałe w dzikiej populacji, co oznacza, że aby utrzymać efekt, trzeba regularnie i kosztownie uwalniać nowe partie samców.
Alternatywą byłoby zastępowanie populacji, gdzie do środowiska wypuszczane są też zarażone samice, które mogą się rozmnażać i przekazywać Wolbachię kolejnym pokoleniom. W tym unikalnym modelu mikroorganizm nie działa już jak antykoncepcja, lecz jak "szczepionka" dla komara. Fizycznie blokuje bowiem zdolność owadów do przenoszenia wirusa dengi na człowieka. Kiedy populacja osiągnie odpowiedni próg nosicielstwa bakterii, metoda staje się samowystarczalna i nie ma już potrzeby dalszego, sztucznego wypuszczania owadów z laboratoriów.
Otwartym pozostaje jednak pytanie, czy aż tak duża ingerencja w lokalny ekosystem nie będzie miało jakichś nieprzewidzianych skutków ubocznych. Naukowcy przy tym uspokajają, że strategia jest niezwykle precyzyjna, ponieważ celuje tylko w jeden wysoce inwazyjny gatunek (A. aegypti), nie zagrażając ani lokalnym ekosystemom, ani naturalnym łańcuchom pokarmowym. Pożyjemy, zobaczymy, tymczasem zaś jak się okazuje Google przetwarza nie tylko nasze zapytania, ale też... no właśnie, komary.