Ważny bank radzi zapiąć pasy. Szykujcie się na wstrząsy w gospodarce

Czy rynek tzw. sztucznej inteligencji to bańka? Zdania w tej kwestii są podzielone. Opinią podzielił się niedawno Bank Rozrachunków Międzynarodowych, który studzi nastroje optymistów. Wstrząs światowej gospodarce mogą zapewnić zarówno sukces, jak i porażka SI.

Maciej Sikorski
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Ważny bank radzi zapiąć pasy. Szykujcie się na wstrząsy w gospodarce

Przywołany przed momentem Bank Rozrachunków Międzynarodowych (Bank for International Settlements, BIS) nie jest instytucją powszechnie kojarzoną, chociaż powstał niemal sto lat temu. Podmiot z siedzibą w Bazylei można określić mianem banku centralnego dla banków centralnych. Dotyczy to także naszego NBP. Mowa zatem o graczu, który ma nie tylko spore rozeznanie w globalnej gospodarce, ale też pełni istotną rolę doradczą w świecie finansów.

Dalsza część tekstu pod wideo

Była bańka dotcomowa, nadciąga bańka SI?

Ostatnio o BIS zrobiło się głośno za sprawą raportu poświęconego rewolucji tzw. sztucznej inteligencji. Jego autorzy przestrzegają przed nadmiernym optymizmem uczestników czy komentatorów rynku. Znowu przywoływane są przykłady z przeszłości, gdy chęć szybkiego i dużego zysku mąciła wzrok i rozum inwestorów. Dobrym przykładem tzw. bańka dotcomowa z przełomu wieków.

Nieograniczone wydatki i ograniczone zasoby

Problemem, na który zwracają uwagę eksperci Banku, są m.in. skala oraz tempo inwestycji. Nakłady są już liczone nie w miliardach, ale w bilionach dolarów. I dotyczy to kilku największych firm (np. Amazon, Google, Microsoft), a nie wszystkich uczestników wyścigu. Pojawia się pytanie, czy te pieniądze uda się odzyskać? Zwłaszcza, że trudno określić w którym miejscu wyścigu obecnie się znajdujemy – meta jest już blisko czy ledwo oddaliliśmy się od startu?

Kolejnym problemem może się okazać ograniczony dostęp do ewentualnej nagrody. Co to oznacza? W branży panuje przekonanie, że zwycięzca tego wyścigu zgarnie wszystko i m.in. dlatego każdy inwestuje tyle, ile może. A nawet więcej. Jeśli to założenie jest prawdziwe, to należy przyjąć, że pokaźna część stawki zostanie… z niczym. Wraca wątek z poprzedniego akapitu: część graczy po prostu przepali fortunę. 

Jednocześnie coraz głośniej mówi się o niedoborach: komponentów, infrastruktury, energii elektrycznej. Klienci muszą się zmagać np. z rosnącymi cenami elektroniki, na co mają przystać, bo pojawi się korzyść w postaci wszechmocnej SI. Pytanie, jaki jest ich próg bólu? I czy ewentualna nagroda rzeczywiście przypadnie im do gustu. Tu dochodzimy do kolejnego problemu: sukces SI niekoniecznie musi oznaczać zwycięstwo ogółu. 

Sukces SI oznacza klęskę nas wszystkich? 

Dla firmy (firm), która wygra ten wyścig, zdobędzie świętego Graala technologii, efekt może być fenomenalny – totalna dominacja w wielu sferach naszego życia. Rewolucja będzie zachodzić w kolejnych branżach, zyski popłyną szerokim strumieniem do wąskiego grona odbiorców. Ludzie okażą się zbędni w wielu sektorach gospodarki. Efekt? Masowe zubożenie. Na kim docelowo ma zarabiać zwycięzca tego wyścigu? 

Rewolucja przepalania fortun

Podkreślę: to jest scenariusz optymistyczny dla uczestników wyścigu. W tym negatywnym wydatki zaczną być analizowane i mocno ograniczane. Więcej zostanie w kieszeni Microsoftu i Google, ale zredukowane zostaną np. przychody i zyski Nvidii. A także Microna czy Samsunga. Tymczasem ten ostatni ma wpakować setki miliardów dolarów w nowe moce produkcyjne, by sprostać popytowi nakręcanemu przez rozwój SI. Co będzie, gdy popyt wyhamuje? 

Prędzej czy później w tym mechanizmie mogą się pojawić zgrzyty. Wszyscy, wbrew temu, co czasem się powtarza, nie mogą być beneficjentami ewentualnej rewolucji. Pytanie brzmi: kto rzeczywiście na tym skorzysta i czy gra będzie warta świeczki. I co czeka tych, którzy nie załapią się na krojenie tortu?