DAJ CYNK
  • Dowcipy i inne zabawne historyjki... :)
Dowcipy i inne zabawne historyjki... :)

Moderator: Moderatorzy

  • Strona 4 z 19
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 19
 #653070  autor: cherry_xD
 07 sie 2013, 08:33
Praktyki... Temat rzeka.

Wiadomo, każdy dopiero zaczyna, każdy chce być postrzegany jako "dobrze rokujący", każdemu marzy się wielka medycyna, zabiegi, uratowane życia. Nikt nie chce być złapany na braku umiejętności, zwłaszcza tak prostej jak założenie wenflonu, wentylacja na maskę czy... pomiar ciśnienia tętniczego.

Przyjechał do nas zasuszony, odwodniony staruszek. Zadanie bojowe dla młodzieży - zbadać dokładnie, zebrać wywiad i zdać relację.
Pół godziny później sprawdzam mojego studenta. Lista chorób pacjenta długa, ale objawy wybadane coś nie pasują do tego, co widzę. Ciśnienie 140/90? Ledwo czuję tętno... Biorę ciśnieniomierz i sprawdzam na własne ucho. I co? Cisza, nic nie słychać. Może coś w okolicach 80, ale to chyba bardziej moja wyobraźnia niż tony. Za to kątem oka widzę, że student robi się ciut purpurowy.

Staruszek dostaje leczenie, ja zabieram narybek do gabinetu i grzecznie pytam, skąd takie ciśnienie? Student robi się purpurowy odrobinę bardziej i patrząc w podłogę przyznaje, że też nie słyszał. Ale było mu wstyd, że nie potrafi zbadać tak prostej rzeczy jak ciśnienie, więc wymyślił wartość, jaka wydała mu się prawdopodobna. Na szczęście tym razem jego kłamstewko nie spowodowało jakichś strasznych konsekwencji.

Ale wiecie co jest piekielne? Nie, nie ten student. Jego opiekun z uczelni. Który (przynajmniej według relacji praktykanta) wyśmiewał, karał i odsuwał od zajęć tych, którym coś nie wyszło w badaniu. Proste, prawda? Nie umiesz? Nie słyszysz? Nie masz wprawy? To ja cię wyrzucam z zajęć, żebyś się nie miał jak nauczyć.

Panu wykładowcy życzymy kontaktu z wychowankami. W roli pacjenta.









Jestem młodym chłopakiem, zaraz po szkole średniej poszedłem na studia - kierunek matematyka, jednak okazały się nietrafione trochę z lenistwa, trochę z tego, że spodziewałem się czegoś innego, nie o tym będę pisał.

Więc po pierwszym zaliczonym semestrze postanowiłem zrezygnować z studiów, odczekać i pójść na coś innego.
W sumie przede mną było kilka miesięcy wolnego, czemu by nie pójść do pracy?

No więc poszedłem do urzędu pracy (na głównym monitorze wielkimi literami jest wyświetlony napis "Witamy w PUPie", całkiem trafiony).
Otóż pomijając fakt, że urzędnicy maja totalny brak szacunku do ludzi którzy tam przychodzą (nie tylko menele i pijacy ale w większości całkiem zadbani ludzie, tyle że bez pracy). No więc drukuję sobie bilecik do kolejki, na którym jest napisany mój numerek - 5 osób przede mną. Myślę - pójdzie szybko. Czekałem jedynie 80 minut (warto zauważyć, że interesanci wychodzili po 5 minutach od wejścia - tzn urzędnicy mieli ok. 10 minut dla siebie po każdej przyjętej osobie).

Od pani urzędniczki dowiedziałem się, że w tym wieku (20 lat, tak 20 lat) bez DOŚWIADCZENIA pracy nie dostanę - mogę co najwyżej starać się o przyjęcie na staż (całe 800 złotych na rękę za normalny 8-godzinny tryb pracy). Pomyślałem spróbuję, co mi tam.

Oczywiście urząd pracy sam nigdy nie wysłał mi oferty, po prostu regularnie go odwiedzałem i sprawdzałem dostępne oferty - jako, że jest to staż urząd pracy na każdy musi dać skierowanie (co jest dość ważne w tej historii).

Kilka rozmów za mną, kilkanaście wysłanych CV - za każdym razem ten sam powód odmowy - przyjęliśmy kogoś z doświadczeniem (tak na boku gratuluję ludziom, którzy maja doświadczenie i idą pracować za 800 złotych - brawo). No tak przecież sama nazwa STAŻ sugeruje, że powinienem mieć doświadczenie w zawodzie.

Kolejna firma, kolejna odmowa, no nic, idę do urzędu po kolejne skierowanie. Dostaję skierowanie na staż, wychodzę z urzędu i tak jak zawsze, dzwonię aby umówić się na rozmowę kwalifikacyjną do firmy i dostaję odpowiedź: "Nie możemy umówić Pana na rozmowę, gdyż nie ma osoby decyzyjnej". Pytam się kiedy będzie? Odpowiedź: "Nie wiem, proszę zadzwonić za tydzień". No więc dzwonię za tydzień, znowu to samo, czekam kolejny tydzień, znowu to samo (to już 3 tydzień). Była to firma logistyczna, czemu jeszcze nie zbankrutowała? Nie wiem.

Idę do urzędu pracy po raz kolejny o tygodniowe przedłużenie skierowania na staż i co się okazuje? Ja zostaje zlinczowany za to, że pracodawca przez 3 tygodnie nie może się umówić na spotkanie, prosta odpowiedź z moich ust "Proszę więc zadzwonić i mnie umówić na rozmowę". Dzwoni więc pracownik urzędu pyta się o datę, odpowiedź: "rozmowa ma być za 3 dni". Myślę sobie fajny pracodawca, jak zadzwoni urzędnik od razu wie co i kiedy.

No nic, za 3 dni idę do firmy na rozmowę i nie zgadniecie: nie wiadomo kiedy jest rozmowa, bo brak osoby decyzyjnej. Ja pier**** cóż za profesjonalizm. Po kolejnym odczekanym tygodniu (to już czwarty tydzień, a ja ciągle się bawię z jedną ofertą pracy) wreszcie idę na rozmowę. Pracodawca mi mówi, że mu narobiłem w urzędzie złej opinii, więc mnie NIE PRZYJMIE (kary ani nic w tym stylu za zwłokę nie musiał płacić, bo on może zwlekać ile chce gdyż jest pracodawcą i daje pracę, a jak ty jesteś bezrobotnym to cię traktują jak szmatę).

Jednak dzień wcześniej dzwoniła do mnie jedna z poprzednich firm, że jednak chętnie mnie zatrudnią, bo zatrudniona osoba się nie sprawdziła. No więc mówię właścicielowi firmy logistycznej, który zwleka miesiąc z rozmową: "proszę podpisać mi papierek, że nie zostanę przyjęty to znajdę inna pracę", odpowiedział mi, że nic z tego, z powodu tego że go ponaglałem on musi jeszcze się zastanowić, więc innej pracy w międzyczasie szukać nie mogę (po prostu był chamski).

No więc idę do urzędu mówię: dzwoniła do mnie jedna z poprzednich firm, chcą mnie zatrudnić, a aktualna (spóźnialska firma) mnie nie zatrudni więc chciałbym dostać skierowanie do tej poprzedniej. A na to mi urzędnik: "Nie mogę dać Panu tam skierowania, bo ma je Pan tutaj". No to zacząłem się kłócić, że jak to? Nie mogę iść na staż bo dostałem skierowanie do jakiejś innej firmy, która się spóźnia ponad miesiąc a i tak mnie nie zatrudni, dostałem odpowiedź "Wszystko jest zgodne z przepisami, więc możesz sobie złożyć skargę". Skończyło się na tym, że złośliwy pracodawca przetrzymał moje skierowanie 2 tygodnie - więc nie mogłem się zatrudnić gdzie indziej, a poprzednia firma uznała, że nie będzie tyle czkać.
Chcę zauważyć, że nie możesz zrezygnować z skierowania które dostałeś z urzędu pracy bo wtedy zostajesz skreślony z listy osób bezrobotnych (nie przysługuje ci ubezpieczenie zdrowotne i nie możesz podjąć stażu przez 3 miesiące).
Przez ponad kolejny miesiąc nie mogłem znaleźć żadnej oferty.

No i tak dzięki urzędowi pracy nie mogłem iść do pracy (na staż), dodatkowo miałem masę nerwów ale również trochę doświadczenia życiowego - o ile można to tak nazwać.
Nigdy nie ufaj urzędnikom, a w urzędzie pokazuj się w ostateczności.

Oczywiście ani urząd pracy, ani pracodawca po mojej złożonej skardze nie ucierpiał w żaden sposób ani finansowy ani kadrowy.

Aktualnie jestem na stażu w firmie zajmującej się instalacją specjalistycznego oprogramowania - chociaż ja głownie siedzę na telefonie. Oczywiście pracy nie znalazł mi urząd pracy, a znalazłem je w ogłoszeniu.

Mam tylko duży żal do urzędu pracy o to, że przez nich zamiast 8 miesięcy pracy, mogę popracować aż 3 (bo później idę na studia).


Jestem człowiekiem, który cały dostępny czas stara się w jakiś sposób wykorzystywać. Nie lubię siedzieć nie robiąc nic.

Za czasów pracy na szpitalnym oddziale ratunkowym, w czasie wolnym (zdarzał się taki czas!), starałem się zawsze wymyślać coś żeby nie umrzeć z nudów. Nie zawsze mogłem komuś pomóc przy pacjentach, więc korzystając np. z obecności dzieci na SORze, wygłupiałem się.
I tak jednego dnia wpadłem na mega pomysł zwinięcia pielęgniarkom czerwonego obrusa, z którego zrobiłem pelerynę. Razem z trzema chłopcami, którzy czekali z rodzicami zacząłem bawić się w superbohaterów. Jednemu nawet przytwierdziłem plastrem szpatułki do rąk, żeby był prawdziwym Wolverinem.

W najlepszym momencie zabawy usłyszałem wrzask. Mamie jednego z chłopców bardzo nie spodobał się czerwony pajac z peleryną...
Najpierw zrobiła awanturę wyzywając mnie od zboczeńców i idiotów, a następnie napisała skargę, że ratownicy (już ratownicy, a nie ratownik) na oddziale zachowują się jak kretyni i zarażają dzieci patologiczną potrzebą wyróżnienia się. Cokolwiek to znaczy.

Nikt nie docenia superbohaterów!



Zainspirowana opowieściami o wszechimperialnej dominacji emerytów i rencistów, korzystających z usług służby zdrowia oraz całkowitym ich przekonaniu o tym, iż młodzi ludzie nie mają prawa chorować, przytaczam moją historię choroby z ostatniego pół roku.

Zacznę od tego, że zimą wypadł mi dysk i to tak niefortunnie, że wyrosła mi w kanale rdzeniowym wielka przepuklina, uciskająca nerw odpowiedzialny za prawą nogę, kanalizację i szeroko pojęte życie seksualne. Gdy odczuwałam już tak silny ból, że chciałam skoczyć z okna oraz wstyd, że 28-latka nie może się samodzielnie ubrać, wylądowałam na sali operacyjnej, a potem na oddziale gdzie średnia wieku wynosiła ze 100 lat. Tam było ok, podobnie jak w poczekalniach u różnego typu lekarzy (neurologa, ortopedy, neurochirurga, rehabilitanta).

Ciekawie zaczęło się na ćwiczeniach rehabilitacyjnych 3 miesiące po operacji. Cykl miesiąca ćwiczeń w grupach, na które trudno się było dostać. W życiu nie czułam się tak niekomfortowo. Pomijając już kłótnie starszych pań, rytmicznie rozszerzających nogi na macie, o przewadze Rydzyka nad Duchem Świętym, brak higieny i obleśnych starych amantów bezczelnie mi się narzucających. Za każdym razem gdy wchodziłam na salę byłam obgadywana, wyzywana od smarkul, symulantek i naciągaczek, jakikolwiek dźwięk bólu przy wykonywaniu ćwiczeń był niezwykle złośliwie komentowany, podobnie jak mój strój, pozycja jaką zajmowałam (mająca świadczyć o moim zawodzie).
Sugerowano że wkręciłam się na zajęcia, bo nie chce mi się zapisać na aerobik żeby schudnąć, bo przecież tak młoda osoba nie może być chora. Nawet widoczna na plecach blizna ich nie przekonała i najtwardsza zawodniczka uparcie twierdziła, że miałam tą słynną aborcję przez plecy, za która pójdę do piekła.

Byłam w szoku, że stado bab po 70-tce potrafi się zachowywać jak niewychowane smarkule w gimnazjum. Instruktorka to lekko zlewała, bo miała na głowie indywidualne przypadki, a ja dotrwałam dzielnie do końca i straciłam wiarę w ludzkie współczucie oraz archetyp miłej starszej pani.



Mieszkam w małej wiosce. Bardzo lubię to miejsce i nie chciałbym mieszkać w dużym mieście. Ale jest jeden problem. Moja chałupka stoi przy żużlowej drodze łączącej moją miejscowość z sąsiednią. Dziennie przejeżdża tamtędy dużo samochodów, bo jest bliżej i szybciej.

Więc proszę sobie wyobrazić jak wygląda pranie wywieszone na suszarce albo jak wygląda świeżo umyty samochód, kiedy jadę do sklepu. Na nowo wszystko jest czarne. Zimą zaspy po kolana, po ulewie koleiny, samochód obłocony, trzeba odpalić traktor i wyciągać sąsiadów lub przejezdnych kiedy ich samochód nie da rady. Ale nie piszę tego, żeby Wam pokazać jaki mój ciężki los ale jaki jest absurd władz wojewódzkich. Już wyjaśniam.

Po dość dużej ulewie na drodze zrobiło się bajorko. Ni jak nie dało się przejechać, a jeżeli już ktoś zaryzykował, to po paru minutach prosił o pomoc mojego ojca żeby wyciągnął ich ciągnikiem. I tak w ciągu dnia z 5 razy. Moja żona robi zdjęcia, pisze do lokalnej gazety z prośbą o interwencje, bo prośby mieszkańców nie są wysłuchiwane. Gazeta się ukazała, a w niej nasz artykuł, za 2 dni zebranie wiejskie. Przyjechał sam wójt. I jakie były jego słowa?
- "Możecie sobie pisać i pisać do gazet, a ja i tak tej drogi nie zrobię".

Może dodam bardzo istotny fakt, że wójt zanim objął stołek mieszkał przy takiej samej drodze co ja. A po pół roku miał asfalt i chodnik.
Więc pytam się, co jeśli mój sąsiad zasłabnie albo moja żona zacznie rodzić a karetka nie przejedzie, bo są koleiny albo zaspy? Czy wójt wtedy za to zapłaci? Sobie potrafił drogę zrobić.




Bezmyślni rodzice.

Przedwczoraj miałam przyjemność być na koncercie. Nie będę wdrażać Was w szczegóły; bilet miałam na tak zwaną strefę golden circle, tuż przy scenie. Kto jeździ na koncerty cięższych brzmień, ten wie, jak to wszystko wygląda i w jakim stanie zazwyczaj wraca się do domu.

Przyznam, że trochę mnie zatkało, gdy obok mnie stanął mężczyzna z dzieckiem na ramionach, tak na oko 5-6 lat* i z żoną czy tam dziewczyną. Jak się okazało - z Polski (koncert był w Czechach). W oczekiwaniu na występujących, wdałam się w krótką rozmowę. Dowiedziałam się, że oni przyjechali, a synka nie mieli za bardzo z kim zostawić, on u babci nie lubi być, to wzięli go ze sobą. Hm...

Już na początku zaczął padać deszcz, który potem zamienił się dosłownie w oberwanie chmury i nawałnicę (ostatnio w tv cały czas trąbią, że powodzie). Mimo to wszyscy się świetnie bawią, pan z żoną też, dzieciak płacze, moknie, co chwilę pić, jeść, siusiu... W króciutkiej przerwie technicznej, zwróciłam panu uwagę, że może lepiej byłoby zmienić miejsce na jakieś bardziej bezpieczne, albo osłonić chłopca swoją kurtką, bo leje jak z cebra. Nie, on sobie poradzi i kim ja w ogóle jestem, że mam mu mówić co ma robić z dzieckiem. No okay, bawimy się dalej, ja odchodzę trochę na bok.
Mniej więcej w połowie koncertu zawartość żołądka dzieciaczka, wylądowała na głowach kilku najbliższych osób stojących przed panem.

Z tego miejsca pragnę podziękować rosłemu Czechowi, który dał panu bardzo dobitnie do zrozumienia co mu zrobi, jeśli zaraz nie uspokoi syna. Tatusiek nie zdążył wdać się w dyskusję, bo panie z "obhaftowanymi" włosami zgłosiły wszystko u ochroniarza, który zainterweniował. I bardzo dobrze.
Oby jak najmniej takich tłumoków, bo psują innym zabawę i przy okazji narażają własne dziecko.

*Może niektórym w głowach się nie będzie mieścić i będą się buntować, że dziecko w tym wieku nie może wejść. Więc uprzedzę. Może, pod warunkiem, że jest pod stałą opieką. Poza tym żadnych innych ograniczeń wiekowych nie było.




Wakacje to i dużo festiwali, i różnych imprez. A co za tym idzie utrudnienia w ruchu ulicznym przez natłok ludzi.

Mieszkam niedaleko miejscowości w której co roku odbywa się Tydzień Ewangelizacyjny, odbywają się tam seminaria biblijne, różne koncerty, zajęcia dla dzieci, itd, wszystko na tle biblijnym, poznawanie Boga. Ogólnie fajna impreza, każdy może przyjść zobaczyć, jak się podoba to dobrze, jak nie to nie, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Jest to na Śląsku, ale zjeżdżają się ludzie z całej Polski.

No i co może być w takiego typu imprezie piekielnego jeżeli większość ludzi to osoby przyjazne dla otoczenia?
Ano to, że jest to organizowane na wsi w której droga główna nie jest jakoś wybitnie szeroka, bez chodników tylko wąskie pobocze. Przyjedzie z 2 tysiące ludzi w jedno małe miejsce i wszyscy chcą iść w tym samym czasie na seminarium, a ty akurat chcesz jechać do pracy. Żeby przejechać z mojej miejscowości do innej, muszę przejechać przez tą, w której akurat jest ta ewangelizacja.

I jak się nie wściekać, jak cała gromada ludzi wejdzie ci na drogę i nie przesunie się ani milimetr, choć widzą nadjeżdżający samochód?! To że oni mają wakacje i nigdzie się im nie spieszy, nie oznacza tego że ludzie mieszkający w okolicy nie mają obowiązków. A przez to, że oni uważają że są świętymi krowami, ja muszę czekać dobre 10 minut żeby przypadkiem kogoś nie rozjechać. A klakson to myślą chyba, że to zachęta aby jeszcze więcej ludzi wyszło na drogę. Szczególnie, że ruch nie jest bardzo duży, więc tak trudno przepuścić jedno auto?

Nie rozumiem także pukania się w głowę kiedy z zawrotną prędkością 5km/h podjeżdżam żeby choć trochę się ruszyć do przodu, a chłopak wlatuje mi pod maskę i wykonuje taki gest?!





Historia 'pypy' skłoniła mnie do napisania swoich przeżyć z Urzędem Pracy.

W wieku 18 lat przerwałam edukację w Technikum z przyczyn osobistych. Podjęłam pracę 'na czarno' gdyż pracodawca nie był skłonny dać mi nawet śmieciówki. Po pół roku walki z wiatrakami zmieniłam pracę. W nowej firmie dostałam pracę na pełny etat, łącznie z umową o pracę i całą resztą dodatków. W między czasie podjęłam się edukacji w trybie zaocznym, bo zawsze chciałam mieć min.wykształcenie średnie. Jednak po 13 miesiącach pracy w firmie zmienili nam treści w umowie, co było mi bardzo nie na rękę, więc podziękowałam firmie za współpracę, nie podpisałam aneksu i zostałam zwolniona.

Z racji tego, że przepracowałam ponad rok, przysługiwał mi zasiłek dla bezrobotnych, więc zarejestrowałam się w PUP. Przez pół roku byłam w urzędzie 3 razy 'podpisać' się. Liczyłam na jakąkolwiek pracę z ich strony, ale propozycji nie było, a pieniądz jeszcze jako taki był. Wizyty wyglądały mniej więcej tak: 'Pani podpisze, dziękuję, do widzenia'. Po okresie zasiłkowym, przy kolejnej wizycie urzędniczka zaproponowała mi extra ofertę pracy. Praca na produkcji, po 12h dziennie za minimalna pensje. Byłoby ok, żadnej pracy się nie boję, lecz pani zostawiła na koniec wisienkę na torcie: praca była 60km od mojego miejsca zamieszkania. Po szybkiej kalkulacji wyszło, że większą część pensji musiałabym wydać na paliwo. Pytam pani jak miałyby wyglądać moje dojazdy (PUP wie że mam prawko, nie wie i nie musi wiedzieć o samochodzie). 'Uprzejma' pani poinformowała mnie, że z miasta powiatowego jeździ autobus o godz 4.30, fajnie tyle że do tego miasta muszę dojechać 20km. Musiałam odmówić takiej wspaniałej ofercie.

Kolejna wizyty wyglądały tak jak te w czasie pobierania zasiłku. Ukończyłam szkołę, pojechałam na kolejna wizytę ze świadectwem w ręku i nadzieją na większe szanse w znalezieniu pracy. I jest! Eureka! Pani ma dla mnie ofertę stażu. W agencji nieruchomości. Wymagania: wykształcenie średnie i dobra obsługa komputera. Czyli wszystko co posiadam. Skierowanie w ręku, za kilka dni rozmowa z pracodawca. Pełna nadziei jadę na spotkanie. Rok bezrobocia dał mi trochę w kość, psychicznie. Pani w agencji miła, rzeczowa, informuje mnie, że wszystko ze mną ok, ale ona chce kogoś z doświadczeniem (moja mina wtf? Doświadczenie na staż?). Pytam więc jakie to doświadczenie na być, pani mówi że najlepiej chciałaby studenta zaocznego uczącego się w kierunku nieruchomości. Pytam więc panią dlaczego wpisała w ofertę min wykształcenie średnie, odpowiedź najbardziej szczera z możliwych - bo panie w urzędzie jej tak kazały, nie miały ofert dla tego rodzaju wykształcenia, więc to był warunek zamieszczenia ogłoszenia. Wróciłam więc do pupu z ciśnieniem i zrobiłam dym.

Ja wszystko rozumiem, statystyki itd. Ale do ku'rwy nędzy, to że jestem bezrobotna, nie znaczy, że można pomiatać moim czasem i pieniędzmi. Mnie było stać na takie wycieczki bez celu, ale co z ludźmi, którzy odmawiają sobie chleba czy obiadu żeby jechać na darmo bo urząd tak chce? Nie ogarniam! Teraz mam pracę na okres próbny i czuje, że na tym się skończy. Czekam na kolejne wku'wy z przybytku dla bezrobotnych.




Słońce, plaża, cieple, wygazowane piwo... jak to się mówi.

Plaża z bardzo małą ilością suchego piachu, mocno ubita. Zgarniam sobie tą niewielką ilość piachu pod głowę. Wtedy poczułam pod palcami patyk wbity na sztorc, to go wyciągam. Ciągnę - nie idzie, kopię i znalazłam, co znalazłam: wbity w plażę zardzewiały gwóźdź ostrzem w górę.

Tu zabrakło mi kulturalnych słów by wyrazić swoje oburzenie i komentarz.

P.S. Plaża nad jeziorem. Gwóźdź (ok 10 cm) wbity w mokry piach (prostopadle!), tak że ok. 2 cm wystaje i jest przysypane tylko suchym piachem.




Dziś wieczorem odwiedziła mnie straż miejska. Sąsiad z dołu poskarżył się na hałas, rzekomo spowodowany przeze mnie. Hałas wywołany tym, że jeżdżę na rowerze treningowym. Dodam, że godzina młoda, było około 20.30. Panów wpuściłam, pokazałam, że rowerek stoi na prymitywnej nieco izolacji wykonanej z wykładziny i kocyka, dość grubego zresztą, złożonego na czworo. Panowie kazali zademonstrować hałas, co z radością zrobiłam, po czym uzyskałam od obu szeroki uśmiech, wywołany zapewne skalą owej „szkody”. Kazali przełożyć mi trening na nieco wcześniejsze godziny, trochę pokręcili nosem na upierdliwość sąsiada. Porozmawiali z moimi dziadkami,z którymi mieszkam, po czym w przyjemnej atmosferze zmyli się.

Średnio piekielne, prawda? Otóż owy sąsiad, niecałe 5 lat temu miał sprawę w sądzie założoną przez moich dziadków. Podstawą było zakłócanie ciszy, hardkorowymi bitami prosto z manieczek ustawionymi na taką skalę, że każdy by ogłuchł. Działo się to w czasie, kiedy moja mama umierała w domu, na łóżku. Ostatnie stadium raka płuc, z przerzutami na mózg, cała w odleżynach, cierpiąca w swojej agonii, kobieta której nie mogliśmy i nie chcieliśmy oddawać do hospicjum. Płakała, krzyczała, kiedy jeszcze była w stanie mówić przeklinała i błagała żebyśmy to ukrócili, bo ona nie może wytrzymać...

W dalszym ciągu mam łzy w oczach kiedy wspominam jak niegodziwi okazali się oni... Wielokrotne prośby z naszej strony skutkowały tylko tym, że żona sąsiada ze śmiechem stwierdziła „co mnie to, ta k*wa ma swoje mieszkanie, nie jest tu zameldowana”. Istotnie, wcześniej wynajmowałyśmy z mamą mieszkanie w tym samym mieście, nieco dalej jednak jako nastolatka nie dałam rady sama zajmować się Mamą i musiałyśmy zamieszkać z dziadkami [mój ojciec również już nie żył]. Miałam wtedy 14 lat. Niedługo potem niestety mojej Mamie nie starczyło sił i odeszła do, mam nadzieję, lepszego miejsca. Im do tej pory zdarza im się puszczać muzę tak głośno, że u nas nie można normalnie porozmawiać. Mimo sprawy w sądzie, mimo próśb moich i dziadka. Ale nikt już się nie uskarża, bo i po co. Nikt nic z tym nie robi, a oni nic nie robią sobie z nas. Denerwuje mnie to, że ci ludzie, mimo iż skrzywdzili moich dziadków, moją mamę i mnie, mimo iż sami są ogromnie trudni we „współżyciu blokowym” potrafią być na tyle bezczelni, by nadal utrudniać innym życie. Babcia ma zaleconą rehabilitację po operacji obu kolan i kręgosłupa, która polega właśnie na jeżdżeniu kilka minut dziennie na rowerku treningowym. Jest osobą niepełnosprawną i zwyczajny rower nie wchodzi w grę. Ja po ciężkiej depresji usiłuje wrócić do osoby, jaką byłam zanim to wszystko się wydarzyło, właśnie poprzez ruch i ostre treningi. Dużo mi się przytyło przez te stany nerwowe.

Nie wiem nawet jak nazwać tę sytuację. Moja babcia prawie się rozpłakała przy straży miejskiej, ze wstydu i upokorzenia. A ja po prostu siedzę i zastanawiam się – jak można być takim chamem?

[ Dodano: 2013-08-07, 08:36 ]
Dwa miesiące temu zadzwonił klient. Chce nowy numer tel, z iPhonem, proponowałam więc plan z internetem. Tłumaczyłam jak dziecku, że to smartfon, że nabije mu koszty związane z transmisją. Nie, on nie jest głupi, on wie. W końcu się zdecydował.

Na pierwszej fakturze koszmar, 3657,12 zł za połączenia z internetem, w dodatku zwykle niewielkie, ale częste. Od razu widać, że to aktualizacje. Klient zadzwonił z przysłowiową "mordą", skargi składał na mnie, na sieć, szkoda, że nie na siebie. Rozmowy odsłuchane, konsultant z działu reklamacji łagodnie wytłumaczył, że przecież Sihaja tłumaczyła, nawet kilka razy, a pan potwierdzał, że umie korzystać bez pakietu internetowego. No ale, anulujemy tę opłatę, proszę włączyć pakiet za 15 zł na miesiąc, żadnych dodatkowych kosztów nie będzie. Ok. Klient przyjął, pakiet włączony.

Za miesiąc kolejne skargi, znowu internet, znowu skarga na konsultanta. Patrzę, pakiet wyłączony, dzwonię, pytam o co kaman.

Okazało się, że pan jednak chciał przyoszczędzić i następnego dnia pakiet wyłączył, myśląc, że uda mu się znowu reklamacyjnie kosztów pozbyć. Niestety, drugi raz nie uznano reklamacji, tym bardziej, że wykorzystanie było dużo większe (pan sobie ściągał filmy - pomyślcie sobie jakie były koszty przy cenie 1 zł za 1 MB bez pakietu).
Faktura na ponad 6 tysięcy została jak jest.
Niestety, na głupotę i cwaniactwo nic nie poradzisz...



Miesiąc temu koleżanka brała ślub. O dziwo - wszystko szło gładko, aczkolwiek organizowane z niejakim pośpiechem, bo co załatwili, to zaraz się waliło. Dali radę, wesele było fajne, większość chyba wybawiła się za wszystkie czasy.

Gdzie piekielność? Pan Wielce Wielmożny Fotograf.
Znaleźli go na targach ślubnych. To, co tam pokazywał, było nawet ciekawe, dobrze zrobione, w oczy nie gryzło. Cena też normalna - ani za wysoka, ani za niska. Nic nie wzbudzało podejrzeń.
Schody zaczęły się dzień przed weselem.

Okazało się, iż WWF (jak go w skrócie nazwę) nie wyrobi się na 13, aby zrobić fotografie w domu. Po opierdzielu - przyjechał z lekkim poślizgiem, wyrobili się wszyscy.
Trochę zdziwiliśmy się, a zwłaszcza siostra Panny Młodej, która też coś tam fotografuje, kiedy WWF wyciągnął swój sprzęt - zwykłą małpkę z wymienną optyką. Pamiętajmy jednak - fotografa nie ocenia się po sprzęcie, tylko po umiejętnościach, także wszyscy nabrali wody w usta. A można było się domyślić tragedii...

W kościele WWF było pełno. Wpierniczał się między ławki, przepychał ludzi, wszędzie właził i skupiał na sobie większą uwagę, niż młodzi. Szczytem jednak było kiedy, podczas przysięgi, wsadził swoje łapsko z aparatem między głowy młodych - nie wiem, żeby zrobić portret księdza? Został delikatnie upomniany, młodzi musieli powtarzać przysięgę w zakrystii.

Na sali nie było lepiej - niemalże wchodził na stoły, dyszał ludziom w karki, zaglądał do talerzy i co chwila rzucał jakieś głupie uwagi. Przy pierwszym tańcu wchodził młodym pod nogi i też nie wiem, dlaczego. Zawsze myślałam, że można stać dalej i zrobić zoom, ale widocznie WWF tego nie wiedział, albo nie pomyślał...

Przez niego też nie udało się tradycyjne łapanie welonu, gdyż stał tak blisko, że dostał nim niechcący w twarz - naprawdę, stanie pół metra za Panną Młodą nie jest najlepszym pomysłem.

Okazało się, że nie ma pomysłu na plener ze Świadkami. Ba! Przyjechał kompletnie nieprzygotowany - nie wiedział, GDZIE TUTAJ MOŻNA ZROBIĆ JAKIEŚ ZDJĘCIA. Świadkowa chciała go odwieść od pomysłu częściowej sesji już tego dnia, że poczekają na plener właściwy. Co na to WWF? "Nie będziecie już wyglądać tak samo, poza tym po co mi świadkowie na sesji, ja Was wozić nie będę".
Skończyło się na tym, że zdjęcia zrobił, w deszczu, na boisku szkolnym. Tragedia. Panna Młoda wróciła w sukni upierniczonej błotem. Prawie się poryczała.

Prawdziwa piekielność zaczyna się teraz.

Przyszedł czas na sesję plenerową. WWF znów nie wiedział, gdzie tutaj można zrobić zdjęcia, więc znów wyszły byle jakie - nad rzeką z ujętym szlamem, znów na boisku szkolnym, na torach kolejowych... Panna Młoda tego nie chciała - ale WWF także zbył ją stwierdzeniem, że musi być gdzieś blisko, bo on jeździł nie będzie.

Po paru tygodniach przyszła zamówiona przez nich fotoksiążka z wesela i sesji. Zdjęcia są nieostre i takie właśnie wydrukowane, a do tego - wrzucone byle jakie pseudo ładne ramki (wiecie - z Diddlami i innymi kwiatkami) z, uwaga, uwaga... znakiem wodnym z adresem strony, z której zostały ściągnięte. Do tego - tu jakiś cudowny rozbłysk na zębie, w oku... Kwintesencja kiczu.
Na płycie - zdjęcia nagrane byle jak, nieposortowane i tu objawia się jego bezczelność - więcej jest zdjęć wydatnych cyców jednej z kuzynek, co to miała sukienkę z głębokim dekoltem, niż Pary Młodej. Dołączony film - zmontowany tragicznie, z urwanymi zdaniami (o ile w ogóle je słychać, bo i mikrofonik ledwo zbierał), trzęsącą się łapą.

Kiedy koleżanka to wszystko zobaczyła, przelała się czara goryczy. Poryczała się i przybiegła do mnie, co ona ma do cholery z tym zrobić?
Jak dla mnie - sprawa prosta. Nie zapłacić. Właściwie to jeszcze można pokusić się o zwrot zaliczki.
Wielce Wielmożny Fotograf nie przyjął dobrze tego, co usłyszał. Bo on zrobił dobrze i tak miało być! Co z tego, że po fakcie ewidentnie widać, iż portfolio zrobił ktoś za niego - mają mu zapłacić i to bez mała 2500zł, bo po namyśle, to on tyle się napracował i na tyle wycenia swoją pracę!
Skończyło się na policji - że młodzi nie chcą zapłacić za wykonaną usługę. Zgłoszenie przyjęte, teraz będą bawić się w sądach.

Tylko szkoda, że właściwie to ŻADNEJ pamiątki ze ślubu nie ma... Pozostały zdjęcia gości a mówię wam, że one są lepsze, niż te wykonane przez Wielce Wielmożnego Fotografa...





Nieładnie cieszyć się z czyjejś śmierci, ale kiedy wczoraj się dowiedziałam, że zmarła jedna z sąsiadek, szczerze się ucieszyłam.

Kiedy kilka miesięcy temu wprowadziłam się do pierwszego własnego mieszkania, byłam przeszczęśliwa. Okolica super, sąsiedzi też super, mieszkanie super - no żyć nie umierać. Trzy miesiące później wprowadziła się do mieszkania pode mną baba. I się zaczęło.

Babka miała około 80 lat. Przez całe życie była lekarką w jakiejś pipidówie, lokalną szychą, która na stare lata przeniosła się do Wrocławia, by być bliżej wnuków oraz życia dużego miasta. Niestety, spaczenie jakieś przez te lata szychowania jej się zrobiło, bowiem ciągle wydawało jej się, że skoro przez cały PRL dostawała szynkę spod lady, to i dzisiaj każdy napotkany śmiertelnik będzie ją całował w rączkę. Albo najlepiej nóżkę.

Szczęściem w nieszczęściu jest jej córka, miła, konkretna kobieta, która ciągle tylko tłumaczyła matkę przed sąsiadami i łagodziła konflikty.

Kobieta w pół roku nastawiła przeciwko sobie wszystkich lokatorów, od starszego małżeństwa z parteru, po dwuletnią dziewczynkę z drugiego piętra. A czym? Ano tym:

1. Ubzdurała sobie, że mieszkanie które ja zajmuję, powinno być dla jej wnusia. Pal licho, że wnusio jest na ostatnim roku studiów w Krakowie i do Wrocławia wracać nie zamierza. Mieszkanie ma być dla niego, zatem mnie trzeba stamtąd wykurzyć. We wszystkie możliwe sposoby:

- Że hałasuję w nocy: w efekcie policja była cztery razy, trzy tylko z upomnieniem, czwarty raz skończył się toczącą się właśnie sprawą w sądzie. Bo raszpla jedna wezwała policję, kiedy pewnej nocy dopadło mnie zatrucie pokarmowe. Przeszkadzała jej spuszczana woda, a kiedy w końcu zasnęłam po kilku godzinach spędzonych w łazience, o 4 w nocy obudzili mnie policjanci. Mało życiowi, mandat chcieli wlepić, którego nie przyjęłam.

- Mam psa - przez pół roku odwiedziły mnie chyba wszystkie TOZy i zakłady w promieniu 50 kilometrów od Wrocławia. Bo rzekomo psa głodzę, biję, zamykam na balkonie niezależnie od pogody. Pies grzeczny, zadbany, nie szczeka, nie brudzi na klatce. Na balkonie siedzi godzinami, bo lubi, czasem gdy było chłodno w mieszkaniu, zamykałam drzwi, w które on drapie kiedy chce wejść. Ale ona ma kota, pies go na pewno zabije, mam się pozbyć psa. Takie żądanie przedstawiła kiedyś, gdy wpadłam na nią na klatce schodowej.

- Przekupstwo: chciała mi dać 50 tysięcy za wyprowadzkę z tego mieszkania. Nie, że ja je sprzedam i jeszcze dostanę 50 tysięcy, tylko po prostu, 50 tysięcy i fora ze dwora. Mieszkanie jest warte około 300, i w sumie dopiero co zaczęłam spłacać na nie kredyt.

2. Jeden z sąsiadów jest po wylewie, ma problemu z poruszaniem. 'Od zawsze' jego żona parkowała ich samochód tuż przy wejściu do klatki. Tak się jakoś przyjęło, sąsiedzi wyrozumiali, nikt mu tego miejsca nie zastawiał, choć nie było oznaczone kopertą. Aż do czasu, kiedy wprowadziła się ona. Bo jej się należy, ona jest stara i chora. I ma siłę, by cały dzień latać po mieście w szpilkach.

3. Innemu sąsiadowi wjechała w drzwi samochodu. Najpierw udawała, że nic się nie stało, później twierdziła że to wina sąsiada, groziła znajomościami, ostatecznie chciała dać sto złotych za naprawę. Czyli wymianę drzwi kierowcy w nowym samochodzie. Skończyło się sprawą sądową.

4. Miała kota. Kota wypuszczała na klatkę schodową, żeby sobie pochodził. Kot srał gdzie chciał, można się było o niego potknąć, jeśli nie daj boże wyszedł przed klatkę, babka oblatywała wszystkie mieszkania szukając winnego, który jej ukochanego kotka naraził na niebezpieczeństwo. Poza tym wspomniana dwulatka, ma silną alergię na koty. Nie pomagały prośby, groźby rodziców, kot cały czas łaził po klatce, a dzieciak prychał i kichał.

5. Na każdym z pięter jest wnęka z miejscami dla rowerów, we wnęce jest też okno. Babsko całe okno zastawiło doniczkami z kwiatami, rowery uniemożliwiały jej dostęp do nich, więc na przemian robiła awantury, albo rysowała ramy czy cięła opony. Na to pomógł dopiero zarządca, który kazał jej te kwiaty usunąć.

6. Wystawiała worek ze śmieciami przed drzwi. I worek sobie stał. Dwa dni, trzy, szczytem było kiedy wystawiła go na korytarz i wyjechała do sanatorium. W końcu ktoś go wyniósł, kiedy smród z klatki zaczął dochodzić do mieszkań.

I zmarła. Zwyczajnie, na zawał. A w mojej klatce ludzie się po prostu ucieszyli



I zaufaj tu ludziom...

Chłopak, 25 lat narobił sporych długów, z których nijak umiał się wyplątać.
Telefony z różnych firm, w których miał długi urywały się już od jakiegoś czasu, w końcu sprawa trafiła w ręce windykacji. Wiadomo – widmo komornika nabrało już na realności.

Mnie i mojemu żal było Maćka. To miły chłopak, którego matkę znamy. Postanowiliśmy popytać wśród znajomych, czy znalazłaby się dla niego praca tu, w Niemczech (wiadomo, zarobek jest inny), żeby chociaż część długu mógł spłacić i w efekcie udało się.

Nasz znajomy, starszy już pan potrzebował kogoś, kto pomógłby jego zięciowi założyć jakąś tam instalację w domu córki, a przy okazji i jemu samemu z pracami w ogrodzie, drobnej pomocy typu 'tu wywierć dziurę, tam inną zaszpachluj', wyjście z psem dwa razy dziennie, zrobienie zakupów, ugotowanie obiadu (Maciek jest z zawodu kucharzem) i takie tam drobiazgi.
Daliśmy Maćkowi znać, że znalazło się być może częściowe rozwiązanie jego problemów.
Fart tym większy, że starszy pan oferował mieszkanie (praktycznie cały dół jego domu z oddzielną kuchnią) wraz z meldunkiem, dostępem do Internetu i innymi takimi. Jeżeli chodzi o wynagrodzenie, za trzy miesiące pracy, Maciek po powrocie miałby spłacony praktycznie cały dług.
Radości nie było końca.

Maciek przyjechał na początku czerwca. Jeszcze przed przyjazdem, solennie obiecywał chęć jak największej pomocy starszemu panu, zapewniał o swojej chęci do pracy, wyrażał wdzięczność do tego stopnia, że po którymś 'bardzo wam dziękuję' zaczęło się nam już powoli aż głupio robić. Schody zaczęły się już przy odbieraniu Maćka z dworca.
Chłopak śmierdział jak gorzelnia. Zapytany (retorycznie) czy coś pił, stwierdził, że tylko jedno piwo, a w zasadzie pół, bo w autobusie wylało mu się ono na koszulkę i stąd ten nieprzyjemny zapach. Oczy mówiły co innego, no ale cóż... Mój z miejsca się wkurzył i już był gotowy kupować chłopakowi bilet powrotny do Polski, ale udało się mnie, naiwnej, przekonać go, że może jest zbyt restrykcyjny i żeby dał mu szansę.

Instalacja została założona dobrze. Być może dlatego, że tym, co najważniejsze zajmował się zięć starszego pana, a Maciek był do pomocy, czyli od 'przynieś, wynieś, pozamiataj', a nie od konkretnej, wymagającej znajomości rzeczy pracy. Jak się później okazało, nie raz trzeba było Maćka szukać po całej posesji, bo akurat dzwoniła jego dziewczyna i on potrzebował 'dłuższej chwili dla nich', a ten zięć to jakiś nienormalny, chyba nie rozumie co to bezbrzeżna tęsknota.

U starszego pana też nie było najlepiej. Dosłownie o wszystko trzeba było Maćka prosić. Kiedy starszy pan wskazywał mu (Maciek mówi jedynie po polsku), że trawa w ogrodzie jest już wysoka i należy ją ściąć, albo że jest sucho i gorąco, wypadałoby ją podlać, Maciek albo wykonywał swoją pracę powolnie z telefonem komórkowym w jednej ręce, albo mówił 'Morgen, morgen!', co miało oznaczać, że zrobi to jutro. Z chęci do pracy, jaką miał przed przyjazdem nie zostało nic.
Z psem, który nauczony jest wychodzenia na spacer o regularnych porach, wychodził kiedy Maćkowi się zachciało, albo i nie wychodził, jak mu się nie chciało, a spacer trwał jakieś 20 minut, podczas gdy pies, owczarek niemiecki, przyzwyczajony był do godzinnego spaceru i atrakcji typu rzucanie aportu, czego się Maćkowi robić nie chciało.

Obiady – temat rzeka. Starszy pan po zawale, który miał miejsce w zeszłym roku, odżywia się zdrowo. Maciek, ze względu na to, że nie miał nigdy czasu ani ochoty 'stać przy garach' (tak to określił – kucharz!), serwował co drugi dzień frytki z gotowymi klopsami, które się po prostu wrzuca do rozgrzanego oleju i ewentualnie skroił jakiegoś ogórka, albo wrzucał do piekarnika mrożoną pizzę. Rzadkością była jakaś zupa, nie mówiąc już o pełnowartościowym, zdrowym obiedzie. W efekcie starszy pan gotował sobie oddzielnie, jak miał w zwyczaju dotychczas.

Zakupy były robione raz w tygodniu. To akurat było Maćkowi na rękę, wszak wsiadał w samochód i na cały tydzień był z tym przecież spokój (poza pieczywem oczywiście, ale piekarnia jest nieopodal). Dostawał pieniądze i listę, co ma kupić. Poza gotowym jedzeniem typu mrożone frytki, pizze, lasagne, spaghetti, które jadał sam, miał kupować też produkty, które odpowiadają starszemu panu i coś na śniadanie i kolację. Kwota, którą wydawał, była czterokrotnie wyższa od tej, jaką starszy pan zwykł wydawać na siebie samego. Maciek kupował sobie oczywiście wszystko, co najdroższe, bo w jego mniemaniu to było właśnie najlepsze. No i raz na tydzień musiał mieć całą skrzynkę piwa dla siebie, 'bo jak to, u Szwabów być i piwa się dobrego, bawarskiego nie napić?!'. Starszy pan nie pije alkoholu wcale.

W pewnym momencie, a konkretnie w zeszły piątek, starszy pan (jak mniemam w obliczu niemal rozpaczy) zadzwonił do nas (DOPIERO! Czyli po prawie dwóch miesiącach pobytu Maćka), że on nas BARDZO PRZEPRASZA, ale że nie może chłopakowi dłużej pomagać.
My na początku nie wiedzieliśmy o co chodzi. Dopiero podczas rozmowy telefonicznej, starszy opowiedział nam jak to wszystko wygląda i że on w zasadzie lepiej i oszczędniej radził sobie sam, niż z pomocą Maćka, który robi o wszystko łaskę i w ogóle nie robi tego, po co przyjechał. Miarkę cierpliwości przelała sytuacja, kiedy starszy pan zastał pijanego Maćka, który próbował rąbać drewno (ciekawe po co, w lipcu?). Suma summarum wyszło na to, że chłopak potraktował swoją i tak lekką pracę jak wakacje zagraniczne, za które ktoś mu jeszcze płaci.
Mnie zrobiło się wstyd, w Lubym zagotowało się nie na żarty. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam go tak zażenowanego i wściekłego w jednym. Bądź co bądź, poręczyliśmy za niego.

Maciek dostał swoje 'ciężko zarobione' pieniądze, starczą na większą część długu i wrócił do Polski.
Ja nie chcę go nigdy więcej widzieć.

Jako wisienkę na torcie powiem tylko, że Maciek rozgoryczony stwierdził, że tym Szwabom to się w dupach poprzewracało. A jemu było wolno zachowywać się tak jak chciał i tak, jak się zachowywał, bo za czasów wojny Niemcy nakradli, to on teraz sobie na starym Niemcu poużywa za wszystkich.

Trzęsie mną do teraz.





Natchniona http://piekielni.pl/52710, postanowiłam opisać tegoroczną kolonię zuchową, na której byłam opiekunem męskiej szóstki (z braku męskiej kadry i po wcześniejszym poinformowaniu rodziców).

Był sobie chłopiec, powiedzmy Michaś. Michaś przyszedł do mnie drugiego dnia kolonii i stremowanym głosikiem wyszeptał "druhno, bo ja nie zdążyłem" - cóż, zdarza się, kazałam wziąć ręcznik, mydło, czyste majtki, spodenki i heja pod prysznic. Dziecko umyte, ubranka przeprane, ja się zastanawiam co jest powodem (bezglutenowiec - nie wiedziałam jakie ma objawy alergii, więc obwiniałam siebie, że nie dopilnowałam).

Dzień następny - sytuacja podobna. Czwartego dnia zadzwoniłam do rodziców, żeby zapytać, co się dzieje i czy zdarzało się w domu (po drugim razie dieta była przestrzegana jeszcze bardziej restrykcyjnie niż wcześniej) - odpowiedź - nie, skąd, nigdy! Znaczy kiedyś w przedszkolu raz, ale przecież on do drugiej klasy idzie, a od tamtej pory nic.

Sytuacja trwała, codziennie lub co drugi dzień to samo - czyste ubranka - prysznic - pranie. Po dwóch tygodniach spytałam się Michasia, gdy był pod prysznicem, czy w domu też tak często nie zdąża - odpowiedź zwaliła mnie z nóg - "tak, druhno".
Czemu rodzice nic nie powiedzieli? Czemu nie wpisali w kartę albo nie odpowiedzieli mi szczerze na pytanie przez telefon? Nie zawsze byłam w pobliżu, czasem dzieciaki robiły coś same (np. grały w piłkę, czy były na zajęciach w drużynach harcerskich, kiedy nasza kadra miała odprawy/spotkania programowe) - wtedy inne zuchy czuły zapach i wytykały Michasia palcami. Warto było?

Od razu wyjaśnię - była nas szóstka kadry, ale Michaś to dziecko nieufne i zamknięte w sobie, i ciężko mu podejść do kogoś, kogo słabo zna (byłam jedyną osobą kadry z jego gromady, więc jedyną osobą kadry, którą znał wcześniej) - a jak każdy, czasem musiałam iść pod prysznic, źle się czułam i nie było mnie w podobozie, czy leciałam do sklepu po rzeczy na zajęcia. Zostawiałam dzieci pod opieką innego opiekuna, ale Michaś do nikogo innego nie podchodził.




Dorabiam sobie pracując na nocnych zmianach w sklepie monopolowym (w godzinach 19.00 - 07.00). Chwilę po 20.00 do sklepu wchodzi [Ch]łopiec. Na oko 12 lat.

-[Ch] Dobry wieczór, poproszę Okocim mocne w butelce. Najlepiej zimne.
-[J] Przepraszam, ale nie mogę ci sprzedać piwa.
-[Ch] A dlaczego? Mój dziadek zawsze tutaj kupuje.
-[J] Ale twój dziadek jest pełnoletni.
-[Ch] Ale to dla niego jest to piwo.
-[J] Przykro mi, ale nie.


Za jakieś 10 minut przyjeżdża... tak, [D]ziadek.

-[D] Witam. Dlaczego pan nie sprzedał mojemu wnukowi piwa?
-[J] Przecież pański wnuk ma góra 12 lat!
-[D] To co. Przecież to miało być dla mnie piwo.
-[J] Ale polskie prawo zabrania sprzedaży alkoholu osobom nieletnim.
-[D] Panie! Przepisy są po to, żeby je łamać. Da pan to mocne!

Spotkałem się z różnymi przypadkami, ale żeby dziecko do monopolowego przysyłać?






ewna dziewczyna związała się z chłopakiem. Po 3 miesiącach znajomości była już pewna, że to ten jedyny. Wspólne zamieszkanie, "wspólny" kredyt, zaręczyny... a żeby jeszcze bardziej scementować związek wzięli sobie szczeniaczka. Taki substytut dziecka.

Oboje pracowali sporo, często nikogo nie było w domu przez kilkanaście godzin. Nie pomyśleli o wzięciu urlopu, aby pieska wychować i uspokoić.

Szczeniak (naprawdę maleństwo) oczywiście załatwiał się gdzie popadło z potrzeby i ze strachu, gryzł meble i tapety, a po powrocie państwa do domu dostawał wciry. Państwo psa "dyscyplinowali", potem brali na krótki spacerek, wracali i zasiadali każde do swojego kompa lub przed TV, bo w końcu kredyt wzięty, sprzęt kupiony i związek trzeba scementować wspólnie grając na konsoli.
Piesek smutny snuł się pod nogami i przeszkadzał w używaniu Kinecta, na dodatek dalej się załatwiał i drapał ściany.
Rozwiązanie? Wzięli drugiego szczeniaka.

Zdarzyło się w końcu, że chłopak miłość swojego życia porzucił, a psy zabrał ze sobą. Ona została sama z telewizorem, konsolą, laptopem i dwoma "pracami" po 3/4 etatu, aby to wszystko utrzymać.

Smutno jej jednak było tak wracać codziennie po 23 do pustej kawalerki i o 7 rano znów wychodzić.
Rozwiązanie?
Zgadliście. Szczeniaczek.

Jej reakcja, gdy zwróciłam jej uwagę, że gotuje kolejnemu pieskowi piekło? "Jestem dorosła i wiem, co robię". Ta...







W tamtym roku moja siostra pojechała na kwaterkę nad morze (jedzie tam jako pomoc, czyli obiera ziemniaki, zamiata schody, umyje toaletę itp., a w zamian oni za darmo jej dadzą przejazd autobusem, wyżywienie i nocleg).

Razem z nią było jeszcze dużo znajomych na takich samych zasadach i jedna taka nowa dziewczyna, która myślała że przez cały pobyt zamiecie raz stołówkę i będzie mogła na cały dzień iść nad morze się poopalać. Widać było, że dziewczyna w domu nic nie robi, tylko siedzi przed telewizorem i leniuchuje.

Pewnego dnia przełożona kazała jej umyć sedesy.
Po kilku chwilach dziewczyna przychodzi do kierowniczki i pyta się czy może iść na plażę (5 minut drogi), bo skończyła. To ok. poszła. Po 30 minutach kierowniczka przychodzi z pielęgniarką do kwaterki i się pyta mojej siostry i innych osób.
(K)- Kwaterka (P)- Przełożona

(P)- Kto czyścił kible?
(K)- Ilona (ta dziewczyna), przecież pani jej kazała.
(P)- Gdzie ona jest? Wróciła już z plaży?
(K)- Jeszcze nie, poszła z przyjaciółką.
(P)- Kto ma do niej numer telefonu?
Wtedy odzywa się jakiś chłopak że ma i że już zaraz zadzwoni.

Po 10 minutach były oby dwie dziewczyny.
(I)- Ilona (P)- przełożona

(P) - Ilona, ty myłaś toalety?
(I) - Tak, a czy coś się stało?
(P) - Zapraszam do mnie, to sobie pogadamy!!!

Jak się później okazało Ilona polała domestosem całą klapę i jakiś dzieciak siadł na to i dostał poparzenia chyba trzeciego stopnia.
Ilona dostała opieprz i wyjechała do domu na własny koszt.






Jadę sobie na zakupy. Przede mną jedzie Renault Kangoo. Nic szczególnego - prędkość ~70, spokojna jazda. Nagle samochód zjeżdża na środek, następnie na prawe pobocze, prawie lądując w rowie, po czym zatrzymuje się tak jakby po skosie. Ja awaryjne, wyskakuję z auta "pewnie coś się stało". Idę do gościa, głowa spuszczona w dół, myślę - zasłabł, trza ratować. Podchodzę bliżej, a kierowca przegląda faktury. Cały stos na kolanach i czegoś szuka. Podszedłem, to zapytam:

- (pukam w szybę, kierowca odsuwa) Wszystko w porządku?
- Tak, dlaczego pan pyta?
- Bo jeździ pan od krawężnika do krawężnika po całej drodze.
- Eee, zagapiłem się tylko na jedną fakturę.

No tak. Ale co by było, gdyby ktoś szedł poboczem? Jakby coś jechało z naprzeciwka? O tym szanowny nie pomyślał.




Mieszkam na blokowisku. Otóż przy wejściach do każdej z bram, obok domofonów przymocowane są pojemniki na reklamy z widocznym napisem do czego służą. Od dłuższego czasu w takowym pojemniku przed moją bramą zaczynam widywać oprócz makulatury różne śmieci od wypalonych papierosów po puszki czy też odpady organiczne. Jeśli już sięgasz po reklamę nie chcesz jej dostać utytłanej w czymś.

Któregoś dnia, wracając ze sklepu z zamiarem udania się do mieszkania, widzę pewnego pana pozbywającego się szklanej butelki. Nie trudno zgadnąć, że włożył ją między stertę gazet mając parę metrów za sobą kontener na szkło. Na moją prośbę o przeniesienie jej, w akcie oburzenia rzucił butelkę, która rozbiła się obok moich nóg...
A wystarczyło przejść kilka metrów by udać się do kontenera...

[ Dodano: 2013-08-07, 19:14 ]
Pamiętajcie, alkohol nad wodą prowadzi do nieszczęść.

Mój kolega wraz ze swoimi znajomymi wybrał się pewnego dnia nad staw. Rozłożyli ręczniki i leżeli cały dzień grając w karty, rzucając ringo i sącząc piwa.

Staw jest spory, ale nie jakiś wielki, kolega ten, który w liceum trenował pływanie, nie raz przepływał go wpław. Przy stawie nie ma ratowników.

Po kilku godzinach miłej zabawy, usłyszeli krzyk. Mniej więcej na środku stawu jakiś mężczyzna zaczął się topić. Kolega niewiele myśląc rzucił się do pomocy, a że akurat opalali się przy molo, do którego przywiązany był kajak, to odciął go i popłynął nim do mężczyzny, by być szybciej. Gdy dopłynął z kajaka wyskoczył i już wpław wyciągnął faceta na brzeg. Mężczyźnie nic wielkiego się nie stało, jak się okazało złapał go skurcz i trochę spanikował, ale ostatecznie napił się tylko trochę wody.

Jednak w międzyczasie ktoś zadzwonił po pogotowie, a wraz z pogotowiem przyjechała policja. I stało się nieszczęście. Po badaniu alkomatem okazało się, że tonący był trzeźwy, ale kolega miał w wydychanym powietrzu niecałe pół promila alkoholu. Panowie policjanci stwierdzili, że koledze należy się mandat za pływanie kajakiem pod wpływem alkoholu, ale nie dostanie go, gdyż sprawa zostanie skierowana do sądu, ponieważ jako, że był pod wpływem alkoholu dojdzie zarzut narażenia na niebezpieczeństwo (tonącego) oraz... kradzieży kajaka.

Finał: „Sąd po rozpoznaniu sprawy uniewinnia oskarżonego od zarzucanych mu czynów, a kosztami postępowania obciążą skarb państwa.” – I wiesz, że państwo dobrze wydaje pieniądze z Twoich podatków.





Treść będzie o pewnej polskiej sieci sklepów ARHELAN - wszystko zasłyszane od dwóch pracujących tam kasjerek, z dwóch różnych sklepów.
Pomijam piekielne fakty z ich relacji z klientami, raczej będzie mowa o piekielnym kierownictwie. W większości tych sklepów jest kierownik i zastępca kierownika. Jak łatwo się domyślić, dwie osoby pracujące ze sobą kilka lat na takich stanowiskach, wspólnie obmyślają plany jak gnębić i okradać swoich podwładnych.

1. Okradanie z premii. Jedna z dziewczyn dostawała o wiele niższą premię niż pozostałe koleżanki lub nie dostawała wcale, ponieważ kierowniczki twierdziły, że jej się nie należy ("jest mało produktywna"), chociaż pracowała jak inne. Pojechała więc z tą sprawą do biura, które mieści się kilkanaście kilometrów od "jej" sklepu. Tam jedna z pań pokazała jej rozpiskę wszystkich przyznanych jej premii. Okazało się, że do biura wysyłana była rozpiska przyznanych pracownicom premii, która w rzeczywistości całkowicie odbiegała od tych, które były przyznawane. Więc gdzie reszta pieniędzy? U szanownych pań kierowniczek w kieszeni. Sprawa rozeszła się na cały sklep, biuro odwiedziło jeszcze kilka innych osób z podobnymi rezultatami. Koniec końców premie nagle, szczęśliwie wzrosły i co jakiś czas dziewczyny kontrolują to w biurze.

2. "Jak ci się nie podoba praca to wypier*****, na twoje miejsce czeka 1000 innych osób".

3. Oszukiwanie na dniach urlopowych. Wykorzystałaś 17 dni urlopu i więcej ci się nie należy. Dlaczego? Dlatego, że panie kierowniczki same podrabiają dokumenty typu wniosek o urlop, podpisują się za pracownika i w ten sposób skracają nieświadomej osobie urlop o kilka dni (a nuż się nie zorientuje). Sprawa jest dosyć poważna, jedna z dziewczyn zagroziła skierowaniem sprawy do sądu (podrabianie dokumentów - wniosek o urlop jest dokumentem kadrowym). Sprawa jednak nie znalazła się przed wymiarem sprawiedliwości, ponieważ obie strony doszły do porozumienia i dziewczyna dostała gratisowo 4 dni wolnego.

4. To woła o pomstę do niebios. Szefostwo wymyśliło sobie fundację, mającą na celu pomoc domom starców w okolicy. Cel szczytny, o ile byłby prawdziwy. W związku z akcją przeprowadzoną przez szefostwo i ich fundację, w tej sieci sklepów przez kilka dni stały pudełka/kosze na produkty żywnościowe i chemię, które miały być później przekazane jednemu z domów starców. Jakież było zdziwienie, kiedy po skończonej akcji produkty z tych pudełek trafiały z powrotem na półki sklepowe. Trzeba sobie zwiększyć obroty naiwnością klientów...

5. Kontrole z Sanepidu wyglądają w ten sposób: przychodzi pewna pani, krąży po sklepie, znajduje jakiś zgniły owoc i idzie do kierowniczki sklepu... na kawę i ploteczki. Pomimo wielu, bardzo wielu uchybień, do których pani z Sanepidu mogłaby się przyczepić, sklepu nigdy nie dostają kary. Łapówki?

Piszę o tym tutaj, bo wiem, że sieć rozwija się w zastraszającym tempie i pewnie w ciągu kilkunastu lat, będzie znana w całej Polsce. Do tej pory ma 58 sklepów i ciągle się rozwijają.

Nie polecam.







racowałem kiedyś w sklepie komputerowym. W sumie to było coś w rodzaju sklepu i serwisu. Miałem tam z kolegami taki warsztacik, gdzie składaliśmy komputery, ludzie kupowali, wszystko było OK.

Pewnego dnia przyszedł do nas pan. Zaczął rozglądać się po sklepie, popytał, zdawało się, że zna się na rzeczy. Okazało się, że kupuje komputer dla syna, myślał o takim "składaku". Wymyślił jakie tam chce podzespoły itp. Nie wspomniał nic o zainstalowaniu systemu.

[JA] - A system jaki pan chce?
[Pan] - A żadnego, ja tam sobie wszystko sam zrobię.

Myślę ok, klient nasz pan.

Zaczęliśmy z kolegą składać, wszystko poszło dość sprawnie, dwa dni później pan dostał komputer. Byłaby to kolejna udana transakcja, gdyby nie to, że po godzinie pan wrócił do nas. Nie aby podziękować, nie aby dopytać. Pan przybył by wypie****ić komputerem o ladę, a następnie z krzykiem oznajmić, że jesteśmy wszyscy dziećmi kobiet lekkich obyczajów i takie tam. Uspokoiłem go (kolega był na papierosie) i kazałem wytłumaczyć o co chodzi.

[P] - Bo włącza syn komputer, klika, klika i nie działa! [w tym momencie pominę falę nieprzyzwoitych określeń] Chce zwrotu kasy.

Pomyślałem logicznie - gość nie chciał systemu, może w tym problem.

[J] - A system pan instalował?

[P] - A po co mnie to, tu o gry chodzi, a nie o jakieś systemy i inne badziewie!

[J] - Proszę pana, system jest niezbędny....

[P]-Sam jesteś ku*wa niezbędny! Nie naciągniesz mnie na kasę! Ma działać!

[J] - Niech mi pan da dojść do słowa. Proponowałem panu system jak pan zamawiał ten komputer. Stwierdził pan, że sam sobie to zrobi.

[P] - Bo ja tego nie potrzebuję! Jesteś kłamliwym sku****lem, biednego człowieka na pieniądze naciągasz! Dawaj mi tu frajerze kierownika!

W tym momencie tylnymi drzwiami wszedł [K]olega (ten co był na papierosie). Prawie dwa metry, 90 kg, wygląda groźnie.

[K] - Ja jestem kierownikiem. W czymś pomóc?

Facecik skurczył się na jego widok, krzyczeć przestał i wręcz wyszeptał:

[P] - No wie pan, bo ja chciałem o system prosić...

Został na miejscu jak mu go instalowałem, co chwilę nerwowo oglądał się na kolegę. Zapłacił i pospiesznie wyszedł.

Jednak dobrze jest pracować z kierownikiem :)




Wczoraj wybrałam się na zakupy z przyjaciółką do pobliskiej Galerii. Na pierwszy ogień wzięłyśmy Empik. Akurat była wyprzedaż na wszelkiego rodzaju cacuszka: słuchawki, lampki, kubki etc. Akurat tym pierwszym byłam zainteresowana, bo i cena niska (raptem 4,90) a i zapotrzebowanie było.
Więc wybrałam jedne i biegiem do kasy. Sprzedawca miły, paragon wciśnięty niedbale do kieszeni, wychodzimy.

Ucieszona nowym zakupem od razu rozpakowałam urządzenie, podłączyłam do telefonu i sprawdzam. Okazuje się że jedna z nich nie działa. Po chwili wahania decyduję się na reklamacje. Pięć złotych bez dziesięciu groszy nie majątek, ale muzyki na tym nie posłucham, a paragon w kieszeni. Zawracam więc, załatwiam sprawę, ten sam sprzedawca podaje mi kolejne opakowanie z tego typu przecenionymi słuchawkami, prosi żebym sprawdziła czy sprawne. Sytuacja się powtarza: jedna ze słuchawek milczy jak zaklęta. Kasjer stwierdza, że nie ma sensu iść po trzecią parę, zwraca mi pieniądze, wszystko cacy, bez niepotrzebnych komplikacji.

W czym więc piekielność?
Ano w tym, że słuchawki zostały pieczołowicie włożone z powrotem do pudełka, zaklejone kawałkiem taśmy żeby wyglądały na nieotwierane, po czym odwieszone na półkę, z której zostały wcześniej zdjęte.
Nie ma to jak robić ludzi w konia.






Jestem osobą dziwną. Nie słodzę herbaty, nie solę frytek i nie używam wszelkich "sosów do wszystkiego". Ponieważ pracownicy barów fastfood mają z tym wyraźny problem, raczej unikam podobnych przybytków (poza jednym gdzie przynajmniej widzę co mi wkładają do kanapki, chociaż też się dziwią dlaczego ja nie chcę sosu). Ale w rejonie górskim nie można zbytnio wybrzydzać, człowiek zmęczony i głodny, a miejsc w których można coś zjeść niewiele. Idziemy więc do "rejonu gastronomicznego" ulokowanego na trasie pewnej atrakcji turystycznej niedaleko Zakopanego.

Proszę o zapiekankę (sprzeczne ze wszelkimi moimi założeniami żywieniowymi ale czasami można), BEZ SOSU. Ketchup pani chce? Nie, proszę bez sosu. Majonez? Sos czosnkowy? Inne? Proszę BEZ SOSU. Pani pokiwała głową, idzie przygotować zapiekankę. Dostaję zapiekankę... z ketchupem, majonezem, sosem czosnkowym i czymś jeszcze. Komentarz pani - sos jest obowiązkowy, skoro nie podałam jaki chcę, to pani uznała że da mi wszystkie.

Czuję się jak u Barei - "Kawa i Wuzetka są obowiązkowe dla każdego, bijemy się o złotą patelnię!".







Tym razem nie o sklepie komputerowym, a o powrocie z niego.

Wracałem z pracy piechotą, szczególnie że była ładna pogoda, niedaleko mam do domu. Przy okazji zrobiłem drobne zakupy. Wkraczałem już na osiedle i cieszyłem się na myśl o pysznym obiadku i poobiedniej drzemce. Nagle podbiegł do mnie jakiś szczyl, wyrwał reklamówkę, którą niosłem w ręce i gdzieś zwiał. Nawet go nie goniłem, bo w środku miałem paczkę papieru toaletowego, żel pod prysznic i farbę do włosów dla żony.

No nic, gówniarz mi dzionek zepsuł, właśnie myślałem czy dać sobie spokój czy wrócić do sklepu po nowe zakupy, gdy z pobliskich krzaków podszedł do mnie ten szczyl i z pyskiem do mnie:

[SZ] - Co ty ku**a gościu za g**no kupujesz?!

[J] - ... [seria przemyśleń i próba zrozumienie o co chodzi]

[SZ] - No się pytam, na ch*j mi takie badziewie! Trzymaj to [wcisnął mi w rękę moją reklamówkę] i spie****aj z takimi łupami!

I poszedł.

Miałem być smutny, bo trafiłem na takiego kretyna czy szczęśliwy że odzyskałem zakupy?





Długo zastanawiałam się, czy to tutaj napisać. Wiadomo przecież, że nie należy mierzyć wszystkich jedną miarą. Ale fakty pozostają faktami, więc historię przytaczam.

Znajoma pracowała swego czasu w sklepie spożywczo-monopolowym, oddalonym jakieś 100 metrów od dworca PKP. Ze względu na lokalizację codziennie przewijały się tam setki podróżnych oraz naprawdę wielu bezdomnych. Łatwo się domyślić, że w takim układzie często zdarzało się, że ktoś prosił o coś do jedzenia. No właśnie: nie o pieniądze, a o coś do jedzenia. Mało kto był w stanie odmówić takiej prośbie, bo jeśli ktoś prosi nas o chleb, to chyba naprawdę jest głodny.

Finał jest nad wyraz zaskakujący. Co bezdomni robili z zakupionymi produktami? Gdy tylko ich darczyńca oddalił się dostatecznie, ci wracali do sklepu i próbowali towar zwrócić, ewentualnie odsprzedać innym klientom.

A co później? "Pani da wino lipowe".





Historia "szpitalna" dotycząca piekielności sytuacji. Wczoraj (wtorek, 30 lipca) przytrafił mi się wypadek przy pracy. Kawałek drewna, które ciąłem piłą tarczową, wystrzelił w powietrze i uderzył mnie z impetem w brodę. Lekko zamroczony, z zakrwawionymi ustami, pobiegłem do domu, by jakoś się "ogarnąć". Wszystkie zęby na miejscu, kości wydają się całe, rana jednak paskudnie krwawi. Decyzja: jedziemy do szpitala.

Po odstaniu swojego w kolejce (akurat przywieźli kogoś z wypadku samochodowego), zostałem przyjęty przez chirurga. Diagnoza: otwarta rana brody i poważne stłuczenie przedsionka jamy ustnej, wymagające szycia. Lekarz stwierdził, że nie podejmie się zabiegu, ponieważ nie ma doświadczenia z takimi urazami i mógłby coś zepsuć. Powiedział, że musi zająć się mną chirurg szczękowy. Lekarz i jego asystent zaczęli szukać szpitali, które posiadają oddział chirurgii szczękowej, gdyż nie było takiego na miejscu.
W tym momencie historia zrobiła się mocno piekielna.

W najbliższym szpitalu, w mieście oddalonym o ok. 30 km, akurat trwał remont i nie mogli przyjmować pacjentów. W drugim, w tym samym mieście, dwa miesiące wcześniej zlikwidowano oddział szczękowy, nie informując o tym jednak na stronie placówki, więc rozmowa telefoniczna nic nie dała. W dwóch szpitalach w innym mieście kilkakrotnie nikt nie odbierał. Szpitalny koordynator także nie okazał się pomocny - "ja nic nie wiem". Dopiero gdy moja ciotka zadzwoniła do szpitala oddalonego o ok. 2h drogi i wykorzystała swoje znajomości, okazało się, że zostanę przyjęty. Najlepiej skwitował to miejscowy chirurg: "Co by pan załatwił bez znajomości..." Teraz pozostał jedynie dojazd na miejsce.

Na szczęście zostałem przyjęty bez problemów, ranę szybko zszyto i opatrzono. Noc spędziłem na oddziale, dzisiaj dodatkowo okazało się, że dwa zęby trochę się ruszają i muszą zostać unieruchomione za pomocą drutu. W szpitalu muszę zostać do końca tygodnia.






Słowo wstępu. Jak już pisałem, pracuję na nocki w sklepie monopolowym. Wziąłem sobie dwa dni, a raczej noce wolnego. Żeby się wyspać. Mój dom znajduję się w pobliżu remizy OSP i bardzo blisko drogi.

Noc z poniedziałku na wtorek, godzina 02.40. Obudził mnie pisk opon i trzask. Mercedes Sprinter uderzył w znak drogowy. Na prostej drodze. Jak się okazało później, znajomy przedsiębiorca. Pękła chłodnica, więc wezwali straż. Syrena alarmowa wyje, za chwilę przyjeżdżają, później laweta. O spaniu mogłem zapomnieć.

Noc z wtorku na środę. Godzina 03.15. Syrena alarmowa wyje. Ja nie śpię. Za chwilę przejeżdża jeden wóz strażacki, później jednostka z sąsiedniej miejscowości, policja, karetka. Nie śpię, to pojadę zobaczyć, co się stało.
Ford Transit leży na dachu. Kto był kierowcą? No właśnie. Ten koleś, który obudził mnie zeszłej nocy...





Dostałem tydzień urlopu.
Byłem bardzo przepracowany, więc spędzam go po prostu w domu.
Plan zakładał, że odeśpię, odpocznę, obejrzę trochę zaległych filmów, poczytam.
Jednym słowem cisza, spokój i błogie lenistwo.

Od wczoraj, do parku na przeciw moich okiem przybyła grupa Holendrów, którzy wielbią Jezusa.
Wspomagani przez polskich wyznawców tańczą, śpiewają i głoszą swoje "świadectwa" wydzierając się w dwóch językach przez megafony. Zaczynają o poranku i kończą otwartą jadłodajnią przy muzyczce, do której schodzą się dzieci i dorośli mieszkańcy (jak zaobserwowałem, gównie miejscowe żuliki).

Od dziś próbuje ich zagłuszać puszczając swoje pieśni i modlitwy sąsiadka z góry. Pani złożyła im wizytę, bo dosłyszała słowo Jezus skandowane przez tłum i megafony, ale na miejscu ktoś ją poinformował, że to "obca wiara" a co gorsze dostrzegła czarnoskóre dzieci!
Puszcza teraz na cały regulator pieśni kościelne i do tego śpiewa sama lub z koleżankami.

Koło południa nawiedzili mnie Jehowi, a chwilę później rozdzwoniły się dzwony któregoś z kościołów (mieszkam w połowie drogi między dwoma, odległymi o jakieś 120m).

I jak tu nie dojść do wniosku, że bez wszelkich religii świat byłby piękny?!

[ Dodano: 2013-08-07, 19:20 ]
Kiedyś napisałem tutaj w ramach dygresji, że żona kolegi uciekła za granicę zostawiając go samego z synem i że byłby to materiał na osobną historię. Rozwinę.

Wiadomo, nie raz zdarza się ludziom tak, że poszukują pracy za granicą - na przykład kobiety często szukają pracy jako opiekunka do dzieci albo jakaś pomoc dla osób starszych. Jedno wyjeżdża - drugie zostaje, taka sytuacja może być chwilowa i taka w przypadku mojego przyjaciela miała być. Po pół roku jednak żona napisała kulturalnie maila, że nie wróci, bo ma nową rodzinę - jest w ciąży i poznała cudownego Włocha, jest taki och i ach, ma taki cudowny włoski temperament!

Fatalnie z jej strony, wiem, Wy też wiecie, ale cóż, zdarza się - samotna wyjechała, poznała tam kogoś, chce ułożyć sobie życie. Tak, tak, tak bywa.

Tylko jak to się stało, że ten cudowny Włoch ma na imię Michał i jest kuzynem mojego przyjaciela, to już nie umiała wyjaśnić. W ogóle mój przyjaciel nie podejrzewał Michała o włoski temperament, nieźle się kamuflował. I ta narodowość też jakaś taka niejasna do teraz nam się wydaje, w końcu jakby nie patrzeć to Płock w Polsce jest, a Warszawa gdzie kuzyn pracował to chyba nawet stolica!

Oczywiście wszystko wydało się na rozprawie rozwodowej. Kumpel z kuzynem nie utrzymywał kontaktów, więc nie wiedział, że on też za granicę wyjechał. A już na pewno nie podejrzewał swojej ukochanej żony o to, że przez kilka miesięcy miała romans w Polsce, a jak zaszła w ciążę to nagle wymyśliła ten wyjazd zawodowy, bo akurat pasował do ich ówczesnej sytuacji materialnej i zabrała ze sobą Włocha Michała z Płocka.

Zdradziła, trudno, ale nie miała nawet odwagi się do tego przyznać i po ludzku rozwieść. Przez pół roku wodziła męża za nos pisząc i dzwoniąc, zapewniając o swojej wielkiej miłości i tęsknocie. A mąż czekał wierny jak pies.

Nie ma co puentować.

[ Dodano: 2013-08-07, 19:23 ]
A propos wynajmowania mieszkań...

Kilka lat temu z mężem wynajmowaliśmy przytulne mieszkanko w jednej z sypialnianych dzielnic Warszawy. Wszystko legalnie, umowa, kaucja, spis sprzętów i stanu, w jakim je zastaliśmy. Właścicielka fantastyczna, sympatyczna i bezproblemowa, z sąsiadami trochę gorzej (pisałam o tym w jednej z wcześniejszych historii), dojazd do pracy w miarę dobry. Nawet przeszło nam przez myśl wykupienie mieszkania, bo właścicielka mówiła, że kiedyś je będzie sprzedawać.

To "kiedyś" nastąpiło po niecałym roku naszego tam mieszkania. Ale nic to - właścicielka miała drugie mieszkanie na tym samym osiedlu, dosłownie dwa bloki dalej. Taki sam metraż, trochę wyżej i bliżej ulicy, ale za to czynsz niższy. Akurat się zwolniło, więc super, byliśmy zdecydowani, mieliśmy tylko podejść do mieszkania razem z właścicielką i zobaczyć, czy nie będzie dla nas za głośno. A potem w zasadzie tylko się wprowadzać.

O umówionej godzinie stawiliśmy się pod mieszkaniem, właścicielka z mężem dotarła kilka minut później. Włożyła klucz do zamka, przekręca... i nic. Może nie ten klucz? Nie, klucz właściwy, na dodatek nie daje się wyjąć. Ani prośbą, ani groźbą, ani kombinerkami. Trudno, zamek trzeba wiercić, założy się nowy, odliczy od czynszu.

 #653239  autor: osawolow
 07 sie 2013, 19:35
Po kilkunastu minutach udało nam się wejść do mieszkania, które stanowiło obraz nędzy i rozpaczy:
- ściany podrapane, poobijane, pomazane, ze śladami butów, w tym na suficie
- w mieszkaniu ciemno, bo okna zaklejone były gazetami, czarną folią i taśmą
- wszystkie żarówki wykręcone
- żaluzje zdemontowane ze wszystkich okien oprócz jednego, za to z urwanym sznurkiem i tym pokrętłem do zasłaniania
- pralka odłączona i wystawiona na środek łazienki
- duża, trzydrzwiowa szafa w sypialni pomazana czymś na czarno, z powyłamywanymi szynami od przesuwanych drzwi
- kabina prysznicowa zdemontowana, wymontowane rolki, drzwi stały w przedpokoju
- szafki kuchenne z powyłamywanymi drzwiczkami, jedna trzymała się ściany tylko na jednym haku
- na środku większego pokoju przewrócony kredens
- sedes nie myty chyba od pięciu lat
- na balkonie bajzel składający się z mokrych kartonów, połamanych krzeseł i szklanych pokrywek od garnków
- wyłamane pokrętła od regulacji temperatury na kaloryferach wszystkich oprócz łazienkowego
- rozmontowana bateria od prysznica - była słuchawka, ale bez przewodu. Słuchawkę znaleźliśmy w piekarniku.
- z mebli ostał się w całości jeden regał, za to pomalowany na brązowo farbą olejną. Bardzo dokładnie, z kawałkiem ściany i podłogi.

Właścicielka tylko stała pośrodku tego wszystkiego i płakała. Bo wcześniej mieszkała tam taka fajna dziewczyna, studentka. Spokojna, zawsze wszystko na czas płaciła, więc właścicielka nie miała powodu przyjeżdżać i sprawdzać, co z nią czy z mieszkaniem. Ostatni czynsz jej rozliczyła z kaucji, bo skoro mieszkała u niej pięć lat, to jaki numer mogła wywinąć?

Doprowadzenie mieszkania do stanu względnej używalności zajęło nam nieco ponad tydzień. Malowane było chyba ze trzy razy, bo te czarne maziaje cały czas przebijały przez farbę. Szafę i szafki naprawiono, nowe rolki do kabiny dokupiono i zamontowano, okna myłam po cztery razy każde bo oprócz taśmy użyła chyba jakiegoś kleju. Wreszcie udało nam się przeprowadzić, z czynszem za pierwszy miesiąc obniżonym o połowę, bo w sumie oprócz malowania i skręcania szafek kuchennych wszystko zrobiliśmy sami.

Mogłabym teraz napisać, że jak się ma miękkie serce do wynajmujących, to trzeba mieć twardą dupę, ale to jeszcze nie koniec atrakcji zafundowanych przez byłą lokatorkę.

Pewnego dnia obudziliśmy się bez prądu. Panienka od kilku miesięcy nie płaciła rachunków, a że wszystko w mieszkaniu żarło prąd, łącznie z kuchenką... Nie mam pojęcia dlaczego właścicielka nie sprawdziła tego wcześniej w elektrowni. My rozliczając poprzednie mieszkanie, tak jak wcześniejsi jego lokatorzy, zostawiliśmy specjalną teczkę z fakturami i potwierdzeniami zapłaty.

Ciągle przychodziły do niej listy polecone. Awizo oczywiście nie odbierałam. Przychodziły też różne pisma z kilku firm windykacyjnych. Przychodzili również smutni panowie w czarnych kurtkach, którym bardzo długo tłumaczyłam, że nie nazywam się Karolina K. tylko zupełnie inaczej i żeby się ode mnie odchrzanili. Do jednego wybitnie odpornego wezwałam policję, bo mi się do mieszkania władował, a przy moim półtora metra wzrostu mogłam na niego co najwyżej nakrzyczeć. Pomijam już przedstawicieli Providenta, którzy nie potrafili zrozumieć, że nie zmieniłam danych osobowych i nie przeszłam operacji plastycznej i naprawdę nie brałam u nich żadnej pożyczki i uparcie zwracali się do mnie "pani Karolino". W pewnym momencie profilaktycznie przestałam reagować na dzwoniący domofon, ale spryciarze i tak jakoś wchodzili do klatki.

Z tego, co wiem, właścicielce mieszkania nie udało się do dziś polubownie rozwiązać sprawy zniszczeń. Kwoty szkód może nie były duże, bo szafki udało się naprawić, ściany odmalować i tak dalej. Nie wiem, czy ścigała dalej tę dziewczynę, czy odpuściła sprawę, ale zapewne przy następnych lokatorach nie była już tak cudownie wyrozumiała i nieobecna jak przy nas. Klucze oddawaliśmy nowym lokatorom w jej obecności, w mieszkaniu.




Wybrałam się do kościoła.

Siedzę sobie potulnie w ławce, ksiądz spowiada ludzi, wierni dopiero się schodzą, msza się jeszcze nie zaczęła więc kościół w połowie pusty.

W pewnym momencie staje nade mną starsza pani. Staje i wymownie patrzy, ale nie odzywa się ani słowem.

- Pomóc w czymś pani? - pytam grzecznie.
- To moje miejsce - oznajmiła mi. Przesunęłam się więc, robiąc jej miejsce obok siebie.
- Masz wyjść z tej ławki, to moja ławka - zażądała.
Przyznam, że mnie zatkało.
- Chyba nie potrzebuje pani całej ławki tylko dla siebie? - zapytałam.
- Nie twoja sprawa, to moja ławka. Jestem tu co tydzień a ty nie i to moja ławka, wynoś się natychmiast. Idź stać pod ścianą. Pospiesz się.

Myślę sobie: co jest do diabła? Od kiedy w kościele nie wolno mi zająć dowolnego miejsca?
Zauważyłam, że ludzie zaczynają na nas patrzeć, nie miałam jednak zamiaru ustępować tej kobiecie.
- Wynoś się, nie usiądę koło ciebie, bo nie jesteś prawdziwą chrześcijanką. - ostatnie zdanie wygłosiła teatralnym szeptem, tak by pół kościoła mogło je usłyszeć
- Proszę więc zająć inne miejsce - wzruszyłam ramionami i od tamtego momentu zaczęłam ją ignorować.

Może powinnam była zająć inną ławkę dla świętego spokoju, przyznam jednak, że (choć to niewłaściwe w takim miejscu) chciałam zrobić babie na złość.

W końcu usiadła koło mnie.
Całą mszę czułam jak kipi nienawiścią, rzucała mi spojrzenia, które nie pozostawiały złudzeń. ;)
Na słowa księdza "przekażcie sobie znak pokoju" ostentacyjnie odwróciła się ode mnie. Szczerze mówiąc niewiele mnie to wszystko obeszło. Wychodząc z kościoła słyszałam jak skarży się na mnie koleżankom.

Prawdziwie chrześcijańska postawa.




W pewnym pociągu jedzie sobie pani z pieskiem. Piesek jest ładny, zadbany, bezproblemowy, nikomu więc nie przeszkadza. Pani opowiada współpasażerom, że jedzie na wakacje do miasta X (stacja końcowa) z miasta Y (stacja początkowa), więc spędza w pociągu jakieś 5 godzin.
Żali się, że pieskiem nie miał się kto zająć, więc musiała zabrać go ze sobą. Nikomu obecność zwierzaka nie wadzi, bo ani nie szczeka, ani nie gryzie, leży sobie spokojnie pod siedzeniem swojej pani.

Idzie konduktor. Pani pieska bierze i chowa do wielkiej torby, stojącej na podłodze. Konduktor sprawdza bilety i idzie dalej. Kiedy tylko pani traci go z oczu, wyjmuje pieska z torby i znów się żali, że przejazd psa
tyle kosztuje, a ona pieniędzy nie ma, ale poradzi sobie, bo torba pieska schowa i się nie wyda.

Podróż mija spokojnie, do końca podróży jeszcze jakieś 3 godziny i nagle piesek załatwił swoją potrzebę fizjologiczną wprost na pociągową podłogę. Radosny strumyczek psich siuśków "ozdobił" nie tylko okolicę
siedzenia właścicielki psa, ale także popłynął nieco dalej, ku oczywistemu niezadowoleniu współpasażerów owej pani. Zapachu nie da się zignorować, więc pasażerowie próbują nakłonić panią, aby po pupilu posprzątała. Pani prycha z oburzeniem, że niby dlaczego ona, przecież
jej to nie przeszkadza, a w pociągu i tak śmierdzi, więc co to za różnica. Zakłada nogę na nogę, wtyka w uszy słuchawki i wypina się na cały świat. W końcu jedna starsza kobieta wstała i wytarła to co pozostawił po sobie pies. Właścicielka patrzyła na to z pogardą, komentując tylko "I co, aż tak ciężko było?"

Ludzie poszli więc po konduktora i złożyli skargę, że pani przewozi psa nielegalnie, pies brudzi, a pani to olewa. Wobec tego panią wyproszono z pociągu prawie dwie godziny przed jej stacją.

Była oburzona i czuła się zraniona. Rozpłakała się na tą ludzką nieczułość i rzucając przekleństwami, wraz z pieskiem opuściła pociąg. A smród się unosił do końca podróży.





Znacie typ "wujka", "szwagra", "kolegi", któremu po paru głębszych zbiera się na amory? Tia, ja też. Przyczepił się taki ostatnio na jakiejś imprezie. Głupie uśmieszki, niewybredne żarty. Spokojnie acz stanowczo kazałam panu spie**alać. Reszta towarzystwa orzekła wtedy, że jestem niedotykalska i nie mam poczucia humoru.

Jak to jest do cholery, że przyzwalamy na to, żeby obcy, pijany, dwa razy starszy dziad łapał młodą dziewczynę za kolana w ramach "żartu", ale sprzeciw z jej strony jest już "brakiem poczucia humoru". No bo przecież to takie miłe, takie zabawne.




W niedzielę byłam z tatą na giełdzie. Kupiliśmy, co mieliśmy kupić i wracamy do auta - było koło godziny 10:30, termometry wskazywały 30 stopni ciepła.
Wzdłuż drogi, na poboczu ustawione były auta (wiadomo, po co za parking płacić, jak na poboczu za darmo można stać). I właśnie jedno z tych aut ustawionych na poboczu przykuło moją uwagę - bordowe renault. Dlaczego? Bo w tym aucie siedział wielki, czary pies! Tak, w 30 stopniowym upale, w pełnym słońcu, jakiś „inteligent” zostawił psa w samochodzie i tylko lekko mu uchylił wszystkie szyby!

Nie namyślając się długo chwyciłam za telefon i dzwonie na policję – pies leżał na tylnym siedzeniu i nie zareagował jak podeszłam do auta. I tu wielkie ukłony w stronę policji. Od momentu zadzwonienia na 112 do ich przyjazdu minęło około 15 minut (a to tylko, dlatego, że najpierw podjechali od innego wejścia na giełdę). Panowie policjanci do sprawy podeszli profesjonalnie – jeden z nich, poszedł nadać komunikat (przez radiowęzeł na giełdzie wzywali właściciela samochodu), a drugi wybił szybę w samochodzie i wypuścił psa. Całą akcję oglądał tłum gapiów (wcześniej oczywiście nikt nie widział biednego psiaka). Natomiast tata poszedł do sklepu po wodę dla psinki.

Finał? Niestety nie wiem. Po pół godzinie, właściciel samochodu nadal się nie zjawił. Zbliżała się godzina 12, czyli pora przyjmowania przez tatę leków, których (niestety) nie wziął ze sobą. Panowie policjanci powiedzieli, że jak chcemy to możemy jechać, tylko oni chcieliby spisać moje dane - na wypadek, gdyby właściciel odmówił przyjęcia mandatu, miałabym być świadkiem zdarzenia.

A mnie się wydaje, że jak pan/pani właściciel kazał czekać miłym policjantom w tym upale, to oni mu się już odpowiednio odpłacą.




Będzie niesmacznie.

Moja ciocia ma niewielką działkę naprzeciw mojego domu. Na działce stoi stara chatka, mały parterowy stary domek, z polową toaletą ze słynnym serduszkiem nad drzwiami.

Lata 90. Dom stał pusty, więc kiedy ciocia otrzymała propozycję wynajmu, bez zastanowienia się zgodziła, zawsze to dodatkowy grosz.
Do domu wprowadziła się piekielna rodzina - mąż, żona i kilkoro dzieci. "Znajomi znajomego". Od razu zaczęły się całonocne libacje, krzyki dzieci których nie sposób było nie słyszeć mieszkając naprzeciwko. Patologia pełną parą, bieda aż piszczy, a na flaszkę zawsze jest, jak to często bywa.

Do domu nie było doprowadzonej wody - trzeba było nosić ją ze studni wiadrami. Wyobraźcie sobie ośmiolatka, który próbuje donieść do domu dwa pełne wiadra wody, część rozlewa bo nie może unieść, ojciec patrzy na to stojąc w drzwiach, podchodzi do małego i daje mu "z liścia". Mały się przewraca i calusieńki mokry wraca z wiadrami do studni. Zimą.

Zaznaczę też, co później będzie istotne, że toaleta była na zewnątrz, więc zazwyczaj zimą załatwiali się do wiadra, które później maluchy wynosiły.

Byłam wtedy dzieckiem, więc nie do końca rozumiałam powagę sytuacji, ale moi rodzice często kupowali dzieciakom słodycze, oddawali moje zabawki i stare ubrania. Wiadomo - żal.

Cioci też było żal dzieciaków, więc kiedy po kilku miesiącach przestali płacić czynsz - odpuściła. Dom i tak stałby pusty. Jedyny rachunek jaki mieli do zapłaty to prąd. Po kolejnych kilku miesiącach za prąd również przestali płacić. Ciocia długi czas płaciła i słuchała wiecznych obietnic, że oddadzą co do grosza. W końcu miarka się przebrała. Poprosiła ich o oddanie domu. Walka trwała długo, od błagania poprzez groźby. W końcu się wyprowadzili.

Zaraz po wyprowadzce ciocia chciała wysprzątać dom. Zawołała mnie, czy nie pomogłabym jej w sprzątaniu. Zgodziłam się chętnie, ale kiedy otworzyła drzwi buchnął ze środka potworny odór.
Tak. Wiadra z wszelkimi możliwymi wydzielinami ludzkiego ciała były porozlewane po podłodze i ścianach. Na największej ścianie widniał napis "Ty ku**o!". Zniszczone meble, pocięte prawdopodobnie siekierą.

Wdzięczność ludzka nie zna granic.




O tym jak się nie wynajmuje mieszkania.

Szukaliśmy z mężem jakiegoś niedrogiego mieszkania, najlepiej dwupokojowego. Lokalizacja nie była aż tak istotna, byle nie w jakichś groźnych dzielnicach. A co najważniejsze umeblowanego.

1. Jeśli nie ma mebli to uparcie nie twierdzimy, że są. Kłamstwo ma krótkie nogi.

2. Mieszkanie do odświeżenia, oznacza mieszkanie do pomalowania i drobnych napraw, a nie do generalnego remontu. W końcu pani stwierdziła, że trzeba tylko: położyć płytki w kuchni i łazience, pomalować 2 pokoje ale wcześniej zagruntować, szpachlować etc. (nie znam się na tym) położyć panele i wymienić okna. Rzecz jasna my mamy sami za to wybulić, bez jakichkolwiek kosztów z jej strony.

3. Jeśli jest kaucja powinno się o tym wspomnieć. A nie chwilkę przed podpisaniem umowy żądać wyłożenia określonej sumy z kosmosu.

4. Jeśli mieszkanie nie jest wyremontowane, nie powinno się twierdzić, że jest. Czegoś takiego się nie ukryje. Pan starał mi się wpierać, że odchodząca farba, pozdzierane linoleum, tapeta, która wygląda jak boazeria (pewnie pamiętała czasy głębokiej komuny) oraz łazienka pomalowana farbą olejną, to remont jak się patrzy.

5. Jeśli idziesz pokazać mieszkanie, zadbaj żeby było posprzątane. Szczyt wszystkiego, to było mieszkanie w którym na podłodze było wszystko, bałam się wejść. Pan twierdził, że posprząta. Na pytanie ile już tak stoi to mieszkanie brudne, Pan mówi, że tylko 3 miesiące.

6. Jeśli się z kimś umawiasz na spotkanie, to odbieraj telefon/oddzwaniaj/odwołaj spotkanie. Pan zadzwonił dwa dni później, że nie miał czasu, ale teraz jest wolny. My też nie mamy...

7. Mieszkanie ładne, wszystko pięknie. Do remontu ale można mieszkać. Zaproponowaliśmy, że my wyremontujemy w zamian za czynsz... Nie, pan sam będzie remontował. A kiedy, skoro my będziemy tam mieszkać? No w czasie naszego mieszkania tam. No jak? A no tak. Pan sobie zostawia zawsze jeden komplet kluczy i zawsze sprawdza co się dzieje w mieszkaniu. Podziękowaliśmy szybko. Pan był bardzo zdziwiony.





Gdy byłem jeszcze dzieciak na moim podwórku był plac zabaw. Ulokowany był po środku czegoś w rodzaju deptaka wśród bloków. Przekrój sytuacji wyglądał tak: bloki, chodnik, trawnik, chodnik, plac zabaw, chodnik, trawnik, bloki. Sam plac zabaw wyglądał jak przerośnięta plaża: masa piachu, otoczone wszystko barierkami, piaskownice i kilka huśtawek, karuzel czy drabinek. Same sprzęty pozostawiały wiele do życzenia: farba obdrapana, pordzewiałe, skrzypiące, ledwie wbite w ziemię (podczas korzystania z huśtawki całość kiwała się razem z dzieckiem, drabinki miały przechyl jak szczyt drapaczy chmur itp... Ogólnie - cholernie niebezpieczne.

Zbliżały się wybory na prezydenta miasta. I nagle na nasze podwórko wjechały duże sprzęty, usunęły stare zabawki, a na trawniku postawiono przepiękny ogród jordanowski - drewniane domki, mostki, huśtawki, drabinki. Pełno ławeczek, całość otoczona wysokim płotem i zamykana przez dozorcę na noc. Po prostu szał i cudo.

Całość trwała mniej więcej do miesiąca po ogłoszeniu wyników na prezydenta miasta. I nagle zaczęły mieszkańcom przeszkadzać krzyki dzieci - tych dzieci, które krzyczały na starym placu zabaw ulokowanym 3 metry dalej niż obecnie.

Efekt tego był taki, że ogród jordanowski zwinięto. Całość byłaby do przeżycia, gdyby sprzęty z niego ulokowano na miejscu starego placu zabaw. Ale nie. Na stary plac zabaw wróciły stare, te same zabawki, które były na nim wcześniej. Tak samo kiepsko zamontowane. W takim samym stanie technicznym. Nawet nie odmalowane.




Siostra poszła do ginekologa do ZOZu. Nie zrobił wywiadu, nie słuchał co mówiła (bolesne miesiączki itd.), tylko od razu zrobił jej USG i mówi:
- Ja tu widzę jakiś pęcherzyk, to może być mięśniak albo martwy płód, może cysta, ale nie wyczuwam tętna. Nie wiem co to jest.
Siostra mówi, że niemożliwe, żeby to był martwy płód, bo ma regularne krwawienia itd.
A ten wydarł się na nią:
- Każda z was tak mówi, że okres był, seksu nie było, a potem się okazuje, że ciąża.

W drugim USG ginekolog nadal nie wiedział, co to jest to "coś" na ekranie. Siostra popłakała się u niego w gabinecie, a on ją bez pardonu odesłał i kazał zrobić badanie krwi (na wykazanie ciąży).

Bilans? Wysłałam siostrę do innego ginekologa, zrobił jej USG, wykazało 5 cm mięśniak w macicy. Leczenie w toku. Ale jakbym dorwała tego pierwszego konowała...

[ Dodano: 2013-08-07, 19:37 ]
Jakąś godzinę temu odebrałam telefon, który rozłożył mnie ze śmiechu na czynniki pierwsze. Ale po kolei.

Od jakiegoś czasu spotykałam się z pewnym mężczyzną, niech będzie Tomek. Ogólnie bardzo fajny, przystojny, miło się rozmawiało, dużo wspólnych zainteresowań itp. jedno mnie tylko czasem irytowało, a mianowicie jego podejście do "mamusi" (jak zawsze ją nazywał). Przykładowo - siedzimy na kawie w restauracji, dzwoni mamusia, oj głowa ją boli, nie może wstać, czy inne licho. Tomuś zwija się, przeprasza potem 100 razy, no ale mamy nie może zostawić. Wspominał kilka razy, że mama już najlepsze lata ma zdecydowanie za sobą, kłopoty z sercem itp. No dobrze, rozumiem, ale ostatnia sytuacja sprawiła, że przestałam rozumieć.

Idziemy z Tomkiem w stronę centrum handlowego. I spotykamy kogo? Mamusię - wysoka, w jej wieku marzyłabym o takiej figurze jaką ona miała, bardzo ostry makijaż, lifting, szpileczki, mogłabym nawet przysiąc, że wstrzykiwała sobie tu i ówdzie botoksik, bo nie wierzę, że 60-kilkuletnia kobieta nie ma ani jednej zmarszczki na twarzy. Oczywiście przez chwilę poczułam się jak na rentgenie, kilka razy mnie zmierzyła, na moje "dzień dobry" zero odzewu.

M - Tomeczku! Oj jak dobrze, że cię widzę, odwieziesz mnie do domu, co? Bo taki upał, a już czuję jak mi duszno, boję się że zemdleję.

Pomyślałam, że jakbym ja w tej temperaturze miała tyle ton tapety, to też bym czuła, że mnie przydusza.
No nic, Tomuś przeprasza i leci za mamusią. I od tamtej pory (tydzień temu) usłyszałam go dopiero przed chwilą - w telefonie. Czego się dowiedziałam? A tego, że (uwaga, cytuję) "już nie możemy się więcej spotykać, bo mama mówi, że rude kobiety i do tego z lokami to murowane nieszczęście i to przeważnie dz*wki co puszczają się na prawo i lewo. Ale dzięki za znajomość."

Myślałam, że zaliczę zgon ze śmiechu na miejscu.
Drogi Tomku! Wiem, że czytujesz Piekielnych. Słuchaj dalej swojej mamusi, a na pewno znajdziesz odpowiednią kobietę dla siebie (a raczej dla swojej mamy).





O metodach wychowawczych.
Leciałam do Anglii jakiś miesiąc temu. Podróż raczej niedługa, około 3 godzin w samolocie, nie było by to w żaden sposób uciążliwe, gdyby nie jedna rodzinka. Siedzenia za mną zajęte były przez matkę z dwójką dzieci, przedział wiekowy plus-minus 4-7 lat. Ja zajmuję się czytaniem książki, ale młodemu z tyłu bardzo się nudziło, więc zaczął kopać moje oparcie dla zabawy. Po 5 minutach łudzenia się, że mu zaraz przejdzie odwróciłam się do jego mamy.

- Przepraszam, czy mogłaby Pani zwrócić uwagę dziecku?
- Ale o co chodzi?
- Kopie moje oparcie od paru minut.
- No i?
- Przeszkadza mi to.
- To jest dziecko, musi się pobawić.
- Być może, ale jest to niegrzeczne.
- Pani jest niepoważna. Proszę mnie nie pouczać.
Tu włącza się młody:
- Mamo, czy jestem niegrzeczny?
- Oczywiście, że nie, to ta pani jest niekulturalna kochanie.

Aha.





O metodach wychowawczych.
Leciałam do Anglii jakiś miesiąc temu. Podróż raczej niedługa, około 3 godzin w samolocie, nie było by to w żaden sposób uciążliwe, gdyby nie jedna rodzinka. Siedzenia za mną zajęte były przez matkę z dwójką dzieci, przedział wiekowy plus-minus 4-7 lat. Ja zajmuję się czytaniem książki, ale młodemu z tyłu bardzo się nudziło, więc zaczął kopać moje oparcie dla zabawy. Po 5 minutach łudzenia się, że mu zaraz przejdzie odwróciłam się do jego mamy.

- Przepraszam, czy mogłaby Pani zwrócić uwagę dziecku?
- Ale o co chodzi?
- Kopie moje oparcie od paru minut.
- No i?
- Przeszkadza mi to.
- To jest dziecko, musi się pobawić.
- Być może, ale jest to niegrzeczne.
- Pani jest niepoważna. Proszę mnie nie pouczać.
Tu włącza się młody:
- Mamo, czy jestem niegrzeczny?
- Oczywiście, że nie, to ta pani jest niekulturalna kochanie.

Aha.





Nie tyle piekielnie co śmiesznie.

Jest taka bardzo popularna sieć drogerii założona przez Dirka Rossmanna ;)
Drogerię tę bardzo lubię i często zaglądam, irytujący dla mnie (jak i pewnie sporej części osób) jest jedynie fakt, że z reguły ochroniarze w tymże obiekcie za punkt honoru biorą sobie chodzenie za klientem krok w krok, jakby każdy mógł być złodziejem.
Ja rozumiem, taka praca, wymogi, nakaz czy inne ustrojstwo, za to mu płacą i nie zwracam na to większej uwagi, po prostu rejestruję fakt, że podczas wybierania przeze mnie tamponów stoi za mną młody chłopak i dyszy mi w kark. Niektórzy jednak są bardzo pomocni, gdy spytam, gdzie co leży.

Dziś również wpadłam do mojej mekki kosmetycznej i natrafił mi się wyjątkowy pracuś. Ja robię kroczek w lewo, on robi kroczek w lewo, ja podchodzę do półki z szamponami, on przypadkiem znajduje się przy półce z szamponami.
Goniłam się z panem ochroniarzem przez dobre 20 minut, bo i lista zakupów długa była, aż w końcu nie wytrzymałam i kiedy sięgając po mydło spostrzegłam czubek buta pana ochroniarza, wyłaniający się zza rogu, gwałtownie wychyliłam głowę i donośnym głosem powiedziałam: "BU!".

Chłopaczek aż podskoczył, zarumienił się i dał w długą między regały z pieluchami, żeby poobserwować potencjalne złodziejki bobofrutów.





Śmieci....temat rzeka. Zdecydowałam się napisać tę historię, bo czegoś tu nie rozumiem i być może Wy, Piekielni mnie oświecicie w mej ignorancji.

Mieszkam na terenie parku krajobrazowego, osiedle więc pięknie położone, wśród zieleni i mimo, że do centrum stąd 10 minut to człowiek się czuje, jakby już mieszkał na wsi. Mieszkańcy na ogół spokojni, wiekszość populacji w wieku emerytalnym.

Administracja osiedla wpadła z rok temu na genialny pomysł: osiedlowe śmietniki zostały obudowane gustownymi altankami z kamienia i żeby wejść do środka należy otworzyć kluczem specjalną furtkę. Każdy z lokatorów otrzymał klucz. Obok ustawiono, już niezamykane, pojemniki na szkło, papier i plastik.

Park jest odwiedzany przez mnóstwo ludzi, którzy parkują auta w okolicach śmietnika. I niestety: nieraz już przy wysiadaniu wysypują się całe worki śmieci, osobliwie z tych aut najdroższych i prosto z salonu. Rankiem obok śmietników mieszkańcy znajdują worki śmieci. Dziś rano był to nawet poremontowy gruz i skute kafelki.

Powiedzcie mi: czy to akt złośliwości, czy skąpstwo sprawia, że ludzie podrzucają nam woje śmieci? Przecież skoro stać ich na najnowsze luksusowe modele samochodów, to nie mają pieniędzy by legalnie zapłacić te 20 zł miesięcznie za wywóz śmieci z posesji?

Od dziś dyżury sąsiedzkie na balkonach z aparatami fotograficznymi. Co powoduje tymi ludźmi? Na zewnątrz bogactwo, a wewnątrz szmaciarze podrzucający komuś swój syf?







Wizytowałam znajomych, którzy mają dzieci w wieku szkolnym. Dyskusja zeszła na zbliżające się wydatki, w tym na ubezpieczenie dzieci.
W ubiegłym roku trzeba było zapłacić 56zł od jednego dziecka. Ubezpieczenie grupowe, dziecko ubezpieczone na zawrotną sumę 8000zł. W ubezpieczeniu jednak drobny myk na samym dole strony...

Ale najpierw powiem jak wygląda szkoła.
Jest to kompleks budynków z czerwonej cegły, pochodzący z roku 1894, w parku - starodrzewiu. Od ulicy zabezpieczony płotami i bramami, wejście od pieszego traktu do tegoż parku i dopiero na podwórze i do budynku.

Wracając do ubezpieczenia.
Nie obejmowało urazów i nieszczęśliwych wypadków spowodowanych spadającymi konarami, oblodzonymi gałęziami i wszystkim, co się z tym wiąże. Dyrekcja ubezpieczyła tak dzieci, równocześnie wydając zarządzenie, żeby nie chodzić pod drzewami.
Zarządzenie sobie wisiało spisane drobnym maczkiem, na tablicy ogłoszeń, której nikt nie czyta, zwłaszcza dzieci z grupy wiekowej 1-3 klasa.(tablica wisi na ich korytarzu).
Zrobiła się afera jak na dzieciaka spadła gałąź i okazało się, że owszem jest ubezpieczony, ale nie od tego.

Kto tu był piekielny?
Ubezpieczyciel ze swoją ofertą, czy dyrekcja, która ją świadomie zaakceptowała?




Gdańsk to piękne miasto z ciekawymi tradycjami, festiwalami, jarmarkami... No właśnie, Jarmark Dominikański - Coroczna zmora gdańszczan. Kto był ten wie, a kto nie miał okazji uczestniczyć nich wie, że jarmark choć tak pięknie reklamowany to ostoja w większości kiczu i tandety. Całe stare miasto zawalone straganami z chińskimi ubraniami, uliczni pseudo-grajkami, wróżbami od papużek, tatuażami z henny, goframi, kiełbasami, pieczonymi ziemniako-gulaszami postrachami sanepidu, mogłabym tak długo. W tym czasie można nad morzem kupić oscypki, obwarzanki krakowskie, poznańską metkę, kurtkę z owieczki, świeżą rybkę(mrożoną bo turyści najczęściej nie wiedza, że ryby, które maja za prosto z portu w czasie wakacji są pod ochroną od połowów).

Każdorazowo trafia się też hit jarmarku. Od kilku lat dominują masażery do głowy, nakrętki na butelki z syfonem, cud maści na wszystko włącznie z rakiem i te dziwne plastikowe zębatki z dziurkami na długopis, które podczas poruszania rysują na kartce fantazyjne kształty.
Są oczywiście wyjątki, prawdziwe perełki, na które warto czekać jak piwo od Cystersów, chleb ze smalcem kupiony w wielkim bochenku chleba czy mali sprzedawcy rękodzieł.

Sam jarmark skutecznie na przynajmniej dwa tygodnie wprowadza centrum miasta w chaos. Jednak tym co doprowadziło mnie dziś do załamania był dworzec kolejowy Gdańsk Główny. To stary, podobno piękny budynek (mi już spowszedniał), który prócz spełnianej przez siebie funkcji mieści również McDonald (miejsce mojej pracy) oraz KFC (budyneczek zaraz obok). Przed dworcem postawiono pomnik, jest kilka teorii co przedstawia i po co właściwie tam stoi. Najpowszechniejsza z nich to żydowskie dzieci idące do szkoły po torach.

Na dworcu bywam praktycznie codziennie. Wczoraj wieczorem/nocy było uroczyste otwarcie jarmarku zwieńczone kilkoma koncertami i pokazem sztucznych ogni.
Dziś rano dworzec tonął w śmieciach pozostawionych przez świętujących. Wszędzie walały się torby z MC oraz KFC, przerwy w kostce brukowej zostały dokładnie uszczelnione petami, porozbijane butelki na całej ulicy stale rozjeżdżane były przez samochody. Obraz tak smutny i obrzydliwy jak to tylko możliwe. Po prostu góra śmieci jak okiem sięgnąć!

Policzyłam. Od największego wysypiska śmieci, które kiedyś było pomnikiem dzieci na torach, do kosza dzieliło SZEŚĆ kroków. Śmietniki puste. Syf nie został uprzątnięty przez cały dzień (dziś pracowałam w godzinach 8-17 i nie zaważyłam żadnych zmian poza przybywająca ilością petów).

Piekielnych jest tutaj dwoje. Pierwszy z nich to władze miasta, które kompletnie nie poradziły sobie z ogarnięciem tego bałaganu. Zero organizacji i reakcji. Drugim piekielnym są uczestnicy jarmarku, którzy ten syf zostawili. Serio ludzie, śmietnik nie gryzie. Bawi mnie, że kilka dni wcześniej odbył się tatoo-konwent. Impreza, która zbiera ludzi wytatuowanych, pomalowanych, pofarbowanych, zaimplantowanych, ogólnie wariatów z całej Polski na pierwszy rzut oka. Poza "dziwadłami" na ulicy i plakatami zapraszającymi, nikt pewnie by się nie zorientowała, że taka akcja miała miejsce.

Po otwarciu jarmarku, który jest dla wszystkich i na którym głównymi uczestnikami są "normalni" ludzie, często całe rodziny z dziećmi, panuje syf, kiła i malaria.
A to dopiero pierwszy dzień...






Jestem harcerką, działam w gromadzie zuchowej (dzieciaki w wieku 7-10 lat). Niedawno zakończyła się organizowana co roku kolonia zuchowa. Dla niezorientowanych - po wpłaceniu zaliczki na taki wyjazd rodzice dostają kartę obozową, na którą wpisują podstawowe informacje o dziecku - w tym wszystkie dolegliwości i przyjmowane przezeń leki. Mamuśka jednego z działającego już od dłuższego czasu w naszej gromadzie zuszka postanowiła w żaden sposób nie poinformować kadry o sporym, wstydliwym problemie - dzieciak moczy się w nocy. Jak się o tym dowiedzieliśmy?

Już drugiego dnia rzeczony zuch spytał, czy może pójść wyprać rzeczy. Czasu brak, a przecież maluch nie ma na pewno tylko jednej pary majtek, odpowiedź więc prosta - nie, będzie na to czas za parę dni.

Po tygodniu w namiocie zaczął panować, delikatnie mówiąc, niezbyt przyjemny zapach, którego źródła ewidentnie brak. W końcu zuch wyznał swój problem. Tutaj zaczynają się prawdziwe schody - ulewne deszcze, nie ma jak wyprać i wysuszyć śpiwora. Każda bluza, ręcznik - wszystko już mokre. Dzwonimy do matki. Hmm, problem - na karcie podano błędny numer. Poszukiwania numeru właściwego zajęły cały dzień. Znaleziony! ...nie odbiera.
Po licznych próbach wreszcie słyszymy znajomy głos, który oznajmia :
- Ach, no tak, bo ja właśnie nie wiem, on bierze na to takie leki, ale zapomnieliśmy spakować...

Zdecydowaliśmy się więc na pieluchy. Do sklepu daleko, pada. Wreszcie ktoś z tych "wyżej położonych" wsiada w auto, prosimy więc serdecznie o zakup rzeczonych pieluch. Wreszcie są - na trzy dni przed końcem kolonii...

Rozumiem, pewne rzeczy faktycznie głupio jest podać poprzez wpisanie ich na kartę. Ale jeżeli zna się kadrę obozową, ma się do niej numer, ba, nawet widzi się z nią co tydzień, to czemu po prostu dyskretnie nie powiedzieć, zamiast fundować dziecku niezbyt przyjemne przygody na jego pierwszym dłuższym wyjeździe...?







Tym razem nie piekielność, ale taka obserwacja.

Nie mam telewizora. Od 7 z górą lat nie posiadam takowego odbiornika, informacje o świecie czerpię z czasopism i Internetu. Jednak gdy wyjeżdżam do babci, telewizja to jedyne okienko na świat - jakkolwiek ciężko w to uwierzyć, są jeszcze miejsca w Polsce, gdzie komórki i Internet nie mają zasięgu, telefony są radiowe i działają jak chcą, a najbliższy sklep jest w sąsiedniej miejscowości.

Teraz babcia ma 22 darmowe kanały - dzięki ostatniej zmianie z TV analogowej na cyfrową. Przez kilka dni próbowałam znaleźć cokolwiek interesującego na tych programach. Udało mi się: wiadomości o 19.30-20.00, bajki na Pulsie i pojedyncze programy na TVP Historia/Kultura.

Poza tym zaobserwowałam ciągłe reklamy (dla mnie, nie posiadającej TV, to niezły szok kulturowy), często na kilku-kilkunastu kanałach na raz, ciągnące się po 10 minut. Ciągłe powtórki starych programów (to chyba urok wakacji) i prawie wcale nowych filmów w rozkładówce. Najnowszym był Harry Potter, który, jak wiemy, świeżynką nie jest. Masa dziwnych jak dla mnie reality show i seriali: Dlaczego Ja, Trudne Sprawy, talent show, kilka telenowel, generalnie poziom "jestem pijany na imprezie, zróbmy sobie jaja z ludzi".

Nie udało mi się za to trafić w ciągu dnia na żaden film dokumentalny (a pamiętam, że kiedyś telewizja publiczna nadawała ich sporo przed południem), reportaż (poza powtórkami na TVP Historia), program naukowy (chyba że za taki uznamy ten na niemieckiej licencji na TV 4). A do tego dowiedziałam się, że mają zlikwidować nawet wieczorynkę.

Uznajcie, że marudzę, ale dla mnie, która styczność z telewizją ma rzadko, to był naprawdę jakościowy szok. Nie było nic dla osoby, która chciałaby obejrzeć program na poziomie, jakiś nowszy serial (z ciekawszych leciał 2 sezon kryminału, który w USA ma już sezonów 7), szukała w miarę inteligentnej rozrywki. A reklamy to już w ogóle bajka... Ktoś mi wyjaśni, dlaczego? I po co jeszcze komuś telewizja (bo sam telewizor dobrze działa pod konsolą)?





Zakopane. W centrum miasta jest mały park, w którym od zawsze były dwa place zabaw - jeden dla małych i jeden dla większych dzieci. Były bardzo atrakcyjne, sama bawiłam się na jednym i drugim w okresie dziecięcym. Około rok temu zaczęto robić remont i "przemeblowanie" parku, place zabaw stoją teraz odnowione, bardzo ładnie i ciekawie zrobione. Praktycznie od zera.

Ale dzieci tam nie ma. Czemu? Bo kilkunastu okolicznych mieszkańców wyraziło sprzeciw.
Bo dzieci są za głośne.
Place są zamknięte.

[ Dodano: 2013-08-07, 19:39 ]
Wezwanie do jakiegoś staruszka. Jak to bywa lista chorób pokaźna, a objawy pasują przynajmniej do połowy z tej listy. Żeby ustalić cóż to takiego, trzeba panu wykonać dokładniejsze badania niż te, które jesteśmy w stanie wykonać na miejscu.

Szykujemy się do zabrania go do szpitala, wyglądał słabawo, twierdzi, że nie je i przyjmuje mało płynów. Informujemy pacjenta o jego sytuacji, która wyglądała dość średnio. Poprosiłem córkę o listę leków przyjmowanych przez jej ojca, na to słyszymy odpowiedź:

C - A mnie panowie zbadają?
J - Proponuję przychodnię. Tam na pewno ktoś taki się znajdzie. Tymczasem zabieramy pani ojca do szpitala, więc proszę o nazwy.
C - Ale ja wezwałam pogotowie bo myślałam, że mnie zbadacie też!
J - Jest pani pacjentką?
C - Nie.
J - W takim razie zachęcamy panią do wizyty w przychodni.
C - Ale ojciec od trzech dni już tak! Gdybym wiedziała, że mnie nie zbadacie to bym nie wzywała!

Troska o bliskich podobno jest najważniejsza.




Mieszkam nad sporym zbiornikiem wodnym. Ma ładne zejście, plażę, mini smażalnię ryb, gofry i kilka budek z napojami i lodami, ale pozwolenia od miasta na kąpielisko, a co za tym idzie parkingu i dobrej drogi dojazdowej nie ma. Wczoraj pół polski się zjechało chcąc ochłodzić swoje mocno nagrzane organizmy. "Jezioro" jest bardzo duże, więc i wiele osób się zmieści. Niestety, położone jest na absolutnej wsi. Dwie drogi na krzyż. Mieszkam 50 metrów od tego miejsca. Pomijam, że wczoraj jechałam do domu bite 20 minut oraz to, że zostałam zatrąbiona, kiedy próbowałam wjechać w bramę mojego domu, ale inne zachowania ludzi przerosły moją wyobraźnię.

Ustawiłam się do skrętu na podwórko, i czekam, czekam, czekam. W końcu udało mi się, wykonuję manewr i pach! Przed moją bramę wyskakuję matka z dwójką dzieci, ciągnąc za sobą dmuchaną orkę i męża. Zauważyła mnie w ostatniej chwili skierowała swe oczka na wybranka i drze się z odległości 10 metrów: PATRZ ROMAN, NA TĄ PO#EBANĄ PANIĄ! CO ONA ROBI! NAWET PRZEJŚĆ SIĘ NIE DA! IDIOTKA! Oddychałam głęboką z osiemdziesiąt razy, wjechałam do garażu. Stoję i zaciskam pięści. Nie chciałam się kłócić, no bo po co?

Wychodzę zamknąć bramę i widzę, że jakiś samochód pakuje mi się na plac. Na pytanie co robi, odpowiada, że on tylko na chwileczkę i zaraz sobie pojedzie (w aucie żona i jej koleżanki smarują się jakimiś maściami dzierżąc w ręku parawan i piłkę plażową). I wtedy coś we mnie pękło. Grzecznie odpowiadam, że po drugiej stronie ulicy mój sąsiad ma parking płatny, 5 złotych za CAŁY DZIEŃ. Pan jednak nie chciał przyjąć tego do wiadomości i dalej upierał się, żeby zaparkować u mnie. Wesoła rozmowa trwała kilka minut, do momentu, w którym mój tata wypadł z mieszkania z szaleńczą miną i paczką gwoździ. Niezadowolony kierowca odjechał rzucając na koniec:
- aaa... dom też macie brzydki!

Za chwilę przeganiałam ludzi z podjazdu do domu, którzy zasłonili całkowicie mi bramę. Jeden człowiek nawet przerzucał nam palety przez ogrodzenie, (prowizoryczne) bo on nie ma gdzie zaparkować! I co on ma teraz zrobić! Wam się te palety może przydadzą!

Droga zakorkowana była tak, że z dość szerokiej dwukierunkowej zrobiła się jednokierunkowa szczelina. Po całym zajściu moja ładna ulica usłana jest papierkami, butelkami, opakowaniami po przenośnym grillu i innymi świństwami.

Czekam na kolejny taki weekend!






W latach 90 miałam piekielnych, patologicznych do szpiku kości sąsiadów. Niemal każda historia o nich nadaje się na piekielnych, ale opiszę jedną sytuację, która mówi wszystko.

Nieopodal mojego domu w tamtych latach był bar. Zwykła wiejska tania knajpa dla miejscowych żulików, otwarta do ostatniego klienta.

Sąsiedzi doczekali się licznego potomstwa. W tamtym czasie ich najstarsza córka miała ok. 7 lat, była mniej więcej w moim wieku. Niedawno urodził im się najmłodszy syn.
Sąsiedzi byli stałymi bywalcami baru - zazwyczaj zamykali w domu dzieci i wracali nad ranem, po drodze wrzeszcząc i awanturując się.

Późna noc. Przeraźliwy dzwonek do drzwi. W progu owa siedmiolatka z niemowlakiem na ręku. Rodzice zamknęli ich w domu z chorym niemowlakiem, który tak strasznie płakał, że mała spanikowała. Wybiła szybę w kuchni na parterze i wyskoczyła z małym przez okno. Niemowlak miał wysoką gorączkę, zabrało go pogotowie.

Mała bohaterka - "za karę" - kilka dni chodziła z siniakiem pod okiem.

Nie wiem czy odebrano im dziecko, bo dość szybko wyprowadzili się gdzieś do rodziny i tyle o nich słyszano.





Pamiętacie klienta, który nie potrafił odgadnąć ile gier jest w trylogii oraz dla którego 219zł to były na przemian 2 stówy albo 3 stówy? (http://piekielni.pl/37898)
Wrócił...

Podchodzi do mnie i jeszcze nie skojarzyłem, że go znam. Jeszcze nie.
- Proszę, a może pan podejść?
- Tak oczywiście - odpowiadam zdziwiony formą pytania.
- Bo tutaj jest puste pudełko (zamówienie przedpremierowe GTA V).
- Tak bo jest to pre-order.
Chwila namysłu i już coś mi zaczynało świtać w głowie, że znam skądś ten wyraz twarzy.
- Czyli w środku nie ma płyty?
- Nie.
Tutaj następuje moment, w którym wiele osób zastanawia się o co się go jeszcze spytać, czym mu jeszcze zepsuć dzień dzisiaj.
- A o co chodzi z tym?
I podaje mi do ręki preorder na konsolę PlayStation 4 o wartości 100zł.
Tłumaczę, że można zamówić konsolę i odebrać ją po premierze ale trzeba uiścić wpierw kwotę zaliczki.
- A kiedy ta konsola wychodzi?
- Stawiam, że październik albo listopad tego roku.
- Ale tego roku?

Tutaj mnie trafiło niczym grom z jasnego nieba, niczym opłata dla cygana za wywóz gruzu. Niemożliwe. To on. Wrócił. Silniejszy. A ja byłem na to nieprzygotowany.

- Tak tego roku.
- Ale tego roku 2013 czy następnego?
- 2013.
Odwraca pudełko i z drugiej strony jest wizualizacja kilku gier, które mają być dostępne na PS4 po premierze.
- A jak te gry mam odpalić?
- Nie rozumiem.
- No jak mam je uruchomić na Ps3?
- Nie ma jak, bo to jest tylko wizualizacja, a poza tym te tytuły będą dostępne na PS4 (nie chciało mi się tłumaczyć, że Watch Dogs dostanie też na PS3 bo to nie miało sensu).
- No dobrze ale gdzie te gry są?

I obraca pudełko, szuka informacji o tym, że proszek w środku należy podlać gorącą wodą co da w efekcie gry instant. Ja na spokojnie tłumaczę jeszcze raz coś co już powiedziałem.

- A GTA V kiedy wychodzi?
- 17go września tego roku (tak powiedziałem to celowo)
- Ale tego roku?
- Tak.
- A wyjdzie przed PlayStation 4?
- Tak.
- Ale tego roku czy następnego?
- Tego roku.
- Ale 2013 tak?
- Tak. 2013. Za niecałe 2 miesiące.
- Ale przed tym czy po tym? - i wskazuje na pre order PS4.
- Przed tym. Wpierw wychodzi GTA V a potem PS4.
- Aha - stwierdził ale jego mina nadal wskazywała wyraźnie na to, że próbuje ustalić ile razy jeszcze w tym roku będzie wrzesień. Myśląc, że to koniec myliłem się, bo oto wrócił mój koszmar w postaci ceny danego produktu.
- A ile kosztuje Księga Czarów?
- 159zł.
- Czyli stówę?
- Nie. 159zł.
- Czyli ile?
- 159zł.
- Czyli dwie stówy?
- Nie proszę pana, 159zł.
- Czyli stówa i pięć dych?
- Nie. 159zł.
- Czyli stówa?
- Nie proszę pana. 100 złotych + 50 złotych + 9 złotych.
- Czyli 159zł?
- Tak! - powiedziałem z niekrytą radością niemalże klaszcząc dłońmi.
- Czyli stówę?
I w pi*du cały misterny plan poszedł się je*ać.
Po chwili zostałem wybawiony z opresji przed klienta, który przez dłuższą chwilę przysłuchiwał się tej rozmowie i miał wyraźnie poprawiony humor.

Spytam ponownie jak już kiedyś pytałem.
Dlaczego Ja?






avoir vivre prawdziwego pasażera relacji Paryż - Londyn.

1. Przyjedz na dworzec 5h wcześniej niż radzi Twój organizator podróży. Nie zapomnij wspominać o tym wszystkim współpasażerom (oczywiście w kontekście 'olaboga ile można czekać?!')

2. Rzuć się jako pierwszy do zapakowania bagażu - walcz o dobre miejsce dla niego w luku bagażowym! W końcu bagaż też musi mieć wygodnie!

3. Poczekaj aż wszyscy pozostali pasażerowie zapakują swój bagaż. Teraz już wiesz, że to odpowiedni moment do wyciągnięcia czegoś ultra hiper ważnego z twojej torby. W tym celu wywal wszystkie inne torby, dostań się do swojej i.. pozwól innym by posprzątali.

4. Stan do walki o najlepszy fotel. W tym celu używaj łokci i innych nieczystych zagrywek by wyeliminować pozostałych wyimaginowanych zawodników. W końcu nie możesz pozwolić by twoje numerowane miejsce czekało na ciebie zbyt długo. Przecież to pewne że wszyscy chcą usiąść na twoim fotelu numer 31!

5. Teraz już jesteś gotowy do podróży. Pozostaje tylko poinformować całą swoją listę kontaktów ze wyjeżdżasz. Akurat zajmie ci to czas w drodze do Londynu.





Zadzwoniła do mnie ostatnio miła pani z banku. Tego, co to się niedawno połączył z innym. I zagaja, jak to od dawna mam u nich konto i jak to dobrze, że są regularne wpływy na rachunek. Dlatego oni (bank) przygotowali... uwaga, w ramach REWANŻU propozycje dodatkowej gotówki, kapitału, pomocy, wsparcia itp.

Nie mogłam od początku zrozumieć jaką pomoc bank mi proponuje i dlaczego wychodzi z tak szlachetną propozycją, ale jak zapewne się domyślacie, pani za pomocą tysiąca synonimów, proponowała mi zwykły KREDYT, oczywiście z uporem omijając to słowo. Przytoczyła bardzo realistyczne wizje tego, co mogę z pieniędzmi zrobić - wakacje, remont, nowe auto itd. Dopiero kiedy zapytałam wprost czy ma na myśli kartę kredytową, kredyt gotówkowy, odnawialny czy też może w odwrotną stronę, jakąś lokatę, z niechęcią odpowiedziała, że "gotówkę kredytowaną". Szczerze przyznam, że takiego określenia jeszcze nie znałam:)

Wracając do sprawy, kiedy po dziesięciu minutach dowiedziałam się wreszcie o co chodzi, pani zaproponowała dokonanie symulacji, żebym poznała szczegóły tej mega hiper okazyjnej oferty tylko specjalnie dla mnie i w ramach podziękowania za długoletnią współpracę.

Otóż bank może mi zaproponować 20000 zł w 15 minut na moim koncie. Przyznam, że dobrze wiedzieć, że można tak dużą gotówkę dostać bez formalności, gdyby nagle zaistniała taka potrzeba. Oprocentowanie też niezłe, około 10%. Szkoda tylko, że RRSO czyli całkowite roczne oprocentowanie wynosi.. 49,50%
Serdecznie pozdrawiam zatem kochany bank i spieszę donieść, że w poniedziałek zamykam konto. Bo, że bank musi zarabiać to ja wiem, ale w tak perfidny i bezczelny sposób naciągać się nie pozwolę:)


P.S. Dla tych co nie wiedzą - banki informują o kredycie zawsze z oprocentowaniem nominalnym - w tym przypadku wynosiło 10%. O RRSO (roczna rzeczywista stopa oprocentowania) banki nie wspominają. Mają obowiązek powiedzieć tylko kiedy klient zapyta wprost.






Order piekielności dla pana, który zostawił małego jamiczka w aucie.

Około 14 wybrałam się na zakupy do Tesco. Temperatura w słońcu przekraczająca 35 stopni. Na parkingu wiele samochodów, ale w oczy rzucił mi się jeden, z piszczącym jamnikiem w środku. Okna pozamykane, żar leje się z nieba.
Spisałam numer rejestracyjny i biegiem do "informacji", że pies się zaraz ugotuje. Po chwili zjawia się pan właściciel mówiąc, że on tylko dokończy zakupy i jedzie dalej, a psu nic nie będzie. Dopiero po groźbie wezwania policji, straży miejskiej, TOZ'u, CIA i "strażników teksasu" pan doszedł do wniosku, że nie warto narażać się na koszty i poszedł po psa zostawiając go tym razem przywiązanego przed marketem - w cieniu.

Rozumiem, że pies może poczekać, ale osobiście wolę wziąć smycz i niech poczeka przywiązany przed wejściem niż w aucie nagrzanym do 40 stopni.









Przed chwilą zadzwonił do mnie Mój Drogi Operator Komórkowy. Po standardowym "tutaj 'super_opiekun' .... rozmowa będzie rejestrowana..." przedstawił mi hiper ekstra super ofertę.

Rozmowa przebiegała tak:
SO - super opiekun

SO: Chciałam Panu przedstawić (...) przygotowaną po wielu analizach historii Pańskiego rachunku, jako bardzo dobremu klientowi i specjalnie dla Pana ofertę (...)
Dzisiaj daję Panu wyjątkowo pół roku darmowych rozmów do wszystkich w (nazwa operatora).

ja_2: Mhm, i ...?

SO: I specjalnie ode mnie dodam dla pana 500 minut rozmów do wszystkich sieci w Polsce.

ja_2: ...

SO: 500 minut to bardzo dużo. Dzwoni Pan do przyjaciół, znajomych w innych sieciach... Czy ma Pan przyjaciół, znajomych u innych operatorów?

ja_2: No...tak (nie ma co kłamać skoro i tak przeprowadzili "wiele analiz" mojego konta na którym widać, że codziennie dzwonię ok 1-2 godz. na numery poza siecią).

SO: A to wszystko za jedyne 61,9zł miesięcznie w abonamencie

ja_2: Tak, coś jeszcze?

SO: W takim razie dodam Panu ode mnie telefon alcatel idol. To taki cienki smartfon. Podam Panu jego parametry - ma aparat 8Mpix i dużo pamięci i jest cienki.
(nie ma jak precyzyjny opis telefonu ;) !)

ja_2: Może mi Pani podać jeszcze raz nazwę tego telefonu?

SO: Alcatel idol. Ja Panu podam parametry 8Mpix, cienki...

ja_2: Dziękuję, sprawdzę go na Internecie.

SO: W takim razie proszę poszukać dowodu osobistego żeby podać kilka danych, a ja w międzyczasie przeczytam Panu kilka zgód..
Wystarczy, że Pan powie "tak" i kurier przyjedzie do Pana w ciągu 3-5 dni.

ja_2: Wie Pani co, ja rozumiem, że Pani jest tylko ankieterem i dostała ten numer telefonu, ale gdybyście Państwo spojrzeli wcześniej na moje konto to zauważylibyście, że w tej chwili już mam darmowe rozmowy ze wszystkimi sieciami w Polsce, a nie tylko z (nazwa operatora), i Internet - i już za to zapłaciłem. Za ponad pół roku do przodu.

SO: Eee...

ja_2: Czy dobrze rozumiem, że oferują mi Państwo coś za co już zapłaciłem i podobno mam? A w zasadzie chcą mi to Państwo okroić tylko do (nazwa operatora) i jeszcze mam za to dodatkowo zapłacić 62 zł miesięcznie?
Czy chcą mi Państwo zabrać to za co już zapłaciłem?

SO:...

ja_2: Do usłyszenia. Miłego weekendu.

Komentarz chyba zbyteczny.







Pozdrawiam salon Lovely Look znajdujący się w opolskim Realu.
To świetnie, że dopiero nakładając farbę na głowie klientowi mówicie mu, że usługi wykonujecie tylko i wyłącznie w "pakietach". Tak więc, mimo iż na cenniku każda usługa jest wyceniona pojedynczo - musisz zapłacić czy chcesz czy nie za stylizację bądź cięcie 30 złociszy więcej.

Nie, nie ma tego zapisanego ani na ich stronie, ani na tablicy informacyjnej.




Mieszkam niedaleko baru, knajpa całkiem w porządku, zjeść można, napić się i jakąś komunię wyprawić - ogólnie nikt nie ma w okolicy z właścicielami problemu nawet jak muzyka głośniej gra na jakiejś osiemnastce. Piekielnymi są, jak można się spodziewać, niektórzy klienci.

Jako że są wakacje ostatnio mam problem z wypitymi dzieciakami, którego mimo usilnych prób nie mogę rozwiązać. Problem jest taki, że szczają mi do ogrodu. Nie wiem czy to upośledzenie typowej "gimbazy" w tym roku tak narosło, czy to zwykła ludzka złośliwość. Wszędzie dookoła rosną krzaki, pełno murków i uliczek, nawet w barze jakieś wc jest, ale nie, cała gówniarzeria uparcie mimo próśb i gróźb leje mi przez płot na trawnik, ewentualnie dla odmiany na róże, śmiechem reagując na moje krzyki.

Ostatnio nie wytrzymałem podlewając pomidory jak jeden taki stanął pod bramą, wyciągnął interes i zaczął robić swoje pod moje nogi. Mój atak z konewką w ręku nie przyniósł efektu, bo pojawili się koledzy w znacznej przewadze liczebnej, co wymusiło mój odwrót. Może mi ktoś wyjaśni jaki to ma sens, bo sam nie jestem w stanie zrozumieć?

 #653241  autor: cherry_xD
 07 sie 2013, 19:49
Historia nie moja, ale [Z]najomego. Zamieszczam ją, bo może ktoś z Was będzie wiedzieć, co zrobić w tej sytuacji.

Kilka lat temu [Z] kupił dosyć spore jezioro z zamiarem zarobku - chciał zarybić je szlachetnym narybkiem, tj. karp, lin, węgorz itp. oraz wybudować rybaczówkę dla wędkarzy. Narybek wpuszczono dość szybko, w związku z tym m.in/ okoliczni właściciele domków letniskowych mieli tymczasowy zakaz połowów. Pływać też nie można było, bo istniał problem z zatrudnieniem ratownika wodnego. Jak wspomniałam, zakaz był tymczasowy - max. sezon lub dwa. Ale to chyba i tak przelało czarę goryczy...

Wśród właścicieli były osoby wysoko postawione - sędziowie, prokuratorzy, biznesmeni przez duże B - jednym słowem ludzie z kasą. Zamiast spokojnie pogadać z [Z] zaczęli robić mu na złość, kłusować, blokować budowę rybaczówki, a w końcu nawet pisać pozwy sądowe.

Koronnym argumentem przeciwko zakazowi połowu miał być rzekomy przepływ jeziora. Jedne ekspertyzy zaprzeczały temu, inne potwierdzały. Istny cyrk. Rozprawa goniła rozprawę, pozew gonił pozew... Znajomy tracił siły i nerwy, ale wygrywał.

Aż do feralnej sprawy, zgodnie z wyrokiem której znajomemu odebrano jego własność! Tak, to nie żart. Zapłacił kilka lat wcześniej grube pieniądze (~100tys. zł), posiada wszelkie dokumenty mówiące o jego własności... Ale zabrano mu ją, bo jezioro przepływowe rzekomo nie może być własnością prywatną, a jedynie należeć do Skarbu Państwa i Związku Wędkarskiego.

Nie wiem, czy będzie się odwoływać od wyroku (chciał odwoływać się do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu). Kontakt z nim zupełnie się urwał. Mężczyzna załamał się i wcale mu się nie dziwię. A wszystko to dlatego, że ludzie nie potrafili wytrzymać bez jeziora, z którego notabene teraz też nie korzystają.



Pamiętacie historie o pracownikach drogerii, którzy oceniają klientów po wyglądzie? Skargi na to, że jak się człowiek na zakupy nie wystroi jak stróż w Boże Ciało, to jest traktowany per noga? Sytuacja w której uczestniczyłam dzisiaj rano, bije wszystkie te opowieści na głowę!

Jakiś czas temu kupiłam sobie spodnie. Ostatnio doszłam do wniosku, że przydałaby się do nich jakaś bluzka. Wskoczyłam więc dzisiaj w nowe spodnie i poleciałam na zakupy. Spodnie może nie jakieś super eleganckie, ale japonek czy trampków do nich nie założę. Wiadomo, jak buty, to i torebka bardziej "wyjściowa" żeby nie wyglądać jak cudak. Efekt finalny był taki, że gdybym pracowała np w banku czy biurze, spokojnie mogłabym iść tak ubrana do pracy.

Już jakiś czas temu upatrzyłam sobie pewien sklep. Wejść tam nigdy nie miałam czasu, ale na wystawie wisiały fajne ciuszki, więc w pierwszej kolejności tam skierowałam swoje kroki.

W sklepie, dwie młode pracownice. Jedna za ladą, druga "na sklepie". Obie sympatyczne, uśmiechnięte, co mi coś upadnie czy się zaczepi o inny ciuch, dziewczyna podbiega, pomaga, pyta czy pomóc, nie nachalnie, jest tak jak w sklepie być powinno.

Po chwili, do sklepu wchodzi druga klientka, pani lat ok 40, zwykłe dżinsy, koszulka i jakieś klapki. Ubrania czyste, niewygniecione, chociaż skromne. Dziewczyna na klientkę nawet nie spojrzy, co jej coś upadnie, ekspedientka podziwia sufit albo paznokcie.
Ja, w międzyczasie, dotarłam w okolice przymierzalni i tam sobie buszowałam między wieszakami. Pani była dużo szybsza, bo już po chwili słyszałam jak pyta o przymierzalnie. Dziewczyna pokazuje kabiny, malutkie, ciasne i bez lustra. Pani pyta o lustro, ekspedientka odpowiada, że lustro tylko obok przymierzalni, klientka wchodzi i co chwilę wybiega z kabiny żeby się przejrzeć.

W pewnym momencie i ja postanowiłam przymierzyć to co mi zalegało na rękach, więc skierowałam się stronę kabin. Zostałam zatrzymana przez ekspedientkę, która odsłoniła kotarę po drugiej stronie pomieszczenia. Moim oczom ukazała się ogromna przymierzalnia z dwoma lustrami, krzesełkiem i wentylatorem (w sklepie było dość ciepło). Druga klientka, która akurat wyszła ze swojej kabiny, zapytała oburzona czemu ona nie mogła wejść do tej przymierzalni, skoro pytała wyraźnie o lustro? Odpowiedź sprawiła, że na chwilę zgłupiałam po czym oddałam dziewczynie wszystkie ciuchy i po prostu wyszłam. Co takiego strasznego powiedziała ekspedientka?
- Bo tę przymierzalnię mamy zarezerwowaną dla takich klientek jak ta pani, dla reszty są te mniejsze.

Z takim chamstwem już dawno się nie spotkałam. Mimo, że ubrania ładne i ceny przystępne, to ja już tam na pewno nie wrócę i znajomym też odradzę...




Młodzież w komunikacji miejskiej może zaskoczyć.
Było już o tym jak to plecakom, torebkom i innym siatkom może dać się we znaki zmęczenie i troskliwy właściciel kładzie je na wolnym obok siebie miejscu, ale dzisiaj pewien młodzian zaskoczył mnie niezmiernie.

Otóż wsiadłam sobie do tramwaju, a że po chorobie osłabiona jestem szukałam wzrokiem miejsca wolnego. Nie zdziwiło mnie, że na co drugim miejscu zmęczona siateczka, ale dotarłam do "czwórki" zajętej przez jednego młodego chłopaka. Rozkraczony na oba siedzenia po jednej stronie - dość ciepło, krocze musi odetchnąć (jeszcze się przegrzeje i nie daj Bóg się nie rozmnoży), chłopak maksymalnie wychylony do przodu, że łokciami opierał się o siedzenie na przeciwko zaś w dłoniach dzierżył swojego ajfona i radośnie oddawał się kontemplacji jakiejś gry, na siedzeniu obok położył sobie wodę mineralną. Pełen relaks, lato w mieście.

Jako, że słabo mi było, przeprosiłam chłopaka i zapytałam o możliwość zwolnienia mi miejsca zajętego przez mineralkę - brak odzewu. Nic to, szturchnęłam delikwenta - odepchnął mnie, ramieniem nie przerywając gry. Na następnym przystanku doszło do mnie dwóch sojuszników, również chętnych spocząć na miejscach zajętych przez członki wspomnianego osobnika płci męskiej. Zapytałam, czy ma bilety na wszystkie cztery siedzenia - brak odzewu. W końcu jeden z sojuszników, starszy pan ryknął "bilety do kontroli!!" - chłopak się ocknął pozbierał w sekundę i pomknął na drugi koniec tramwaju oczekiwać zbliżającego się przystanku. Połowie tramwaju humor się poprawił na długo.




Historię tę opisuję z uwagi na to, że chcę napisać tu o piekielnej ubezpieczalni jak i po to, że jestem w kropce i może ktoś podpowie mi coś ciekawego.

2 miesiące temu miałam stłuczkę. Ewidentnie wina drugiego kierowcy, który wjechał w bok mojego auta, ale nie o niego tu chodzi. Policji nie wzywaliśmy, oświadczenie spisane, kontakt ze sprawcą jest. Do ubezpieczalni sprawa zgłoszona na drugi dzień, bo nie można było się dodzwonić na infolinię. Po kilku dniach przyjechał rzeczoznawca, zdjęcia auta porobił. Auto sprawcy również załapało się na sesję, bo sprawca po stłuczce postawił auto niedaleko mojego. Dla mnie lepiej.

I od tamtej pory zaczynają się schody. Przez długi czas zero odzewu od firmy ubezpieczeniowej na literę G. Dodzwonić się do nich też ciężko, a gdy to już się udawało to nikt nic nie wie, konsultanci przy każdej rozmowie pytają o to samo i mówią, że sprawa jest nadal otwarta. Nawet po miesiącu gdy już powinno być po wszystkim, bo ubezpieczalnie mają 30 dni na wypłatę ubezpieczenia. Po wielu próbach kontaktu i prośbach w końcu przyszła wycena na maila (później okazało się, że na adres pocztowy korespondencja nie dochodziła, bo adres jak i nazwisko zostało niby źle napisane ...). Po ponownym kontaktowaniu się dowiedziałam się, że sprawa jest nadal otwarta i, że zostało już wysłane pismo na nowo podany adres.

Jest! W końcu coś dotarło. Ta sama wycena i pismo informujące, że sprawy nie można dokończyć, ponieważ sprawca nie dostarczył oświadczenia co jest zupełną nieprawdą, bo oświadczenie wysyłałam osobiście. Była również informacja, że sprawa się przedłuży o kolejne 30 dni. Na drugi dzień specjalnie sprawca podjechał do biura G......i aby przedstawić oświadczenie. Po tym w ten sam dzień zadzwoniła do mnie osoba decyzyjna w tej sprawie, że oświadczenie miał i te działanie były niepotrzebne i jeżeli będzie coś wiadomo to jesteśmy w kontakcie. No to znowu czekam.

Minęło ponad 1,5 miesiąca, dzwoni telefon, pan informuje mnie, że na dniach będzie w moim mieście i musimy jeszcze raz opisać zdarzenie. No ok, niech im będzie. Nie dość, że pana przyjąć musiałam w domu, to z pamięci opisywać wszystko ze szczegółami, nawet informacje po co byłam w tym a nie innym miejscu (później dowiedziałam się, że nie miał on prawa pytać mnie o takie rzeczy). Wykonałam 5 różnych rysunków zdarzenia, a przypominam była to zwykła stłuczka. Powiem tyle, że jak prawie 2 miesiące po zdarzeniu i tak pamiętałam bardzo dużo, a czasem zapominam co się działo wczoraj.

Wychodząc, pan dał mi do zrozumienia, że próbuję wyłudzić pieniądze, bo auto nie ma rys i wgniecenie wygląda jakby stało, ja karpik na twarzy bo WTF (szkoda, że przy rozmowie nie było nikogo z rodzinki).
Dodał jeszcze, że oświadczenie sprawcy nieco różni się od mojego, niestety nie wiem o co może chodzić. Powiedział, że mam 2 opcje. Mogę napisać mu pismo, że zrzekam się ubezpieczenia i przeciw mnie nie będą wyciągnięte żadne konsekwencje albo sprawa pójdzie dalej, bo na pewno przyjdzie odmowa ubezpieczenia i będę chodzić składać zeznania. Pan z firmy G dzwonił jeszcze kilka razy czy podjęłam jakąś decyzję nadal sugerując mi, że mam jeszcze czas na zrzeczenie się pieniążków.

Postanowiłam,że poczekam na dalszy rozwój wydarzeń, bo to w końcu są moje pieniądze. Nie po to człowiek tyle lat płaci składki, żeby potem go w ciula robiono. Dodam również, że w chwili obecnej jestem w 9 miesiącu ciąży, auta nie mam od 2 miesięcy co jest mi bardzo nie na rękę, ponieważ niewskazane są mi spacery. Myślę, że sprawa nie powinna tak wyglądać ale nie mam dużej wiedzy na ten temat, dlatego może ktoś tutaj jest w stanie mi coś podpowiedzieć.

Dodam, że odmowa jak na razie nie przyszła, pewnie znów wszystko przeciągnie się o kilka tygodni, a ja nie wiem jak z nimi walczyć - czytałam o tej firmie same negatywne opinie. Podobno robią tak specjalnie aby tylko nie wypłacać pieniędzy. Jestem też ciekawa czy faktycznie sprawa może skończyć się w sądzie z ich strony. Jestem osobą nerwową ,już teraz chodzę i myślę, że chcą zrobić ze mnie jakiegoś przestępce.

Przestrzegam wszystkich użytkowników przed tą ubezpieczalnią i mam nadzieję, że jak najmniej z was będzie miało z nimi do czynienia!







Zasłyszane od recepcjonistki w przychodni.

Przychodzi sobie do przychodni Pani, dość już starsza. Pani - co istotne - ma kulę i z daleka widać że utyka.
Pani we łzach błaga o wejście do chirurga, bo boli, oj boli, oj tak boli... Chodzić nie można, tak boli!
Ale co poradzić jak w poczekalni pełno ludzi, a najbliższy termin na sierpień?
Pani płacze, szlocha, serce się kraje. W końcu recepcjonistka mówi - no, niech pani zajrzy, może chirurg panią jakoś przyjmie.
Pani podziękowała i poszła do poczekalni.

Zostawiając kulę opartą o recepcję.
CUD!







Od urodzenia mam problemy zdrowotne, kardiologa, ginekologa i neurologa odwiedzam częściej, niż ulubioną ciotkę, tabletki łykam jak cukierki, operacji nie chce mi się już zliczać, a za pieniądze wydane na prywatne wizyty postawiłabym sobie już dawno różowy pałac.

Dziś będzie o niedawnej wizycie u ginekologa właśnie (co ważne dla późniejszych wydarzeń, mimo, że pełnoletnia od kilku lat jestem, wyglądam na jakieś 16-17 lat, szczególnie, że nie robię makijażu).

Na początek rys sytuacyjny: gdy miałam 11 lat zapadła decyzja, że trzeba mnie leczyć hormonami, ponieważ dojrzałam za wcześnie i nie rozwijałam się tak, jak powinnam.
Przez lata regularnie odwiedzałam moją zaufaną panią ginekolog (do której specjalnie jeździłam wiele kilometrów z mojego miasta do rodzinnej, malutkiej miejscowości), robiłam badania. Od zawsze słyszałam jednak jedno ostrzeżenie: jeśli będę chciała mieć dzieci, to nie mogę zbyt długo zwlekać, ponieważ już teraz będą problemy z zajściem w ciążę, a z czasem będzie ich coraz więcej, bo mogę nie donosić, płody będą uszkodzone, bo moja choroba wolno acz systematycznie pogłębia się.

Kilkanaście miesięcy temu postanowiliśmy z narzeczonym, że jeśli mamy zdecydować się na dziecko, to właśnie teraz jest odpowiedni moment, bo mimo mojego bardzo młodego wieku wiem, że to ostatni dzwonek. Rodzice każdej ze stron poinformowani, że decydujemy się na ten krok, rozumieją, że taka sytuacja jest ze mną, będą dla nas wsparciem i psychicznym i finansowym (mimo, że oboje pracujemy, a ja jestem jeszcze w trakcie studiów).

Zaczęło się dbanie o siebie, witaminy, ścisła kontrola gina, badania nas obojga etc.

Starania nie przyniosły jednak efektu i po prawie roku bezowocnych badań stawiłam się w gabinecie lekarza, by kolejny raz potwierdzić, że dziecka pod sercem nie noszę.

Partner czeka w poczekalni, obok kilka pań w wieku różnym, w tym dwie 65+, które przyszły z wnuczkami chyba.

Wychodzę zapłakana z gabinetu z wydrukiem usg, na którym nic nie ma (lekarz dał, żeby mi dokładnie pokazać, bo nie wierzyłam), narzeczony mnie przytula i sam ma łzy w oczach, pociesza, że będzie dobrze, że coś na to poradzimy, no co jeden babiszon donośnie syknął i BARDZO GŁOŚNO zwrócił się do drugiej, mówiąc:
- Patrzy pani, dzieciaka jej zrobił to ryczą tera, puszczalska jedna, tera to co jedna smarkula nogi rozkłada i ma za swoje, dziwka!
na co babsko nr 2 kiwając głową równie głośno powiedziało:
- Ale tego dzieciaka żal, matko boska! jeszcze zabiju, te aborcje zrobio, zaglodzo a puszczać się dalej bedo.

Gdyby mnie pielęgniarka nie złapała, to oczy wydrapałabym.

Niektórzy najwyraźniej jednak nie rozumieją, że jak młoda, to niekoniecznie do lekarza z niechcianą ciążą idzie i jak wielką tragedią jest dla kogoś o silnym instynkcie macierzyńskim fakt, że nigdy tego dziecka mieć nie będzie.








Jako że ani Nutricia Polska, producent Bobovity, ani Państwowa Inspekcja Sanitarna w Chorzowie, a także Carrefour w Chorzowie, nie poczuwają się do obowiązku poinformowania klientów o możliwości znalezienia się pleśni w obiadkach Bobovita junior-obiadek, warzywa z wołowiną w sosie pomidorowym, jestem zmuszony zrobić to ja.

W kwietniu 2013 roku zakupiłem w hipermarkecie Carrefour w Chorzowie, ul. Parkowa 20 kilkanaście sztuk słoiczków marki Bobovita, w tym obiadek - warzywa z wołowiną w sosie pomidorowym w ilości trzech sztuk, seria 570200/L:05.01.2015. Po otwarciu pierwszego z nich odczuwalny był smak pleśni zarówno przeze mnie, jak i przez żonę. Uznaliśmy, że być może nie zwróciliśmy uwagi i słoiczek był nieszczelny. Otwierając drugi upewniliśmy się, że jest on szczelnie zamknięty, wieczko nie było wypukłe i podczas odkręcania wydało charakterystyczne 'pyk'. W tym słoiczku również wyczuwalny był smak pleśni.

Przypomnieliśmy sobie wtedy z żoną iż w marcu mieliśmy już taki przypadek z jednym ze słoiczków Bobovita, nie pamiętaliśmy jednak którym. Uznaliśmy wtedy, że na pewno był otwarty i został wyrzucony do śmieci.

Mając na uwadze niedawną aferę wywołaną przez Panią Kamilę T. z Lublina, która rzekomo znalazła w kaszce firmy Nestle szczura i od razu powiadomiła o tym opinię publiczną poprzez Facebooka, a który to szczur okazał się być grudką kaszki, zaniechałem podzielenia się tym z wszystkimi pochopnie i pod wpływem emocji, by nie szkodzić wizerunkowi firmy.

Podzieliłem się więc najpierw z tym wyjątkowym odkryciem firmie Nutricia Polska i poinformowałem ich o fakcie wyczuwania pleśni. Po zapewnieniu mnie iż to jest niemożliwe, a jeśli już, to na pewno słoiczek był nieszczelny, odwiedziła mnie Pani przedstawiciel i zabrała ode mnie otwarty słoiczek do badań. Jednocześnie kupiła do badań, jak się później okazało, w Carrefourze słoiczki tej samej serii w ilości sztuk 2.

Kilka dni później otrzymałem od Nutricia Polska takie pismo:

http://images.tinypic.pl/i/00424/5ozj23kbmt5a.jpg

Fragment pisma:

"...Eksperci ds. zapewnienia jakości natychmiast po otrzymaniu informacji przystąpili do badań. Sprawdzili zapisy dotyczące dnia produkcji wyrobu i potwierdzili, że proces ten przebiegał prawidłowo.

Dodatkowo specjaliści przeprowadzili badania tzw. prób trwałościowych (obiadki z tej samej partii produkcyjnej, przechowywane na terenie zakładu produkcyjnego zgodnie z wymogami systemu zapewnienia jakości) - wyniki potwierdziły prawidłową jakość przebadanego produktu. Smak i zapach były właściwe.

Udostępniony przez Pana otwarty słoiczek (zawierający około 90% produktu) oraz zakupione przez naszą przedstawicielkę dwa słoiczki obiadku z tą samą datą przydatności i w tym samym sklepie gdzie Pan dokonał zakupu przekazałam do badań w Dziale Zapewnienia i Kontroli Jakości. Testy wykazały, że zapach i wygląd obiadków były zgodne z charakterystyką w normie jakościowej. Smak produktu z zamkniętych słoików był właściwy. Eksperci nie stwierdzili zapachu i smaku pleśni..."

Pomyślałem - niby wiem jak smakuje pleśń, moja żona wie jak smakuje pleśń, ale może coś z nami jest nie tak, bo Pani zapewniała mnie jeszcze przez telefon, że taki posmak jest charakterystyczny dla tej potrawy (?). Sprawdziłem w Carrefourze na półkach - po otrzymaniu od nich pisma słoiczki tej samej serii stały tam nadal, więc uznałem - jakby coś rzeczywiście znaleźli, nawet gdyby mówili inaczej, to przecież by partię usunęli z półek.

Jednak tego samego dnia, kiedy Pani z Nutricia odwiedziła mnie zabierając słoiczek, udałem się z drugim otwartym do Państwowej Inspekcji Sanitarnej w Chorzowie i zgłosiłem, że obiadki tej serii mogą zawierać pleśń. Otwartego słoiczka ode mnie nie przyjęto, z uwagi na to iż nie wiadomo ile i w jakich warunkach mogłem go przechowywać, co jest dla mnie zrozumiałe. Sanepid przyjął zgłoszenie i obiecał się zająć sprawą.

W dniu 29.07.2013, czyli ponad 3 miesiące po zgłoszeniu, odebrałem z poczty takie oto pismo z Państwowej Inspekcji Sanitarnej w Chorzowie:

http://pics.tinypic.pl/i/00424/zlsqjcsagtkw.jpg

"W dniu 18.04.2013r. przeprowadzono kontrolę interwencyjną w sklepie Carrefour ul. Parkowa 20 w Chorzowie, w trakcie której pobrano do badań Obiadek Bobovita Warzywa z wołowiną w sosie pomidorowym.

Badania sensoryczne wykazały zapach charakterystyczny dla użytych warzyw, pozostałych surowców i użytych przypraw, smak - swoisty z wyczuwalnym posmakiem obcym. W związku z powyższym w celu dalszej weryfikacji pobrano do badań laboratoryjnych w/w próbki w kierunku oznaczania pleśni.

Badania wykazały w 3 na 5 próbek obecność 1 kolonii pleśni, w związku z czym podjęto działania zgodnie z kompetencjami. Przesłano informacje do Inspekcji Weterynaryjnej nadzorującej producenta, która podjęła stosowne działania."

Czyli jednak smak nas nie mylił.

Tego samego dnia poinformowałem o tym Nutricia Polska, przesyłając im skan pisma od Sanepidu i informując, że wynik ich "badań" zasadniczo różni się od wyniku badań Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Firma skontaktowała się ze mną informując, że kontrola na zakładzie produkcyjnym nie wykazała żadnych nieprawidłowości i wszystkie produkty są najwyższej jakości. Poinformowano mnie również, że jestem jedyną osobą, która taki fakt zgłosiła i że przykro im, że mam takiego pecha. Wg nich najprawdopodobniej wina leży po stronie Carrefoura, który nieodpowiednio przechowuje/transportuje słoiczki i nawet jeśli było charakterystyczne pyk przy otwieraniu, to istnieje możliwość iż były mikronieszczelności, dzięki którym rozwinęła się pleśń. Na moje pytanie dlaczego wobec tego nie rozwinęła się w innych słoiczkach Bobovita (skoro są seryjnie niewłaściwie przechowywane/transportowane), tylko akurat w wołowinach w sosie pomidorowym kupionych przeze mnie jak i przez Sanepid, nie uzyskałem logicznej odpowiedzi.

29.07.2013, po otrzymaniu pisma z Sanepidu, odwiedziłem Carrefour, kupiłem 2 sztuki tego słoiczka, jednak z inną datą ważności - 570200/L:21.02.2015 i po otwarciu jednego z nich znowu to samo - smak pleśni.

W rozmowie telefonicznej z Panią z Nutricia Poland poinformowałem o tym fakcie i spytałem czy poinformują i ostrzegą klientów chociaż o tym, że słoiczki tej serii z tego konkretnego sklepu mogą zawierać pleśń (skoro przerzucają winę na stronę sklepu), lecz Pani powiedziała, że nie ma ku temu podstaw, bo ich kontrole niczego nie wykazały i wszystko jest w należytym porządku.

Zadzwoniłem więc do Sanepidu w Chorzowie i poinformowałem Panią, żeby skontrolowali również słoiczki tej serii, bo wg mnie z tymi również jest coś nie tak. Powiedziano mi, żebym przyszedł i złożył pismo. Odpowiedziałem, że jestem sam z dzieckiem, gdyż żona pracuje do godz. 22 i nie dam rady ich odwiedzić, ale zgłaszam to telefonicznie. Przecież i tak muszą jechać kupić te produkty do badań jak poprzednim razem. Pani mówi, że ona nie może opuszczać budynku, a inne osoby są w "terenie". Czyli krótko mówiąc pleśń w obiadkach dla małych dzieci - nie jest to sprawa niecierpiąca zwłoki. Po kilku minutach Sanepid zgodził się bym wysłał mu zgłoszenie mailem, co uczyniłem.

Pani z Sanepidu poinformowała mnie również, że:
- Był dzisiaj już u nich jakiś Pan z Nutricia Polska.
- Oni zakładu nie mogą kontrolować i robi to Inspekcja Weterynaryjna, któremu oni to przekazują. A kontrola Inspekcji Weterynaryjnej nic nie wykazała.
- Że tak naprawdę ilość pleśni była tak niewielka, że gdyby to było danie dla dorosłych, to nawet by o tym nie poinformowali, ale że to jest jedzenie dla małych dzieci, no to... wypadałoby.
- Na moje doniesienie o tym, że przedwczoraj kupiłem również słoiczek z pleśnią, Pani z Sanepidu zasugerowała mi, że być może mi się wydaje i może to być nie pleśń, a... tymianek, użyty w tej potrawie.

Moim celem nie jest psucie wizerunku marki Bobovita, gdyż kupowałem produkty tej firmy przez dwa lata będąc zadowolony i nie spotkała mnie przez ten czas, żadna niemiła niespodzianka. Ale skoro żadna ze stron nie kwapi się do ostrzeżenia klientów, to w takim razie poczuwam się do obowiązku poinformowania rodziców, by sprawdzali dokładnie i próbowali słoiczki tych serii, kupionych szczególnie w tej lokalizacji, gdyż mogą natrafić na pleśń, która to w składzie potrawy dla dzieci nie ma prawa się znajdować w żadnej ilości.

Uważajcie na "tymianek".








Żeby nie było - mam ogromny szacunek do osób niepełnosprawnych (sam mam taką w rodzinie), ale to co niektórzy sobie wyobrażają przechodzi ludzkie pojęcie.

Historia w placówce Poczty Polskiej, dosyć nowy urząd - wybudowany kilka lat temu. Niestety nie ma okienka do obsługi wyłącznie osób niepełnosprawnych, zatem ludzie, grzecznościowo, przepuszczają je do okienka. Razem ze mną przez przejście prowadzące do urzędu przechodził człowiek o kulach z częściowo amputowaną nogą. Nie wyglądało jakby miał problemy z poruszaniem się o kulach.

Pan podszedł do okienka i poprosił o przepuszczenie w kolejce, bo jest niepełnosprawny. Puścili go zatem wszyscy, nawet pani, która stała o lasce, na oko ok. 80 lat. Okazało się, że chce załatwić sprawę związaną ze swoim kontem w "Banku pocztowym", a to nie to okienko (stanowisko banku pocztowego było ok. 10 metrów obok). Dialog mniej-więcej taki:

[K] Klient
[P] Pani z okienka

[K] Chciałem zrobić przelew w banku pocztowym.
[P] Ale ja bardzo Pana przepraszam, ale to nie jest to okienko. Musi Pan podejść tu obok, do banku pocztowego.
[K] Ale mnie to g*wno obchodzi. Masz mnie obsłużyć!
[P] Ale proszę Pana, przykro mi, ale nie mam dostępu do kont banku. Proszę się nie denerwować.
[K] Ale ja k*rwa nie mam nogi!

Pani w okienku niemal się popłakała, bo zaczął ją wyzywać itp. W końcu powiedziałem facetowi, że jak nie zrozumie to go wezmę i sam zaniosę do tego stanowiska. Pokazałem palcem gdzie ma usiąść, a tam jest pracownik. Zaczął mnie od różnych wyzywać, ale poszedł. Najbardziej mi szkoda tej starszej pani, która chciała tylko wysłać list, a zmęczyła się niemiłosiernie.

Nie mam słów... a poczta ma bardzo uprzejmą obsługę i nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się taka sytuacja.



Od 6 lat mieszkam na stałe w Szwecji, a w moim mieszkaniu w Polsce mieszka mój przyjaciel. Na potrzeby historii nazwijmy go [E]di.

Godzina 7:30. Budzi mnie dźwięk telefonu. Myślę sobie, komu życie niemiłe, żeby mnie budzić o tej porze... Patrzę, a na telefonie wyświetla się Edi. Nigdy wcześniej nie dzwonił o tej godzinie, wiec wiedziałem, że to musi być coś pilnego, zapewne z coś z mieszkaniem. Odbieram:

[Ja]: Siema, co się stało?
[E]di: Policja cię szuka.
[J]: (wtf?) Jak mnie policja szuka? Co się stało?
[E]: Nie wiem, wpadli tu we dwóch o 7 rano, zostawili nr telefonu i kazali się skontaktować w godzinach 14-15.
[J] Ok, dzięki..

Szybki rachunek sumienia.. W Polsce bywam maksymalnie raz w roku. Nie przypominam sobie żadnego spotkania z policją, nic też głupiego nie zrobiłem, za co mogłaby mnie policja ścigać..
Dzień cały w nerwach, bo jeżeli policja wpada do mnie do mieszkania to musi być to coś poważnego. Nic nie mogę sobie przypomnieć, więc czekam do 14 i dzwonię:

[P]olicjant: Dzielnicowy, słucham.
[J]: Dzień dobry, z tej strony Misio Pysio, czy rozmawiam z starszym aspirantem Piekielnym Piekielskim?
[P]: Tak, słucham.
[J]: Był Pan u mnie dzisiaj w mieszkaniu o 7 i mnie szukał. Chciałbym się dowiedzieć o co chodzi?
[P]: Jest Pan poszukiwany w celu ustalenia Pana adresu pobytu, ponieważ został pan ukarany grzywną w wysokości 200zł.
[J]: Ale jaką grzywną? Za co?
[P]: Niestety nie mam wglądu do akt sprawy.
[J]: Proszę Pana, ja od 6 lat mieszkam w Szwecji, do Polski przyjeżdżam raz do roku i nie przypominam sobie żadnego kontaktu z policją.
[P]: To może być sprawa z wcześniejszego okresu.
[J]: Tylko ja sobie nie przypominam nawet wcześniejszych przygód z policją, więc chciałbym wiedzieć za co mam zapłacić.
[P]: Niestety nie mam wglądu do akt sprawy.
[J]: Dobrze, to poproszę nr konta, na który mogę zapłacić tę grzywnę. (Dla świętego spokoju. 200 zł to nawet nie pół dnia pracy, a nie chciałem znów mieć przyjemności gościć policji w domu, a podczas przyjazdu do Polski bym sobie to wyjaśnił).
[P]: Musi pan osobiście wpłacić i pokwitować.
[J]: Słucham?? Dopiero wróciłem z urlopu i nie mam możliwości przyjazdu do Polski.
[P]: Aktualnie jest wystawiony wniosek o ustalenie adresu. Jeżeli nie pojawi się Pan w najbliższym czasie, zostanie wystawiony wniosek o doprowadzenie Pana siłą, co będzie się wiązało np. z zatrzymaniem pana na granicy.

Więc podsumowując: policja wpada do mnie do mieszkania z samego rana, każą zapłacić jakąś grzywnę, nie mam pojęcia za co i mało tego, muszę po to specjalnie przyjechać do Polski, bo inaczej będę poszukiwany jak jakiś kryminalista..

Jak ktoś ma jakąś rade co z tym zrobić, z chęcią jej wysłucham.
Kocham Polskę, ale patrząc na to co się tam dzieje, cieszę się, że ułożyłem sobie życie w innym kraju..

[ Dodano: 2013-08-07, 19:51 ]
Historii z pomarańczową siecią na głównej nie brakuje, to i ja dorzucę swoje 3 grosze.

Pomarańczowy numer miałam jeszcze z czasów raczkowania 'Idei' i od tamtej pory każdą płatność regulowałam w terminie, ale jako że oferta nie powalała, a większość rodziny w innej sieci - zapadła decyzja o przeniesieniu numeru. Wizyta w salonie, wszystko załatwione. Minął rok, a tu nagle w skrzynce - niespodzianka! - pismo z intrum justitia z informacją o odkupieniu długu od O. Szok, bo w ciągu tego roku żadnego telefonu, pisma, faktury - nic. (Pewnie niektórzy wiedzą jak działają takie firmy - zaczęły się telefony, pogróżki, wizyty przysadzistego "windykatora terenowego" etc.)

Co się okazało po telefonie do pomarańczowych?

Że po wypowiedzeniu umowy wystawiona została jeszcze faktura, ale nie mogli jej wysłać, bo musieli usunąć dane z systemu (dodam, że zanim odcięli dostęp do elektronicznego systemu saldo było równe 0).
Tak, że jeśli nie jesteście jasnowidzami, to lepiej omijać tą sieć z daleka.

Ostateczny koszt faktury na jakieś 50 zł wyniósł prawie 500.







Kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki, bodajże 3 klasa, moja szkoła zorganizowała w Dzień Ziemi akcje sprzątania świata.
Wyglądało to mniej więcej tak, że każda klasa razem ze swoją wychowawczynią dostawała tak ze trzy duże worki i razem z tą wychowawczynią wyruszała w świat sprzątać.
Akcja fajna, bo można nauczyć dzieciaki jak szanować ziemię i pracę innych, to moja wychowawczyni była piekielna.
Pani typu zawsze szpileczki, krótkie spódniczki, masa pierścionków i ogólnie taka elegancka.
Ale do rzeczy, udajemy się całą klasą w skazany nam rewir i zaczynamy akcję. I tu kilka kwiatków zachowania wychowawczyni.

1. Nie sprzątała z nami. Już naprawdę nie mówię o jakimś zbieraniu każdego peta, ale mogłaby ten jeden raz ubrać się "roboczo" wdziać tą rękawiczkę i nas zachęcać, pokazywać nam. Motywować. Ale nie. Pani idzie sobie elegancka obok nas i tylko paluszkiem pokazuje, a tu jakiś śmieć został, a tam papierek, zbierajcie, zbierajcie. Kulminacyjnym momentem było, gdy zjadła jakiegoś batona i WYRZUCIŁA papierek pod nogi, każąc nam to sprzątnąć. Nie ma to jak szacunek dla czyjejś pracy i pokazanie dzieciom, że nie powinny śmiecić, bo to nieładnie.

2. Już na samym początku mieliśmy rozdane takie foliowe jednorazowe rękawiczki, żeby śmieci nie dotykać gołymi rękoma. Podarły ci się rękawiczki? Nie obchodzi mnie to. Co z tego, że mam jeszcze jakieś 20 par, nie dostaniesz drugich. Sprzątaj tak. - rozumowanie owej wychowawczyni.

3. Kazała mojej koleżance wrzucić do worka NIEŻYWEGO KOTA (!!!). Koło śmietnika zdechło się zwierzątku, bywa. Ale kazać wziąć 9-latce do rąk zdechłego kota i wrzucić do wora na śmieci?! Już pomijam względy higieniczne i te rzeczy, bo szkoda słów.

I w takiej oto "przyjaznej" atmosferze upłynął nam ten dzień i akcja Sprzątamy Świat.




Historia sprzed około roku. Praktyki w SOR.
Do SOR zgłasza się 40-letni [F]acet, chodzący o własnych siłach. Towarzyszy mu jego własna matka. Wchodząc do gabinetu [M]atka lamentuje "ratujcie go, bo umiera". [L]ekarz się pyta pacjenta co się dzieje.

[M] - Słabo mu, ratujcie go, bo umiera.
[L] - Proszę panią, nie panią pytam.
[M] - Niech pan go ratuje bo umiera.
[L] - Pan ma 40 lat przeszło, chyba potrafi za siebie
mówić, chyba że jest ubezwłasnowolniony.
[M] - Słabo mu, nie ma siły chodzić. Ratujcie go.
[L] - Niech pani wyjdzie z gabinetu.
[M] - Pan jesteś lekarz? I tak się pan zachowuje? Pan ma ludzi leczyć, a nie wyrzucać.
Po wyjściu matki lekarz zwraca się do pacjenta:
[L] - Proszę mi powiedzieć co się panu dzieje?
[F] - Doktorze bardzo mi słabo od samego rana, bardzo źle się czuję.
[L] - A coś się wydarzyło? Jakiś stres?
[F] - Przez tydzień piłem wódkę i od wczoraj nie piję.

Lekarz zlecił podstawowe badania krwi i zlecił podanie elektrolitów. No bo cóż, na kaca czy na zespół odstawienny raczej nie ma lekarstwa.

Po 2 godzinach facet został wypisany ze szpitala, bo wszystko było ok. Matka oczywiście swoje, ze co to za lekarz co wypisuje umierających ludzi. Ogólnie jazgotała.
Godzina nie minęła jak karetka z powrotem przywiozła tego faceta, bo podobno zasłabł w aucie w drodze do domu.
I matka dalej mogła sobie poużywać na lekarzu, że jej facet umiera, a lekarz go nie chce leczyć.
Szkoda, że mamusia nie interesowała się synkiem jak przez tydzień pił. Najlepiej mieć pretensje do wszystkich, że człowiek na kacu przychodzi do szpitala, a oni go odsyłają.
A naprawdę chorzy czekają w kolejce.








Jak kupować przez Internet? Krótki poradnik.

Kup tą samą rzecz, ale w 2 różnych rozmiarach.

Zapłać za jedną sztukę i pod żadnym pozorem nie kontaktuj się ze sprzedającym. Nie pisz żadnego: przepraszam za pomyłkę, proszę o wysłanie tylko rozmiaru M.

Nie odbieraj przez tydzień telefonu i nie odpisuj na maile.

Po tygodniu oczernij sprzedawcę na popularnym forum internetowym - jakim to jest złodziejem co ma Twoje pieniądze, a nie wysyła towaru.

A jak już oczernisz, i sprzedawca zadzwoni do Ciebie po raz 5968956598, gryząc się w język, żeby nie użyć niecenzuralnych słów, to odbierz i zaszczebiotaj słodkim głosikiem 'ojej, faktycznie, hihi, tylko rozmiar S poproszę'.

I gotowe!








W związku ze zbliżającymi się obchodami Powstania Warszawskiego urząd miasta planuje wielkie święto, składanie kwiatów, przemówienia, kamery, bajery bo wybory za pasem, trzeba się lansować za wszelką cenę - wiadomo o co chodzi.

Zaproszono również powstańców, ludzi starszych, schorowanych, po przejściach, między innymi zaproszono dziadka pani która napisała do gazety co ich spotkało. Pani ta poprosiła urzędników aby zapewnili jej dziadkowi krzesło, zwykłe, najtańsze składane krzesełko, bo dziadek nie ustoi w upale przez całe obchody..

Jak była odpowiedź urzędasów z Ratusza? Absolutnie nie ma możliwości zarezerwowania krzesła, jeżeli dziadek chce mieć pewność, że się na krzesełko "załapie" musi przyjść DWIE godziny wcześniej i sobie na nim usiąść!!

Dziadek powiedział tylko, że swoje już zrobił, a o krzesło nie zamierza już walczyć...

Szkoda ,że nie będę w Warszawie, sam bym poszedł i dziadkowi krzesło zajął. Acha, ten pan ma 91 lat...

Wielkie brawa dla urzędników z Ratusza i dla pani HGW za wzorowe dobranie sobie współpracowników.

Wstyd i hańba...


Piszę trochę z bezradności, a trochę z nadzieją, że ktoś doradzi.

Od zawsze korzystałam z rodziną z usług TP (najpierw stacjonarka, potem jeszcze internet). Jakieś 3 lata temu przy kolejnym podpisywaniu umowy zaznaczaliśmy, że będziemy się przeprowadzać i czy wtedy można zerwać/rozwiązać umowę. Oczywiście nie było problemu. Dodatkowo dostaliśmy w gratisie jakiś pakiet telewizji (której nawet nie zainstalowaliśmy nigdy). Przyszedł czas przeprowadzki i wymówienia umowy z, wtedy już, Orange.

Teoretycznie wszystko powinno być OK z tym, że... No właśnie. Okazało się, że nie możemy rozwiązać umowy, ale możemy przenieść numer wraz z usługami. Nie było nam to na rękę, bo telefon stacjonarny już od dłuższego czasu tylko się kurzył, ale skoro tak no niech im będzie. To poprosimy o przeniesienie usług. I czego dowiadujemy się w odpowiedzi? Że nie ma możliwości przeniesienia usługi, bo sieć nie dysponuje "wolnym kablem" w naszej nowej okolicy. Czyli jakby na to nie patrzeć: mamy płacić, ale nie mamy możliwości korzystania z usług (szczerze przyznaję, że nie pamiętam, czy dotyczyło to i telefonu i internetu, czy tylko jednej z tych usług). Wysłaliśmy więc reklamację. Oni nam kolejną nic nie wnoszącą decyzję. Więc odwołanie.

Trwało to kilka miesięcy i nagle kontakt z ich strony się urwał. Pomijam fakt, że chyba dwa miesiące zajęło im zmiana adresu z starego na nowy (i tam wysyłali pisma, ale mieliśmy jeszcze klucz do starej bramy i skrzynki), a ich pisma wysyłaliśmy w jedno miejsce, a odpowiedzi przychodziły z innego (to był czas zaraz po połączeniu się TP z range).

Ale skoro cisza to uznajemy, że przyjęli nasz tok rozumowania (podłączcie to będziemy płacić).
Jakżeśmy się mylili.

W zeszłym tygodniu na konto mojej mamy wszedł komornik. Orange sprzedało dług, czy też podała nas do sądu, ten wyrokiem nakazał spłatę należności, więc konto zablokowane.

PODOBNO wysłali do nas pismo z informacją o oddaniu sprawy do sądu, ale wróciło do nich. Nie, nie wysłali kolejnego. Nie, nie dostaliśmy informacji o żadnej rozprawie (ponoć sprawę rozpatrywał sąd internetowy, więc jak mniemam w trybie zaocznym). Nie, nie otrzymaliśmy żadnej decyzji, ani wyroku (od którego można by się odwołać). Gdyby nie ten komornik na koncie, to nawet byśmy nie wiedzieli, że mama jest "skazana".

Czy ktoś może coś doradzić co zrobić z tym fantem przed wybraniem się do prawnika, bo kwota nie jest oszałamiająca, a przez koszty komornicze wzrosła o 30%, ale wolimy dać te pieniądze prawnikowi niż im.









Zostaliśmy wezwani do kolejnego "upadł i nie rusza się". Wezwanie, wbrew pozorom, o częstej treści. Wobec takiego opisu (dyspo nie dał rady wyciągnąć ze zgłaszającego więcej) dostaliśmy nakaz jechania na sygnałach, no bo kto to wie co tam się stało...

I znów - trzeba wybrać jakąś trasę. W szczycie jest taki problem, że żadna trasa do miasta nie jest dobra, ale wybieramy taką, gdzie wiemy, że przez kawałek są pasy BUS/TAXI (w połowie drogi niestety się kończą). Zawsze można jakoś z tego skorzystać. Pierwsza część trasy jakoś minęła, druga była gorsza.
Wcisnęliśmy się na pas dla autobusów i jedziemy. Po prawej słupki wzdłuż chodnika, po lewej siatka odgradzająca pasy ruchu od torów tramwajowych. Przed nami końcówka pasu autobusowego. Co teraz... Dwa pasy obok zawalone.

Nie chcąc specjalnie mocno zwalniać kierowca otwiera szybę i ręka macha, że chce wjechać na pas, bo jakoś nikt na widok kończącego nam się busowego nie postanowił nas wpuścić. Nic...
Zwolnił nieco i zaczyna się pchać na pas obok. Nic... Auta, którym wpychamy się na pas wpychają się na pas obok próbując ominąć ambulans. Przed nami się zatrzymują bo przecież karetka wyje "to trzeba się zatrzymać" (nie wiem skąd to przekonanie). I teraz my stoimy, oni stoją. Cofnąć już nie możemy bo ustawiliśmy się pod takim kątem, że za nami był słupek, na przód się nie da, bo auta wpychające się na ostatni pas zablokowały przejazd, przed nami cały czas stoją nie wiem dlaczego, a przed nimi pusto bo przecież wszyscy się zatrzymali, a dalszy ruch odjechał...

Sytuacja absurdalna. Ludzie zaczynają trąbić, a facet z przodu nie chce ruszyć. Po torach jedzie tramwaj, przez chwilę zastanawiam się czy nie wsiąść do niego, może dojechałbym na miejsce szybciej...

W końcu jakiś cudem styki przepuściły informacje i kierowcy przed nami ruszyli. Wokół nas zrobiło się tyle luzu, że kierowca dał radę wykonać manewr i udało się ich wyprzedzić.

Ludzie... Na szkoleniach z prawa jazdy powinni uczyć co robić jak jedzie pojazd uprzywilejowany... Jak to jest, że tramwaj przemieszcza się szybciej niż ambulans na sygnale...





Historia kalipso http://piekielni.pl/52577 przypomniała mi wydarzenia sprzed paru miesięcy, gdy mojego męża dopadł potworny ból pleców spowodowany przepukliną kręgosłupa.

Rzecz działa się w szpitalu na ostrym dyżurze. Mąż siedział spokojnie i czekał na swoją kolej. W pewnym momencie w poczekalni zjawiła się piekielna rodzinka. Trzy paniusie w średnim wieku, przyprowadziły starszą kobietę, która źle się czuła. Wszystkie panie zajęły ostatnie siedzące miejsca w poczekalni. W czasie gdy starsza pani weszła do gabinetu na konsultację, pacjentów zaczęło przybywać i ktoś zajął miejsce, na którym do tej pory siedziała. Gdy z niego wyszła, jedna z piekielnych kobiet (PK), zwróciła się do mojego męża (M)

PK: - Nie widzisz, że mamusia jest chora i musi usiąść?! Przecież nie będzie na stojąco czekać na wypis i recepty. Ustąp jej miejsca!
M: - Przykro mi, ale ja też jestem pacjentem, ból pleców nie pozwala mi stać.
PK: - Jaki bezczelny! Młody jesteś, nie udawaj że cię coś boli, wstań!
M: - Wypraszam sobie! A może jedna z pań mamusi miejsca ustąpi, czy panie też ciężko chore?

W tym momencie panie wpadły furię i zaczęły słać pod adresem męża stek przekleństw. Krzyki usłyszała jedna z pielęgniarek i wyszła na korytarz zobaczyć co się dzieje. Kiedy mąż wyjaśnił jej całą sytuacje, nakazała wszystkim osobom towarzyszącym natychmiast opuścić poczekalnię. Wszyscy nie-pacjenci się oburzyli, a jeden ze starszych panów jak wychodził, rzucił do mojego męża:
- I widzisz, ch... co narobiłeś?! Tak ciężko było wstać?!




Pamięci do cen jako takich nie mam.
Ale najlepsze jest to, że na etykiecie naklejonej na produkt widnieje cena 7,99, a kasa nabija mi 8,59. Sytuacja zdarza się nagminnie w Tesco. Za każdym razem, kiedy panie z POK widzą mnie z paragonem, spylają na zaplecze. Ciekawe czemu?

Ale szczytem było, kiedy kupowałam lalkę. Taką małą, siedzącą w foteliku do karmienia z łyżeczką i talerzykiem.
Cena na półce: 19,99 a kasa nabija 39,99.
Lecę do POK, idziemy sprawdzać cenę półkową, kod na cenówce, czy się zgadza z tym na opakowaniu i sprawdzić, czy wszystkie rzeczone lalki mają identyczny kod. No mają, cena, kody i wszystko inne się zgadza, a kasa nadal nabija 39,99.

Pani z POK stwierdziła, że może mi ją sprzedać za 39,99, innej możliwości nie ma, bo kasa nabija i już, i że, uwaga: moim obowiązkiem jest zapytać pracownika działu, czy cena jest dobra, czy przypadkiem któryś z pracowników nie zapomniał przełożyć cenówki, tudzież czy nie jest to stara partia towaru. Czujecie absurd?

Idąc tym tokiem: robię zakupy składające się z 20 produktów... I te 500 osób w Tesco stojących grzecznie w kolejce do pana z działu "mrożonki" i pytających, czy przypadkiem ta paczka... Obłęd!
Kłótnia i przegadywanki trwały dobre 20 minut, aż dostałam lalkę za 19,99. Dałam banknot 50 zł, a pani wydała mi 30 zł. Zapytałam więc, gdzie mój grosz. Po następnych pięciu (!) minutach odzyskałam nawet jego!

Zdecydowanie wolę zakupy w internecie...

 #653245  autor: osawolow
 07 sie 2013, 19:55
Mój partner jest po wypadku.
Codziennie wożę go na rehabilitację. Ale nie o służbie zdrowia będzie mowa.
Na godzinę, na którą ma wyznaczoną wizytę jest 10 osób, które rotacyjnie przechodzą z pomieszczenia do pomieszczenia, czy z przyrządu na przyrząd. Na te 10 osób on jest jedyną osobą w tzw. "wieku produkcyjnym", reszta to emeryci w wieku 60, 70+.
Sami starsi ludzie, siwe włosy, stateczni, wydawało by się kulturalni, a jesteśmy świadkami takiego chamstwa, że oczy przecieram ze zdumienia.

Wchodzimy na salę ćwiczeń z życzliwym dzień dobry.
3 starsze panie i jeden pan ani nie burkną litery w odpowiedzi. Dzień dobry, do widzenia, proszę, czy dziękuję nie słyszałam jeszcze ani razu, ani do nas, ani do personelu.
Wchodzą i wychodzą jak ze stodoły.

Kłócą się każdego dnia o szafki na odzież w przebieralni, aż na korytarzu słychać, a niektórzy mają niezły temperament.
Przepychają między sobą, jakby się bali, że jakiś zabieg ich ominie mimo, że personel prosi i upomina, że każdy przecież wejdzie na swój już przypisany zabieg.

W poczekalni zajmują krzesła torbami i ciuchami. A co tam, że facet stoi o kulach, młody to postoi, tylko miejsce zajmuje starszym, rehabilitacji potrzebującym.
Słyszałam już kilka komentarzy, że młodzi to teraz do niczego, bo stękają, że ich boli. "Udają gnoje, bo im się robić nie chce". Do tego wymowne spojrzenia na mojego, bo gipsu nie widać, a on śmie utykać jak kaleka.
Dziś zebrałam też parę "miłych" słów, jak podjechałam pod wejście, na te kilka sekund, żeby tylko wsiadł. Mam się przestać zgrywać, bo tu nikogo z ZUSu nie ma i nie musi udawać, może z buta zapierniczać.

Personel znosi połajanki z minami cierpiętników, bo na każdą uwagę słyszy że oni są starzy i schorowani, czekali po kilka miesięcy i im się należy, dużo więcej niż te ochłapy.

A za drzwiami cudowne uzdrowienia.
Na przystanek autobusowy lecą jak gazele, też się oczywiście przepychając i kłócąc przy wsiadaniu...

Co się do diabła z tymi ludźmi dzieje?!






Po drugiej stronie krzaka borówki, czyli kilka kwiatków z pracy sezonowej (jak się nie trudno domyśleć - zbieranie borówek).

1. Spokojnie zbieram borówki z dużego krzaka wkładam rękę głębiej, a tam baba zaczynająca drzeć się na mnie:

: To moja połówka złodzieju ty! Nie będziesz mi kradł, ja tu jestem od 7:00! (No jak każdy, bo na tą godzinę było umówione).
[Ja]: To zapraszam do mnie, pani sobie zerwie dwie borówki z mojej strony to będziemy kwita.

2. Na zbiorach byłem 5 dni, z czego przez dwa pierwsze dni było na 7:30, a resztę na 7:00. Oczywiście o zmianie nikt nie wiedział. Wszyscy przyjechali o 7:30, brama zamknięta, tłum ludzi krzyczących o otworzenie, a po drugiej stronie beztroska pani, która oznajmiła, że nikogo nie wpuści - bo spóźnienie (powtarzam, nikt nas nie informował o zmianie godziny).

3. Około godziny 12:00, pół godziny do przerwy. Zbieram sobie owoce spokojnie, raz trafi się wielka, granatowa bomba, raz czerwona. Ładna, ładna, czerwona, bomba, czerwona... PUPA. Tak, szanowna, pani spokojnie załatwiła sobie swoją potrzebę pod krzak. I tak, tą "drugą " potrzebę, oczywiście zostawiając "prezent" dla innych. Po zwróceniu uwagi, kobieta szybko podciągnęła majtki, wzięła kosz z borówkami i uciekła. Brak słów...

4. Rozumiem, że jak rodzice jadą na zbiory, to biorą ze sobą dzieci, bo nie mają gdzie ich zostawić, ale brać niespełna 3-letnie dziecko marudzące co chwile, że zimno/gorąco/mokro/brudno/jeść/pić/brzydko/niedobrze/kupa/siku itp. to przesada.

5. Jeżeli komuś się praca znudziła, to idzie oddać to co zebrał i idzie po pieniądze... tak myślałem, ale nie. Tym co się nudzi, zjadają borówki/zrzucają na ziemię/siedzą i nic nie robią. A pracodawca ma straty zamiast przychodów.




Historia nie moja, ale [Z]najomego. Zamieszczam ją, bo może ktoś z Was będzie wiedzieć, co zrobić w tej sytuacji.

Kilka lat temu [Z] kupił dosyć spore jezioro z zamiarem zarobku - chciał zarybić je szlachetnym narybkiem, tj. karp, lin, węgorz itp. oraz wybudować rybaczówkę dla wędkarzy. Narybek wpuszczono dość szybko, w związku z tym m.in/ okoliczni właściciele domków letniskowych mieli tymczasowy zakaz połowów. Pływać też nie można było, bo istniał problem z zatrudnieniem ratownika wodnego. Jak wspomniałam, zakaz był tymczasowy - max. sezon lub dwa. Ale to chyba i tak przelało czarę goryczy...

Wśród właścicieli były osoby wysoko postawione - sędziowie, prokuratorzy, biznesmeni przez duże B - jednym słowem ludzie z kasą. Zamiast spokojnie pogadać z [Z] zaczęli robić mu na złość, kłusować, blokować budowę rybaczówki, a w końcu nawet pisać pozwy sądowe.

Koronnym argumentem przeciwko zakazowi połowu miał być rzekomy przepływ jeziora. Jedne ekspertyzy zaprzeczały temu, inne potwierdzały. Istny cyrk. Rozprawa goniła rozprawę, pozew gonił pozew... Znajomy tracił siły i nerwy, ale wygrywał.

Aż do feralnej sprawy, zgodnie z wyrokiem której znajomemu odebrano jego własność! Tak, to nie żart. Zapłacił kilka lat wcześniej grube pieniądze (~100tys. zł), posiada wszelkie dokumenty mówiące o jego własności... Ale zabrano mu ją, bo jezioro przepływowe rzekomo nie może być własnością prywatną, a jedynie należeć do Skarbu Państwa i Związku Wędkarskiego.

Nie wiem, czy będzie się odwoływać od wyroku (chciał odwoływać się do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu). Kontakt z nim zupełnie się urwał. Mężczyzna załamał się i wcale mu się nie dziwię. A wszystko to dlatego, że ludzie nie potrafili wytrzymać bez jeziora, z którego notabene teraz też nie korzystają.





Jakichś parę miesięcy temu, miała miejsce 50 rocznica ślubu moich dziadków. Mówię konkretnie o dziadku, który wtedy świetnie się czuł, ale zdiagnozowano u niego raka płuc. Podjął się leczenia i miał się stawić na badanie tomografem w celu wyznaczenia miejsca naświetlań.

Przygotowano go do badania, pielęgniarki wycofały się za szybę, do pomieszczenia kontrolnego i rozpoczęły pogaduszki.

Będąc w tomografie dziadek zaczął się dusić (pewnie alergia na kontrast), a te ślepe krowy nic nie zauważyły, bo były zajęte pogadanką. Dopiero przechodząca przez korytarz pielęgniarka, zauważyła, że coś się dzieje i wpadła do pomieszczenia kontrolnego krzycząc: "Nie widzicie, że pacjent umiera?". Dopiero wtedy łaskawie wzięły się do ratowania dziadka, ale było już za późno.

Taki dobry człowiek, który wychował ośmioro dzieci, cieszący się wnukami i prawnuczką umarł w tak niegodny sposób. Z wielką przyjemnością wysłałbym im koński łeb i list z "podziękowaniami" za dopuszczenie do śmierci dziadka, ale na takie sz*maty szkoda konia uśmiercać.







O blondynie co była mistrzem kierownicy.

Nigdy nie oceniałam ludzi po wyglądzie. Nigdy też nie sugerowałam się stereotypami, ale pani w platynowej fryzurze wręcz mnie powaliła...

Kilka dni temu wracam sobie spokojnie z pracy, przechodząc obok dworca PKP. Dzień zapowiadał się tak samo jak każdy inny, do czasu aż dało się usłyszeć krzyki pewnej pani. Odwracam się, może coś poważnego się dzieje...

Okazuje się, że pani w nowym, srebrnym autku trąbi średnio co pięć sekund, w międzyczasie krzycząc "halo, no halo!". Tylko jakoś autko przed nią nie specjalnie reagowało. Może dlatego, że stało puste na parkingu?

Panią w blondzie uświadomił dopiero inny kierowca, który minął auta na parkingu...







Moja mama zachorowała na raka, niestety zbyt późno wykryty i nieoperacyjny. Żadnej możliwości wyleczenia, opieka paliatywna. W takiej sytuacji należy się chorej tzw. dodatek pielęgnacyjny /ok.190zł/. Wniosek się składa w ZUS-ie właściwym ze względu na zameldowanie, potem ten wniosek przesyłają do ZUS-u właściwego ze względu na miejsce przebywania /podczas choroby opiekuję się mamą 200km od jej domu/.
W tym ZUS-ie lekarz orzecznik bez "widzenia i badania" chorej, orzeka o niezdolności do samodzielnej egzystencji i przesyła papiery tam, gdzie zainteresowana je składała, czyli ZUS-u właściwego ze względu na miejsce zameldowania. Na tej podstawie ten ZUS wyda decyzję o przyznaniu w/w niezdolności.

Zastanawiam się po co te papiery tak błądzą i po jaki czort te miejsca zamieszkania i zameldowania, skoro NIKT PACJENTA NIE WIDZI I NIE BADA?

I jeszcze jedno - mama dostała te świadczenie na rok, na pewno wyzdrowieje, wiem że ZUS jej tego życzy.










iedyś w maju, wracałem samochodem z pracy po nocnej zmianie. Podjechałem pod bramę mojego podwórka, wysiadam z zamiarem jej otwarcia, podbiega sąsiad, pan w wieku ok. 70 lat.

- Dzień dobry, panie Adrianku, czy podwiózłby pan mojego wnuka do szkoły, bo mi samochód nie chce zapalić?
- Nie ma sprawy, silnika nawet nie zgasiłem, to jeszcze mogę śmignąć.
- Super, sąsiedzi muszą sobie pomagać.
- Jasne i oczywiste.

Wsiadł [M]łody, ja kieruję się w stronę oddalonej o kilometr od nas szkoły podstawowej.

-[M] Gdzie pan jedzie?
-[J] Twój dziadek prosił, żebym odwiózł cię do szkoły.
-[M] Ale dlaczego jedziemy w tę stronę?
-[J] (WTF?) Bo przecież tam jest szkoła.
-[M] Ale mnie rodzice przepisali do miasta do szkoły.

Zawróciłem i pojechaliśmy do oddalonej o... 17km szkoły.

Wczoraj grzebałem trochę przy aucie. Poszedłem do domu napić się wody i już zostałem. Zapomniałem o aucie. Otwarte drzwi, a co za tym idzie zapalone światło wewnątrz (5 żarówek: dwie z przodu, trzy z tyłu) i włączone radio. Dzisiaj wsiadam, przekręcam kluczyk - ni drgnie.

Idę do sąsiada, czy nie podjechałby swoim autem do mnie, żeby kable podpiąć, żebym mógł zapalić. Sąsiad gały na wierzch i mówi:
- Co ja, pomoc drogowa jestem? Po assistance sobie zadzwoń, albo autobusem jedź.

Poszedłem do domu bez słowa. Ja za taksówkę mogłem robić i to za darmo jechać łącznie 34km, ale dziadzio 20m, to już nie.
Przyjechał po mnie kolega. Bezinteresownie.











Nie wiem jak wielu z Was o tym słyszało, warto jednak tutaj coś napisać.

Słyszeliście o panu Emilu? To człowiek, który jeździł i "ośmielał się" piętnować nadużycia Straży Miejskich dotyczące fotoradarów czyli np. niezgodne z instrukcją jego ustawienie, dokonywanie pomiarów w miejscach bezpiecznych (wtedy fotoradar robił za tzw. fotokasownik - aby nazbierać jak najwięcej mandatów i pieniędzy z tego tytułu).
Człowiek ten ma teraz problemy. W sądzie w Sulechowie toczy się sprawa karna przeciwko niemu. O co chodzi? Już wyjaśniam.

Pani komendant Straży Miejskiej z Kargowej, do spółki z panem Leszkiem W. człowiekiem, z którym dokonywała pomiarów prędkości zastawiła na pana Emila pułapkę, jak twierdzą niektórzy. Wyglądało to tak, że kiedy pan Emil przyjechał do Kargowej w dniu 3 sierpnia 2012 r. pani komendant usiłowała zatrzymać pana Emila - mimo tego, że nie posiadała takich uprawnień - stając przed maską jego samochodu. W odpowiednim momencie zgięła się wpół udając, że samochód ją potrącił, natomiast panu Leszkowi "przypadkowo" udało się zrobić zdjęcie uwieczniając całą tą sytuację.

Pan Emil na szczęście miał włączoną kamerę w samochodzie, która to zdarzenie uwieczniła. Widać na nagranym filmie, że w momencie, w którym pani komendant SM z zgięła się udając uderzenie samochód pana Emila stał w miejscu. Próbowano oczywiście "zabezpieczyć" kamerę pana Emila, jednak nie pozwolił na to.

W związku z tą sytuacją pani komendant udała się do lekarza celem zrobienia obdukcji. Lekarz stwierdził u niej zasinienie i obrzęk kolana prawego oraz bolesność uciskową rzepki, zaznaczając, że obrażenia te mogły powstać w czasie podawanym przez pokrzywdzoną (a więc w czasie rzekomego potrącenia jej przez pana Emila).

Ponad to prokurator Arkadiusz F. oskarżył pana Emila o przestępstwo stalkingu, jako że jeździł za panią komendant swoim samochodem i filmował ją podczas dokonywania czynności służbowych sugerując, że wykonuje je w sposób niewłaściwy.

Piekielności dodaje tutaj kilka faktów:

1) sąd wyłączył jawność rozprawy (sędzia Piotr F. wyprosił publiczność) oraz nie zezwolił panu Emilowi na korzystanie z dyktafonu w celu nagrania procesu,

2) Rada Miasta Kargowa wynajęła dla pani komendant adwokata (zapewne z pieniędzy z kasy miasta), który reprezentuje ją w procesie,

3) na stronie miasta Kargowa nie ma ANI SŁOWA o tym, że taka sprawa w ogóle ma miejsce, gdzie wszystkie sprawy gminne są dokładnie referowane,

4) brak (póki co) jakiejkolwiek odpowiedzi ze strony Burmistrza czy Rady Miasta.

Jak dla mnie założona sprawa w sądzie jest próbą "uciszenia" pana Emila, ponieważ za sprawą jego działań liczba mandatów wystawionych przez SM zmalała, a co za tym idzie zmalały wpływy pieniędzy do kasy miejskiej. Piekielne jest to, że popiera to sam burmistrz Kargowej, który dotychczas sprawdzał się dobrze jako gospodarz miasta. Aż wstyd.









Ponad dwa lata temu zakupiłem pewną rzecz na allegro (o tym jaka to rzecz napiszę później, bo będzie to istotne dla tej historii).
Zapłaciłem od razu po wygranej aukcji i pełny optymizmu czekałem na paczkę, która miała do mnie przyjść kurierem.

Po około tygodniu paczki w dalszym ciągu nie było, więc skontaktowałem się ze sprzedającym, który potwierdził iż paczkę wysłał (wprawdzie nie zaraz po wygranej aukcji ale jednak już powinna do mnie dotrzeć).
W następnym dniu (sobota) paczki dalej niet... Więc lekko już podkur... nerwowany pomyślałem, że jest mała szansa aby do mnie dotarła w ten weekend. Postanowiłem więc wyładować nerwy i wziąć się za sprzątanie domu i okolic, w związku ze zbliżającym się sezonem jesienno- zimowym. W tym czasie mój balkon był miejscem, do którego niezbyt chętnie zaglądałem, bo miałem tam delikatnie mówiąc niezły syf.... a w nim między innymi opony zimowe, huśtawkę ogrodową, kosiarkę spalinową i mnóstwo narzędzi.
Otwieram więc drzwi na balkon, a na ziemi coś sobie leży.... duże pudło... czyli moja paczka. A teraz kilka szczegółów, dzięki którym mam nadzieję wyobrazicie sobie jak mocno przecierałem oczy ze zdziwienia....

1. Mieszkam w domu jednorodzinnym piętrowym.
2. Balkon jest na pierwszym piętrze.
3. Balkon jest ogrodzony płotkiem od strony placu.
4. Rzeczą, którą kupiłem był.... teleskop... z natury więc sprzęt dość delikatny.

I teraz jedyne dwie możliwości znalezienia się mojej paczki na balkonie:

1. Kurier przyjechał, nikt mu nie otworzył, więc w swoim małym rozumku uznał że po prostu wrzuci moją paczkę na balkon, przy okazji przerzucając płotek. Odległość od możliwego miejsca rzutu do miejsca upadku to około 3 metry w dal i 4 metry w górę. W tym przypadku kurier musiałby być zmutowaną Amebą.

2. Kurier przyjechał, nikt mu nie otworzył, więc Pan kurier pomyślał i zebrał się na odwagę aby wspiąć się na wysoki betonowy murek, aby z niego wejść na dach garażu, aby z niego wspiąć się na dach, po którym doszedł do miejsca gdzie jest balkon. W tym przypadku kurier musiałby być połączeniem Ameby ze skłonnościami akrobatycznymi.

Meritum:
Teleskop służy mi do dzisiaj (był bardzo dobrze zapakowany i na szczęście nie zdążył spaść deszcz w międzyczasie), a ja od tego czasu staram się odbierać paczki osobiście.






Od dnia dzisiejszego jestem przestępcą. Skazanym prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, na mocy artykułu 288 paragraf 2 Kodeksu Karnego.

Sprawa ciągnęła się lat kilka (w końcu doczołgałem się do 3 instancji), niestety jednak w brew własnemu sumieniu (i w moim odczuciu logice) zostałem uznany winnym zniszczenia mienia w postaci szyby bocznej przedniej, w samochodzie marki BMW 320 (E90) rocznik 2009 o wartości 290 zł i skazany na grzywnę.
Dlaczego?

Ano dlatego, że w czerwcu 2010 r. wielce szanowany pan mecenas zaparkował swoje czarne BWM, szczelnie zamknięte, w pełnym słońcu, zapominając o drobnym istotnym fakcie. W samochodzie owym pozostał, z wolna się gotujący około 2-letni biszkoptowy labrador. Widząc na wpół ugotowanego, drapiącego pazurami szybę psa, po prostu ją wybiłem przy użyciu balistycznej brukówki (na szczęście była pod ręką) do czego nie omieszkałem się przyznać zarówno wezwanej na miejsce zdarzenia policji, jak i przed majestatem Wysokiego Sądu wszystkich instancji.

Jestem przestępcą tym gorszym, że absolutnie nie poczuwam się do winy i nie odczuwam skruchy. Nawet gorzej, odczuwam satysfakcję, bo psiaka udało się uratować.

Dla wszystkich wątpiących, historii do dnia dzisiejszego nie opisywałem gdyż:
1. Opowieści (prawdziwych i zmyślonych) o psach pozostawionych w upalne dni, w zamkniętych samochodach jest od groma i ciut ciut.
2. Do dnia dzisiejszego miałem nadzieję (o ja naiwny), że trafię na rozsądnego sędziego.







Mój były szef "zapomniał" o mojej wypłacie za kilka dni przepracowanych przed zwolnieniem. Zwolnił mnie 5 dnia miesiąca. Po kilku dniach moich pytań kazał czekać na kolejny miesiąc do 10 (kiedy wypłacał pensję innym), potem tydzień się do niego dobijałam bez większego odzewu (SMS "Nie mogę odebrać, jestem na spotkaniu", podczas gdy koleżanka z biura daje znać, ze szef właśnie je kanapkę - i podobne akcje).

W końcu wypłacił mi zawrotną kwotę 300 zł i przysłał mi przy okazji mail na mój temat. Poza różnymi ciekawymi uwagami co do mojej osoby ("nie lubię cię", "nie dzwoń, od ciebie nie odbiorę" czy "jesteś tchórzem i leniem, bo odeszłaś z projektu" i podobne) na wyróżnienie zasługują trzy:

- nie zasłużyłam na swoją pensję i gdyby nie moja upierdliwość, to by mi nie zapłacił i robi to tylko dla świętego spokoju (tu zaznaczę - w ciągu wspomnianego tygodnia wysłałam mu 4 SMSy i 3 razy dzwoniłam)

- przez cały okres pracy pomiatałam swoją koleżanką zza biurka i on nie mógł na to pozwolić, dlatego mnie zwolnił (tą samą koleżanką, która właśnie popija ze mną piwko i której dopiero co wykręcił numer kwalifikujący się do strzelenia go w twarz - krzesłem)

- wyliczył, że przeze mnie jego czteroosobowa firma poniosła straty na niemal 60 tysięcy za... klientów, których nie pozyskałam, więc jak się jeszcze raz spróbuję do niego odezwać, to mnie pozwie o odszkodowanie

Podsumowując - bezrobocie lepsze niż taki szef ;)







Moja siostra pracuje w firmie sprzątającej i chodzi na "klatki". Szefowa kazała siostrze i jej koleżance sprzątnąć blok od góry do dołu. Włącznie z oknami, poręczami i piwnicami.
Dziewczyny kończyły już sprzątanie, kiedy wyszedł gość z psem, który nasikał na świeżo umyte drzwi. Siostra zwróciła mu uwagę, że pies nie wytrzymał i zrobił siusiu. Na co facet odparł:
- Ty tu jesteś jak d**a od s**nia, żeby to posprzątać.

Jakim trzeba być chamem i prostakiem, żeby nie szanować cudzej pracy i w ogóle człowieka.







Lato, pora zjazdów rodzinnych.

Przyjechała do nas rodzinka w składzie: ciocia, wujek, pięcioletni synek. Młode małżeństwo z udanym dzieckiem: ciekawy świata, gadatliwym, grzecznym. Trochę tylko męczył koty. Co ciekawe, złapałam z nim dobry kontakt.

Przyuważyłam, że kuzyn zabiera długopisy - te doczepione do krzyżówek, te w kubkach - no po prostu każdy, jaki mu się nawinął. Trzeba przyznać, że zawsze je odnosił, niekoniecznie w to samo miejsce, ale zawsze coś.

Podejrzewałam, że rysuje po ścianach, ale nie znalazłam żadnych bohomazów. Zlekceważyłam temat.

Jestem w moim pokoju, przylatuje kuzynek i pyta, czy może wziąć długopis. Pewnie, że mógł - zaproponowałam mu długopisy neonowe i brokatowe, ale to zależy, co rysuje. Kuzyn na to, że niczego nie rysuje. Przyszła mi taka szybka myśl, że używa tych długopisów do męczenia kotów, postanowiłam zapytać go, do czego w zasadzie potrzebny mu ten długopis.

Ojej...

Chłopczyk zaczął mi opowiadać, że ostatnio zaczęła swędzieć go dupka i używał tych długopisów do drapania się... tam. Kiedyś go bardzo swędziało i mama powiedziała mu, że nie wolno mu się drapać palcami po dupce, żeby nie roznieść zarazków, dlatego wymyślił te długopisy (tyczki pomocniczki, eh). Dlaczego nie mówił mamie lub tacie? Bo dawali mu do jedzenia czosnek, a był strasznie niedobry.

I tylko przypomniałam sobie widok mojego ojca, który ma nawyk gryzienia długopisów...

Goście pojechali. A my jak na razie żremy czosnek i czekamy.

Epilog:
Powiedziałam małemu, co zrobił źle i dlaczego.
Powiedziałam także o sytuacji cioci. Była bardzo zażenowana i obiecała, że odkupi nam długopisy - a może wystarczy je wyparzyć? Ja też nie wiem.






Będzie to historia o tym, jak pewna firma chciała mieć wykwalifikowanych pracowników tanim kosztem.

Wszystko działo się w zeszłym miesiącu. Idę sobie do pracy, przebieram się, wychodzę na halę i tu zonk - kierownik daje mi wypowiedzenie.
Jak się okazało nie tylko mnie ten zaszczyt kopnął, poza mną jeszcze 2 kolegów dostało taki bonus.
Więc co robimy? Idziemy do UP, legenda głosi, że ktoś tam znalazł pracę.
Rejestracja, te sprawy i szukamy roboty.
Po dwóch tygodniach telefon z UP, mają dla mnie pracę, super, bardzo się cieszę, rozmowa z przyszłym pracodawcą za dwa dni.

Zachodzę do UP gdzie miła pani prowadzi mnie do pokoju i opowiada jaka to wspaniała firma chce mnie na pracownika.
Wchodzę do pokoju, są tam już 4 osoby, w tym 2 kolegów z mojej poprzedniej pracy. Myślę sobie ok, ze znajomymi będzie raźniej.
Siedzimy i czekamy na rozpoczęcie castingu.

Nagle drzwi się otwierają i wchodzi nikt inny jak nasz były pracodawca i zaczyna roztaczać piękną wizję pracy w jego firmie. Ok, pogadać można.

[J]ja
[P]prezes

[J]- Panie prezesie, to jakie będą warunki umowy?
[P]- No umowa na czas określony, pierwsza na okres próbny 40 godz. tygodniowo (już to widzę jak 40 godz. tyg.), dobre zarobki.
[J]- Co do zarobków, to ile zarobimy?
[P]- No wiesz Sevchenko, jako nowy pracownik to 1600 brutto.
[J]- Jaki nowy pracownik? Pracowałem dla pana 10 lat.
[P]- Ale teraz zaczynasz od nowa.

Na to brakło już mi argumentów, razem z 2 kolegów wstaliśmy i wyszliśmy.

To jest właśnie sposób na legalne obniżenie wynagrodzenia pracownikowi oraz na posiadanie wykwalifikowanych pracowników niskim kosztem. Dochodzi do tego również dotacja dla pracodawcy z UP.








Turyści...

Mieszkam we Włoszech, w typowo turystycznym mieście. Latem jest istny nalot rodzin z dziećmi i studentów, a na wiosnę i jesień wysyp emerytów. Jedynie miesiące zimowe, kiedy leje jak z cebra, wolne są od turystów. Wielu miejscowych na turystów ma uczulenie. Ja sama staram się jednak nie wchodzić nikomu w kadr (chociaż nie jest to łatwe, kiedy średnio co 2 metry ktoś robi zdjęcie) i nie taranować (to też nie jest proste, bo wielu przewodników ma w zwyczaju zatrzymywać grupę nagle i najlepiej w miejscach gdzie nijak nie idzie ich wyminąć). Staram się też, w miarę możliwości, tłumaczyć drogę nawet tym, którzy po angielsku nie mówią prawie wcale.

Moim najbardziej "znielubionym" narodem wśród turystów są Francuzi. Jak na razie, nie spotkałam ani jednego, który zadał by sobie minimum trudu nauczenia się chociażby 2 podstawowych zwrotów w języku kraju do którego jadą.

Pewnego dnia, korzystając z wolnego przedpołudnia, wybrałam się na zakupy. Celowo, wybrałam market z dala od wszelkich atrakcji turystycznych i nie okupowany przez wczasowiczów. Wracając jednak, z daleka, wypatrzyłam parę, ewidentnie turystów i ewidentnie zagubionych. Postanowiłam, że przechodząc obok, zapytam czy mogę jakoś pomóc. Nie zdążyłam... Pani turystka, nie siląc się nawet na pytanie, czy mówię po francusku zapytała w tymże języku:

T: Pani tu mieszka?
Ja: Tak, czego państwo szukacie?
T: Rynek Głowa! (fr. marché tête)
Ja: Yyyy ale tu nigdzie nie ma takiego rynku.
T: Jest! To jest atrakcja turystyczna! Po co pani kłamie, że tutaj mieszka, jak nie wie podstawowych rzeczy??
Ja: Zaraz, chodzi o Mercato Capo??? (wł. capo - szef, głowa)
T: Jakie Capo?! Mówię przecież, że Głowa!
Ja: Dobrze, to jest jeden i ten sam rynek, musicie dojść do głównej ulicy, skręcić w prawo i przed teatrem z lwami jeszcze raz w prawo.
T: Aha, i gdzie dojdziemy?
Ja: Do Mercato Capo czy jak Pani woli, Głowa.
T: Pani jest bezczelna! Płacą pani za wysyłanie ludzi na to Capo? Albo się nazywa Capo albo Głowa! Nie może mieć dwóch nazw!
Ja: Dobrze, to proszę zapytać w informacji turystycznej, na dworcu. Wie pani gdzie?
T: No nareszcie! I po co było kłamać, że się wie jak się nie wie?

I poszli.
A ja zostałam z wrednym uśmiechem na ustach... Dlaczego? Bo gdybym wysłała ich w przeciwną stronę, informację znaleźliby po max 10 minutach. A tak, czekała ich trzydziestominutowa wycieczka w upale, a po drodze minęli oba wejścia na poszukiwany rynek. Poza tym, po francusku mówi tutaj niewiele osób, ci co mówią często się nie przyznają, więc jestem prawie pewna, że szanowna pani Francuzka miała dłuuugą wycieczkę!








O kurierach historii było sporo, ale też dorzucę jedną od siebie.

Mój tato zamówił pewną rzecz na allegro. Minęło 2 dni i dzwoni kurier: ma paczkę, ale w domu nikogo nie ma i co ma z nią zrobić. Mój tato był w pracy i koniec końców dogadał się, żeby paczkę zostawić w sklepie. Wszyscy się zgodzili, paczka odebrana i happy end.

Za kilka dni tato zamawia znowu paczkę. Czeka tydzień paczki brak. Dzwoni do sprzedającego - on paczkę wysłał. Tato dostaje numer i sprawdza na stronie, a tam "przesyłka dostarczona". Zdziwił się i dzwoni do firmy.

Finał: okazało się, że kurier nawet nie fatygował się do domu, nie dzwonił, nie pytał, ba! nawet nie napisał SMS, że zostawia paczkę W SKLEPIE.






Szukałam pomocy w walce ze śniegiem optycznym u wielu okulistów (prywatnie). W końcu, gdy trzeci z kolei przepisał mi krople do oczu i nakazał rzadszego korzystania z komputera (jakieś pół roku nawet nie dochodziłam do laptopa, a oczy kropiłam co dzień, co NIC nie dawało), zrozpaczona poszłam do pani psycholog.

Dlaczego do psycholog?
Dałam temat na forum medycznym i ktoś polecił mi panią J., która może pomóc, gdyż problemy z oczami mogą mieć związek z nerwicą czy zachwianiem emocjonalnym. Nerwus ze mnie niemały, a że Pani blisko przyjmuje i na stronie same ochy i achy... Dobra, idę. Płatne z góry w recepcji, 150 zł. Wchodzę, młodziutka pani (na moje oko ledwo po studiach) każe mi siadać i mówić. Mój monolog zajął chwilę (powiedziałam o objawach, że jestem nerwowa i że rozładowuję napięcie bieganiem i słuchaniem muzyki). Zaznaczam, że na spotkaniu nie byłam zdenerwowana, raczej pełna nadziei na poprawę i pozytywnie nastawiona do wizyty.

Jej odpowiedź?
Mam silną nerwicę, a co za tym idzie powinnam tak jak sama wspomniałam biegać z pieskiem i słuchać muzyczki, bo to pomaga. Żadnej recepty, żadnego zgłębienia tematu, żadnych pytań. Jedno zdanie za 150 zł. Cóż...






Zajmuję się szeroko pojętą fizjoterapią. Często jeżdżę na wizyty domowe, czasem też, gdy ktoś nie dałby rady sam się dostać, to podjeżdżam i zabieram do ośrodka na rehabilitację.

Jakiś czas temu miałam pacjentkę z dużymi problemami z poruszaniem. Podjeżdżałam zawsze po nią i zabierałam na rehabilitację, później odwoziłam. Rehabilitacja była regularna, 3 razy w tygodniu, ta sama pora, te same dni.
Zawsze starałam się parkować jak najbliżej. Czas sprowadzenia Pani z 4-go piętra wynosił +/- 15min.

Po jakiś dwóch tygodniach odjeżdżając usłyszałam dość charakterystyczne walenie. Oczywiście zjazd na pobocze- nic. Walenie nie ustaje... Nic, jadę do mechanika. Co się okazało? Dwa gwoździe w oponie. Nic to. Kolejna rehabilitacja, kolejna gwoździe (tym razem 3). Tu już zaczęłam się poważnie zastanawiać.

Wiecie co się okazało? Pan z parteru nie mógł przeżyć, że ktoś zostawia samochód pod jego oknem. Zmotoryzowani mieszkańcy wiedzieli o praktykach pana, ja i moja pacjentka nie.
Cóż... mogłam się zastanowić czemu najbliższe wejściu miejsce jest zawsze wolne...

Swoją drogą - Pan miał niebywałą umiejętność ustawiania gwoździ tak, żeby się wbiły ;)









Komunikacja miejska..

Wsiadam sobie gdzieś na początku pętli, jeszcze pusto, więc zajmuję miejsce. Im bliżej centrum tym więcej ludzi wsiada, naokoło mnie spory tłum. Rozglądam się czy nie ma starszych ludzi wokół - nie ma, więc siedzę sobie spokojnie i patrzę w okno.

Zaczęło się niewinnie:
- Mamo, ja chcę usiąść.
- Nie ma miejsc wolnych.

Po chwili już krzycząc:
- Mamaaaaa! Ja chcę usiąść! Mi jest niewygodnie!

I patrzy się to dziecko na mnie wymownie, już nie zwraca bezpośrednio do mamy, niby to do niej mówi, ale odwrócony jest do mnie:

- Mama ja chcę usiąść! Ja nie chcę stać! - zaczyna się płacz.
- Nie widzisz, że nie ma miejsc? Chyba cię nie posadzę NA KOLANACH U PANI. - tutaj również mamusia wzrok na mnie.

- Ja chcę usiąść! Usiąść! Bolą mnie nogi! Chcę usiąść! - dziecko już ewidentnie zaczyna krzyczeć na mnie.
- Nie widzisz, że NIKT nie chce Ci ustąpić miejsca?

Trwało to trochę.. wymowne spojrzenia, krzyki w moją stronę, płacz, chłopiec zaczął nawet coś kopać... nie, nie ustąpiłam i naprawdę nie potrafię zrozumieć jak rodzice mogą uczyć wymuszania wszystkiego histerią - na sobie i na obcych ludziach. Mamusia nawet nie kazała mu się uspokoić.

W końcu po kilku przystankach znalazło się miejsce i mały przestał krzyczeć.

A wystarczyło poprosić.








O piekielności pewnej położnej.

Ciąża ze mną przebiegała jak najbardziej prawidłowo (przynajmniej na tyle ile umiano to w 1980r zdiagnozować). Natomiast przy porodzie okazało się, że nie dość że postanowiłam przyjść na ten świat w dość nietypowej pozycji (z główką do przodu ale przy główce rączka, jakbym się już wtedy do tablicy chciała zgłaszać), to jeszcze pępowinę miałam owiniętą wokół szyi (niedobór tlenu, ja sino-żółta). Nic dziwnego, że bez pokazywania mnie mamie, zabrano mnie z sali porodowej.

Po kilku godzinach odpoczynku, mama niecierpliwie rozgląda się, woła pielęgniarki licząc na jakiekolwiek informacje o mnie. Wchodzi jedna z położnych z noworodkiem na ręku. Mama z ulgą w oczach wyciąga ręce, a na to położna:
- Gdzie z tymi łapami, to nie jej, jej pod tlenem leży.

I poszła. Mama zemdlała.

 #653510  autor: cherry_xD
 08 sie 2013, 20:46
Rok 1986. Mama ze mną (lat 6) i bratem (lat 11) sama w domu, ojciec na strajku okupacyjnym miejsca pracy. Godzina 20-ta, pukanie do drzwi - listonosz z telegramem: babcia umiera, przyjeżdżać natychmiast.

Matka w panice pakuje dzieciaki, jedzie na zakład do męża, po wielu prośbach ojca wypuszczają ze strajku warunkowo, jedziemy godzinę po ciemku jak najszybciej się da.

Dojeżdżamy na miejsce, a tam babcia hasa żwawo po domu trzepiąc pierzyny i sprzątając, "bo przeca jak doktory przyjdą to musi być czysto, jak nie to wstyd przed sąsiadkami"...




Ludzie to debile. Historia autobusowa.

Jadę sobie w niezbyt zatłoczonym autobusie do domu. Na wolnych miejscach naprzeciwko mnie siada matka z dzieciakiem, ok. 7 lat. Matka czyta książkę, dzieciak się nudzi, więc zaczął stroić do mnie miny typu pokazywanie języka, ślinienie się, durne uśmieszki. Olałam.

Zaczął mnie deptać. Powiedziałam "przestań" - przestał na 10 sekund. Za chwilę wstał i zaczął dziugać mnie palcem w brzuch. Złapałam go za łapę i mówię "odwal się, gówniarzu" (wiem, bardzo kulturalnie, ale byłam zmęczona po siłowni).
Matka, spokojnie niczym tybetański mnich, przemówiła do syna by mnie zostawił w spokoju i dalej czytała. Olał ją, więc zwróciłam się do niej bezpośrednio by ogarnęła dzieciaka.

- Zostaw panią, Tomaszku.

Przesiadłam się na inne miejsce, ale dzieciak podążył za mną. Matka nawet tego nie zauważyła. Ten dalej swoje więc by zawstydzić matkę wrzasnęłam na cały autobus, żeby zabrała ode mnie swojego rozwydrzonego smarkacza, bo mu zaraz coś zrobię.

- Da pani spokój, to tylko dziecko. Proszę się z nim pobawić.

"Ku**a, no nie. No po prostu, ku***a, no nie." - jak głosi tekst z pewnego polskiego filmu.
Zauważyłam, że tuż za nami jedzie drugi autobus, który też jedzie do mnie do domu więc w desperacji chwyciłam swoją torbę i przesiadam się na najbliższym przystanku.
I tu najlepsze.
Dzieciak w ostatniej chwili wybiegł za mną. Nie zdążył jednak wsiąść, bo autobus zamknął już drzwi. Do tego w którym była jego matka też już nie zdążył.
I tak to siedmiolatek został sam. Rozpłakał się w sekundę, w ostatniej chwili zauważyłam też jego spanikowaną matkę w drzwiach tego pierwszego pojazdu.

Przyznam perfidnie, że od razu poczułam się lepiej.
Nie ze względu na dzieciaka, jego było mi potem trochę nawet żal, w końcu głupota to przywilej jego wieku. Mam nadzieję, że ktoś ze stojących na przystanku się nim zajął do czasu, aż matka po niego nie wróciła.
Co do mamuśki - mam nadzieję, że najadła się i strachu i wstydu.



Kraków, koniec czerwca tego roku, upały, jakich nie było dawno. Przy zaparkowanym na chodniku samochodzie stoi mężczyzna z dzieckiem w nosidełku. Dziecko jest niespokojne, płacze. Inteligentny tatuś stwierdza, że to z gorąca, więc przenosi nosidełko niedaleko drzewa, do cienia. Sam ponownie opiera się o samochód. Od dziecka dzieli go około półtorametrowy pas zieleni.

I nie byłoby w tym może nic piekielnego, gdyby nie fakt, że pan tatuś zostawił dziecko w jedynym miejscu, w którym aktualnie padał cień - na ścieżce rowerowej.




Działo się to w głębokiej komunie.
Zdawałem egzamin na prawo jazdy. Po części teoretycznej, nastąpiło oczekiwanie na część praktyczną - jazdę z egzaminatorem.

Obok mnie, na jazdę czekał starszy pan. Rozpoczęła się rozmowa.

Pan ten był od piętnastu lat taksówkarzem. Zdarzyło mu się jechać ulicą jednokierunkową, gdy naprzeciwko jego auta pojawił się motocyklista w cywilnym ubraniu, jadący wprost na niego.

- Panie, czy pan jest idiotą żeby jechać pod prąd?
- O, faktycznie trochę się zagapiłem - usłyszał w odpowiedzi.

Minęło kilka tygodni, gdy nasz taksówkarz dostał wezwanie do Komendy Ruchu Drogowego.
Stawił się w określonym dniu.
- Dowód osobisty, prawo jazdy, licencję poproszę. Usłyszał na początek rozmowy.

A następnie postawione mu zostały zarzuty:
Za utrudnianie przejazdu pojazdowi uprzywilejowanemu w akcji, oraz obrzucenie wulgarnymi wyzwiskami funkcjonariuszy, zostaje mu odebrane prawo jazdy.

Gość zdębiał, w ogóle nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi, więc oczywiście kary nie przyjął. Był pewien, że nastąpiło jakieś nieporozumienie.

Odbyła się więc rozprawa sądowa. Przed sądem czterech policjantów (wtedy jeszcze to byli milicjanci) - zgodnie zeznali, że jechali na synale radiowozem, drogą jednokierunkową, pod prąd, a kierowca taksówki zablokował im przejazd i im naubliżał.

Efekt nietrudny do odgadnięcia:
- Odebrane prawo jazdy.
- Odebrana licencja
- Wysoka grzywna.

I tak sobie siedzieliśmy na murku, opowiadając różne historie, aż przyszła pora na jazdę mojego sympatycznego kolegi.
Jazda jego po wąskich śródmiejskich uliczkach, w godzinie szczytu trwała 1 godz. 15 minut.
Po powrocie okazało się, że nie zdał.
Przed skrzyżowaniem, z chodnika prosto na niego wyjechał tyłem, parkujący tam samochód. Aby uniknąć zderzenia, egzaminowany, instynktownie zjechał na lewo i przednim lewym kołem zahaczył o ciągłą linię.

Wkurzyłem się naprawdę dopiero wtedy, gdy egzaminator, jadąc ze mną, powiedział do instruktora:

"Panie, ja bym z nim jeździł po mieście nawet 8 godzin, aż musiał bym go na czymś złapać!"





Jestem Zasłużonym Honorowym Dawcą Krwi. Co za tym idzie - mam pierwszeństwo w kolejkach do lekarza i w aptekach. W aptekach, w których robię zakupy, jak byk przy kasie są odpowiednie naklejki, poparte artykułem z ustawy itp.

Jeśli w aptece są 2-3 osoby, to spokojnie staję w kolejce i czekam jak każdy. Jeśli jednak jest tych osób ok 20... no cóż.
Przywilej to przywilej.
Przyzwyczaiłam się do tego, że nagle nie wiadomo skąd wychodzą (albo wręcz wchodzą do apteki) panie w wieku ok 50 plus z krzykiem "ja tu stałam!".
Jak również do tego, że wybucha awantura ze mną w roli głównej - dowiaduję się, że jestem niewychowana, niekulturalna, a kulturalni starsi państwo wyzywają mnie od gówien.
Norma, zawsze jednak informuję, dlaczego pomijam kolejkę, a na opornych zabieram słuchawki, by nie wdawać się w zbędne dyskusje.
Raz nawet dostałam łokciem pod żebra.

Ostatnio złapało mnie zapalenie pęcherza. Kto miał - zrozumie dlaczego raczej nie uśmiechało mi się grzecznie czekać, aż 30 osób stojących przede mną zrobi zakupy.
Przeprosiłam więc, stanęłam za osobą przy okienku objaśniając, dlaczego to robię, wskazując tabliczkę.

Pani stojąca obok mnie zaczęła krzyczeć coś na temat dzisiejszej młodzieży (kolejka dzielnie wtóruje), wyjaśniłam raz jeszcze, że jestem ZHDK, że przysługuje mi zrobienie zakupów bez kolejki. Pani najpierw zażądała okazania dokumentu, po czym stwierdziła, że sama też jest ZHDK. Zaproponowałam okazanie książeczek farmaceucie. Pani jakże elokwentnie zbyła mnie słowami "Sp******aj, gówniaro", dostałam po nerkach, pani dopadła okienka.
No cóż - kłócić z głupim się nie będę.

Poczekałam spokojnie aż pani zaspokoi palącą potrzebę, podchodzę do kasy i co słyszę od farmaceutki?

- No i po co było robić aferę? - plus monolog na mój temat.

Tak moi drodzy, korzystanie z przywilejów to robienie afer, bo przecież te karteczki o pierwszeństwie wiszą dla ozdoby.

Skargę napisałam, nie wiem, co się z nią stało.

Dla dociekliwych - Gdańsk, apteka dyżurna w Realu przy Kołobrzeskiej. Nie polecam.









No ręce opadają.
Czy my naprawdę żyjemy w takim ciemnogrodzie?

Moja mama właśnie wróciła z osiedlowego bazaru. Chciała kupić ziemniaki, pomidory - ot, jakąś zieleninę.
Podeszła do jednego ze straganów i mówi: kilogram tego, kilka sztuk tamtego...
Sprzedawca nic.
"Może jeszcze zaspany i nie słyszy" - pomyślała. Powtarza więc zamówienie. Szanowny pan dalej udaje głuchego. Mało tego. Odwrócił się tyłem i gmera gdzieś w swoich rzeczach. Mama trochę się wkurzyła i zapytała:
- Czemu pan mnie nie chce obsłużyć??
- To pani nie wie, że jak pierwszy klient jest kobietą, to kiepski utarg się szykuje? Na faceta czekam!

Powodzenia.
I gratuluję podejścia do klienta.






Czytam "Piekielnych" od roku, ale wczorajsza sytuacja zmusiła mnie do założenia tutaj konta.

Mieszkam na wsi, mamy klub piłkarski gdzie trenują dzieciaki 8-13 lat, jestem jednym z trenerów. Jedno boisko zrobiła gmina, świetna robota, ogrodzone, ale nie zamykane, każdy może przyjść pokopać piłkę bezproblemowo. Drugie, boczne jest kiepskie, ale da się grać. Na nim pod bramkami jest piach. Szerokość bramki ok 2,5m długości. Są 4 bramki, tak, że są 2 boiska idealne dla dzieciaków.

Wczoraj mieliśmy trening, podania etc. Nie było bramkarza więc stanąłem na bramce. Dzieciaki strzelają, rzucam się, lecę w piach, wstaję i czuję, że zaczyna mi "coś" lecieć po ramieniu. Patrzę, pełno krwi. Dzieciaki podbiegają, znajomy (drugi trener) też, szybko woda i okazuje się, że mam wbite ok 10 szkieł w rękę od nadgarstka do barku, plus 3 dosyć głębokie rany. Szybka jazda do szpitala. 23 szwy.

Powrót na boisko i sprawdzanie go. Pod każdą bramką, było rozsypane szkło ok 3cm długości, ostre strasznie i przysypane trochę piaskiem pod każdą. Łącznie wyzbieraliśmy ok 2kg szkła. Więc o "przypadkowym" zbiciu butelki nie ma mowy. Ktoś zrobił to specjalnie.
Znajomy pojechał po łańcuchy i kłódkę i zamknął główne boisko, ponieważ nie wiadomo czy tam też ktoś czegoś nie "wysypał".
Jedyny plus, że to ja się "nabrałem" na ten "żart", a nie któryś z dzieciaków.

Jaki to miało sens? Co ktoś chciał osiągnąć? Boisko jest na uboczu, wśród pól i łąk. Nie rozumiem... proszę o wytłumaczenie takiego zachowania.






Historia sprzed dwóch lat, w którą chyba ciężko będzie uwierzyć.

W mojej miejscowości mieszka pewna rodzina, w składzie: ojciec, jego druga żona i trzech synów ojca z pierwszego małżeństwa w wieku od 23 do 26 lat. Synowie nigdy ciężką pracą się nie skalali, po zdaniu matur osiedli na laurach i spokojnie sobie żyli z niemałej pensji tatusia.

Tatuś nie żałował na nic, fundował kochanym dzieciom wakacje, imprezy i wszystko o co go poprosili (prowadzi nieźle prosperującą firmę). Żyć nie umierać.

Pewnego pięknego dnia tatuś otrząsnął się z żałoby po śmierci pierwszej żony i postanowił poszukać nowej kobiety. Poszukiwania były na tyle owocne, że po pewnym czasie w ich domu pojawiła się takowa, w charakterze żony numer dwa. Od tamtego momentu przestał on być ukochanym tatusiem, a zaczął być "wrednym starym sknerą".

Stało się to za przyczyną jego nowej żony, której nie podobało się utrzymywanie za pieniądze swoje i męża trzech dorosłych facetów, którzy ani do pracy, ani do nauki, ani nawet do pomocy w firmie się nie garną.
Co za tym idzie skończył się wieczny dopływ kasy, a synkowie przyparci do muru, zaczęli rozglądać się za robotą. Szczęśliwym trafem znaleźli ją i po dłuższym czasie, na spółkę kupili nie pierwszej młodości, ale całkiem przyzwoity samochód "bo czymś na imprezy wozić się trzeba, jak ta stara hiena nie daje nam swojego". Wydawało się, że przyzwyczaili się do nowej sytuacji i życie dalej mijało im od imprezy do imprezy, na które jednak zarabiali już sami.

Pech chciał, że po kilku miesiącach zepsuło się stare auto ojca. Mając odpowiednie środki, postanowił sprezentować sobie nowe. I tak oto w garażu stanął piękny nowy Mercedes.

Niestety synkom zazdrość przyćmiła rozum. Nie mogąc znieść myśli, że znienawidzona macocha będzie "wozić się lepszą furą" niż oni, najstarszy z nich o imieniu Robert wracając nocą od dziewczyny wpadł na wprost genialny plan.

Wyobraźcie sobie, że podpalił garaż ojca! Oczywiście auto w nim stojące uległo zniszczeniu, straż została wezwana późno i niewiele dało się zrobić. Ślady podpalenia były podobno widoczne, zresztą chłopak szybko przyznał się do winy, o odszkodowaniu nie było więc mowy.

Wiecie co jest w tej historii najlepsze? Robert wyszedł z domu popołudniu i nie wiedział, że tatuś wraz z żoną wieczorem wyjechali do jej matki. Jakie auto uległo więc zniszczeniu? Astra, którą kupił razem z braćmi i na którą tak długo odkładał! :) Otóż młodszy brat korzystając z wolnego garażu wjechał samochodem na kanał, by coś przy nim sprawdzić i tak go zostawił na noc, by rano dokończyć robotę.

Do końca nie wiem jak skończyła się ta historia, wiem natomiast, że między braćmi nastąpił poważny rozłam i już nie macocha jest w tej rodzinie obiektem ich nienawiści.






W Polsce często narzeka się na poziom studiów, kadrę z przestarzałą wiedzą itp.

Otóż udało mi się zrobić doktorat w USA, w renomowanej (jeśli o mój kierunek chodzi) jednostce. Niestety, akurat skończyłam studia gdy amerykańska gospodarka była na dnie. Jako że większość uczelni wyższych tam podlega pod budżetówkę - nie oferowano w danym roku pracy na moim kierunku. I mówię tu o sytuacji w całym kraju (nie ma tam tak, że zatrudnia cię jednostka, w której się obroniłeś, przynajmniej nie na mojej uczelni). Finał historii - wróciłam do Polski licząc na to, że z takim a nie innym dorobkiem naukowym dostanę pracę w kraju.

Jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałam od kierownika katedry pewnej uczelni że "on by mnie z wielką chęcią zatrudnił, ale to nie jego działka. Rekomendował mnie do prorektor, ale ta jak zobaczyła CV to stwierdziła, że jestem przekwalifikowana (mam za dużo publikacji) i tylko bym niepotrzebnie zawyżała poziom dla kadry naukowej".

Do dziś nie wiem czy śmiać się czy płakać.









Czy można winić kogoś za pogodę? U mnie w pracy można.

Kolega odpowiedzialny za plac magazynowy miał do czwartku zaaranżować przewóz materiału z pola (prawdziwego, szczerego pola, które przylega do zakładu) na plac magazynowy. Niestety cały weekend padało i to mocno. My używamy lokalnych kierowców ze swoimi ciężarówkami do tego typu prac.
W poniedziałek przyjechali, popatrzyli i stwierdzili, że nie ma szansy na wjechanie w podmokłe, grząskie pole. We wtorek to samo. W środę jeden spróbował - zakopał się w błocie - był wyciągany bardzo dużą ładowarką...

W czwartek na zebraniu produkcyjnym kolega dostał naganę z wpisaniem do akt, za nie wykonanie założonego zadania. Próby tłumaczenia kierownik nie przyjął.




Kojarzycie pojemniki na pieczywo w Lidlu? Część z nich jest tuż nad podłogą.

Wchodząc ostatnio do w/w sklepu zauważyłam ok. 4 letnią, pulchną dziewczynkę klęczącą przy pojemniku z pączkami.
Nie zwróciłabym na nią większej uwagi gdyby nie zaczęła nagle krzyczeć w kierunku alejki:
- MAMO, TATOOO, mogę pączkaa?! Prooooszę!
- Eee, nie kochanie, zostaw je już i chodź tu natychmiast!
Zdziwiło mnie nerwowe spoglądanie na mnie i "spłoszenie" w głosie rodziców, więc odwróciłam się ponownie w stronę dziewczynki.

Dopiero wtedy zauważyłam, że wkładała ona rękę do pojemnika, zbierała lukier z pączków palcami, po czym je oblizywała.
I tak w kółko.








Sąsiedzi, ach sąsiedzi...

Rodzice moi mają dziwną sąsiadkę panią S. Owa S. często lubi wyrzucać przez balkon różne śmieci, uschnięte kwiaty itd. Nie raz i nie dwa moja matula zwracała jej na to uwagę, tym bardziej, że rzeczy te zwykle lądowały na balkonie moich rodziców.

Kilka dni temu mamuśka moja sprzątała swój balkon. Usiadła w rogu i w ciszy i spokoju wyrywała chwasty ze swoich kwiatów. Nagle szelest i łuuupp... burza piaskowa. Mama wychyla się przez poręcz, patrzy do góry, a tam sąsiadka po skończonym zamiataniu opróżnia szufelkę. Taki oto dialog wywiązał się między nimi:
M (Mama): Co pani robi?
S (Sąsiadka): No przecież śmieci wyrzucam.
M: Przez balkon? Dopiero tu wyprzątałam, a pani mi tu syf robi. A gdybym tak suszyła tu białe pranie?
S: Ale ja patrzyłam i widziałam, że pani tam nie ma prania.
M: Yhym, to jak prania nie ma to można?
S: No tak.

I sobie poszła...









Od jakiegoś czasu pracuję w sklepie obuwniczym. Nie jest to jakoś długo, ale ciekawych sytuacji już się trochę zebrało. Na początek sytuacja bardziej śmieszna niż piekielna.

Już jakiś czas mamy zorganizowaną promocję na wszystko. Wszędzie wiszą rzucające się w oczy czerwone plakatu z napisem "wszystko -30%" ale i tak są ludzie, którzy potrafią się pytać o każdą parę butów z osobna czy ona również jest przeceniona. Przejdźmy do sedna.

K- klientka,
J- ja,
M- partner klientki.

K: Przepraszam, czy te buty również są przecenione?
J: Owszem, promocja obowiązuje na cały asortyment w sklepie.
M: (podchodzi do nas) I jak? Przecenione?
K: Mówiłam, że nie. Promocja jest tylko na jakiś asortyment.
M: Idziemy stąd. tylko ludzi naciągają.
J: (lekko zmieszana) Przez asortyment miałam na myśli wszystkie buty, torebki oraz preparaty wraz z wkładkami dostępne przy kasach.
K: To nie mogła pani od razu? Jakiś asortyment pani sobie wymyśliła.

Niby mnie to śmieszy, ale jestem jednocześnie zmieszana tym jak inteligencja ludzi spada. Mało piekielne ale jednak zapadło mi w pamięci. Promocja trwa, może jeszcze jakaś perełka się trafi.








Historia z dzisiaj. Sklep ze sprzętem komputerowym.

Wchodzi [K]lient, mówimy sobie "dzień dobry".
[K]: Ja chciałem kupić takie coś. Podaje mi karteczkę, a na niej napisane "Windows 7".
[J]a: Nie ma sprawy - xxx zł.
[K]: Tzn. x miliony?
[J]: Tzn. xxx zł; przykro mi, ale nie pamiętam ile to by było przeliczając na stare..
[K]: Aha... A bo ja chciałbym wziąć to na raty. Tylko, że wziąłbym to na mamę. Co potrzeba?
[J]: To proszę przyjść z mamą, potrzebne będą 2 dokumenty tożsamości i dokument potwierdzający zatrudnienie, odcinek renty czy emerytury, w zależności od tego, z jakiego tytułu Pana mama pobiera pieniądze.
[K]: Ale to niemożliwe, bo mama jest po wylewie i nie chodzi. Ale ja wszędzie za nią się podpisuję, pobieram rentę i u lekarza też podpisuję.
[J]: Czyli posiada Pan upoważnienie do podpisywania dokumentów za mamę?
[K]: Tak.
[J]: W takim razie proszę przynieść mi dokument, który to potwierdza i nie będzie problemu.
[K]: Ale ja nie mam tego na piśmie nigdzie. Ale ja przyniosę dowód i odcinek renty, podpiszę się za mamę i załatwimy to tutaj.
[J]: Przykro mi, ale to niemożliwe.

Tutaj wymiana zdań - ja swoje o tym, że potrzebuję osobisty podpis mamy, a on swoje, że przecież on wszędzie wszystko za nią podpisuje. Nagle wpadł na genialny pomysł:

[K]: To pojedzie Pani ze mną do domu i tam mama podpisze! (do wioski nieopodal). Myślę sobie - pewnie! Tylko pożegnam się najpierw z rodziną.
[J]: Niestety, jak Pan widzi jestem tutaj sama i nie mogę zamknąć punktu.
[K]: No ale to najwyżej 1,5h! No to jak?

Oczywiście! Przecież jest ryzyko, jest zabawa...

Nie wiedziałam już, jak mam z nim rozmawiać, bo próbował już podejść mnie na litość, na złość, na uśmiech, poznałam całą historię rodzinną i Bóg wie co jeszcze. Powiedziałam, że skonsultuję się z szefem i dam mu znać... Chociaż nie zdziwię się, jak wpadnie tu ot tak z odcinkiem renty i dowodem mamy.
Ja nie twierdzę, że człowiek mnie okłamuje, bo różne są sytuacje. Ale niestety, ostrożności nigdy za wiele. I nigdy nie myślałam, że sprzęt, który sprzedaję jest wart miliony zł ;)







Zraniłem małą dziewczynkę.

Chwilowo poruszam się z pomocą kul.
Mieszkam z moją dziewczyną, kilka dni temu wróciłem późnym wieczorem od kolegi, dziewczyna już spała, ja poszedłem do łazienki wziąć prysznic, rozebrałem się, odstawiłem kule podszedłem do wanny i…

- K***A!!! – krzyknąłem tak, że usłyszał chyba cały blok, chwyciłem za jedną z kul i zacząłem uderzać nią we wnętrze wanny. Po chwili do łazienki wpadła dziewczyna i zaczęła krzyczeć na mnie:
- Co Ty robisz!? Upiłeś się!? Masz się uspokoić! – krzycząc podeszła do mnie, spojrzała do wanny i… krzyknęła głośniej przerażona.

Nie, nie upiłem się, w ogóle nie piję alkoholu. Ale przestałem wymachiwać kulą, objąłem dziewczynę i zacząłem ją uspokajać. W tym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi, więc obwiązałem się ręcznikiem i poszliśmy otworzyć. Na klatce schodowej stała sąsiadka z małą córeczką. Sąsiadka zaczęła mówić dość niepewnie:

- Przepraszamy, że o takiej porze, ale słyszałyśmy krzyki, a nam… - w tym momencie przerwała jej córeczka:
- Znalazł pan Pimpusia?

Pimpusia!? Pimpuś!? To bydle nazywa się Pimpuś!?

- Pimpuś… miał… wypadek – wyjąkałem niepewnie patrząc na sąsiadkę. Odesłała córeczkę do domu, a sama weszła do środka.

Jak wyjaśniła sąsiadka Pimpuś to ukochane zwierzątko jej córki, a dziś przez chwilę nieuwagi im uciekł i pewnie przez otwarte okno dostał się do mnie. Zwierzątko było większe, niż moja dłoń i grubsze, niż pięść. A ja od zawsze boję się pająków, nawet dużo mniejszych.

I tylko mała jak mnie widzi zaczyna szlochać i krzyczy: „Pan zabił Pimpusia!”







O tym, że pracownicy call center oraz pewna grupa przedstawicieli handlowych, bywają trudni do zbycia, wie każdy. Ale facet, który zadzwonił przed chwilą do mojej firmy pobił wszystkich bezczelnością.

Gwoli wyjaśnienia, pracuję w sekretariacie pewniej dużej, wielooddziałowej firmy, należącej do Miasta. Odbieram dokumenty, telefony i weryfikuję czy i do kogo kierować daną osobę, ale nie jestem centralką - większość interesantów dzwoni prosto do odpowiednich działów, tak jak ich kierują nr na stronie internetowej. Na mój nr dzwonią właściwie tylko "wciskacze" i takich mam obowiązek raczej spławiać, bo jedynie zawracają gitarę, często nawet nie bardzo wiedzą gdzie dzwonią i nie są świadomi, że jako publiczny zakład, wszystkie umowy załatwiamy przez przetargi.

[Ja]- Firma-Taka-i-Taka, słucham?
[Wciskacz] - Dzień dobry, Bardzo-Szybko-Imię-I-Nazwisko, Nazwa-Firmy. Czy mogę rozmawiać z osobą decyzyjną? - w tym momencie mi już zapala się lampka, bo sformułowania "osoba decyzyjna" używają wyłącznie przedstawiciele handlowi i to tacy, którzy nie znają struktury miejsca, do którego dzwonią, czyli dzwonią na chybił-trafił i liczą na kontakt z "szefem".
[J] A w jakiej sprawie?
[W] W sprawie interesów firmy Nazwa-Firmy.
[J] A dokładniej? Z czym pan dokładnie dzwoni?
[W] Dzwonię z Nazwa-Firmy w sprawie poprawienia kosztów energii elektrycznej i chcę rozmawiać z osobą decyzyjną!
[J] Czyli rozumiem, że ma pan dla nas jakąś ofertę na usługi?
[W] Tak, można tak powiedzieć. Ale co to panią obchodzi?! Pani decyduje?
[J] W takim razie dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani.
[W] Jak to? Ale to chyba nie pani decyduje? Jaki jest zakres pani obowiązków?!
[J] Proszę pana, nie muszę panu podawać takich informacji, ale na pewno do mnie należy decyzja o tym czy pański telefon jest zasadny i w związku z tym informuję pana, że nie mamy zapotrzebowania na tego typu usługi, a gdybyśmy mieli, to byłby wystawiony przetarg. Dziękuję i do widzenia.

[W] w tym momencie już zupełnie pękła żyłka i jak wcześniej mówił poirytowanym tonem, tak teraz zaczął się wydzierać, że on sobie nie wyobraża, że ja mu odmawiam rozmowy z osobą decyzyjną, że on dzwonił już do tylu różnych firm i zawsze rozmawia z kierownikami, szefami i nie pozwala sobie, żeby jakaś baba go spławiała...

Cóż, mnie też żyłka pękła. Powtórzyłam jeszcze raz, że przykro mi, ale jak mówiłam, nie jesteśmy zainteresowani jego ofertą i rozłączyłam się nie zważając na to, że [W] cały czas krzyczał. Trzy sekundy później telefon zadzwonił znów i ujawnił, że [W] był tak zajęty swoim wywodem, że nawet nie słyszał co do niego mówiłam, bo jego pierwsze słowa były:

[W] Chyba coś rozłączyło. Czy to może pani?
[J] Ja. Nie widzę sensu prowadzenia tej rozmowy, szczególnie kiedy pan krzyczy.
[W] Ale to nie pani decyduje! Proszę z szefem! Ja chcę wiedzieć kiedy są te przetargi!!
[J] Wszystkie informacje są na naszej stronie, ale mogę panu powiedzieć, że na chwilę obecną żadnego przetargu nie ma.
[W] A kiedy był?
[J] Przykro mi, nie mam takich informacji. W przeciągu ostatniego pół roku na pewno nie było.
[W] Ja chcę wiedzieć kiedy był! Pani ma obowiązek udzielić mi informacji!! - zaczął znowu wrzeszczeć.
[J] Jak mówiłam, nie dysponuję takimi informacjami.
[W] To kto dysponuje do cholery!?! Przełączy mnie pani w tej chwili!!
[J - [kapitulując] W takim razie proszę dzwonić do działu technicznego...
[W] No! Do widzenia!

Nie wiem czy się dodzwonił. Mnie o numer nie prosił, a fakt, że dzwonił na sekretariat wskazuje, że telefon wziął z jakiegoś innego miejsca niż nasza strona. Z takim chamskim podejściem raczej niewiele ugra.
Ale ciśnienie mi pajac podniósł.

 #653525  autor: osawolow
 08 sie 2013, 22:02
Ostatnio panuje słuszna nagonka na właścicieli psów, którzy okoliczne place zabaw traktują jako toaletę dla czworonogów. Jednak to, co wczoraj zobaczyłam, jest porażającym przykładem hipokryzji wojujących o czystość piaskownic rodziców.

Wracając z pracy mijam niewielki, ale zadbany i bardzo uczęszczany plac zabaw. Całość jest ogrodzona płotkiem, więc psy nie mają sposobności brudzić na jego terenie. Pewnie między innymi dlatego spora piaskownica jest obleganym przez dzieciaki miejscem. W tejże piaskownicy wczoraj pewna piekielna mama poinformowana przez małego synka o potrzebie odwiedzenia toalety wzięła go za rączkę, zaprowadziła na drugi koniec piaskownicy, ściągnęła porteczki i zachęciła do wytężonego wysiłku. Po wszystkim jego "grubszą potrzebę" przysypała lekko piaskiem i wróciła na swoją stronę, by kontynuować budowanie babek z piasku.

Pamiętajcie - nie wszystkie "ukryte skarby" w piaskownicach są winą zwierząt.


Treść kilku opisów usterek telefonów komórkowych oddanych na naprawę gwarancyjną. Opisy przytoczone w oryginale, podyktowane przez klientów, którzy wymusili przyjęcie telefonu do naprawy krzykiem i groźbami, ponieważ nie chcieli lub nie potrafili uwierzyć w tłumaczenia konsultantów.

1. "Kiedy przegladam fotka.pl dostępna możliwość powiekszania zdjęć jest zbyt mała i nie jest zgodna z moimi oczekiwaniami."

2. "Kiedy trzymam telefon poziomo (smartfon) wyświetlacz także obraca się w poziomie. Uniemożliwia to odpowiednie korzystanie z telefonu."

3. "Proszę o podregulowanie aparatu w telefonie gdyż nagrane filmy są niewyraźne, a telefon jest potrzebny do nagrania filmu z wesela."

4. "Kiedy w telefonie uruchomiony jest tryb samolotowy córka nie może się do mnie dodzwonić."

Na pytanie po co w takim razie pan włącza tryb samolotowy, klient odparł:

- Żeby do mnie nie dzwonili z głupotami.

Dodam, że każda z tych reklamacji została odrzucona, ale ani klienci ani przyjmujący telefony konsultanci nie musieli pokrywać kosztów przesyłki.








W okolicy otwierają prywatną przychodnię. Na pierwszy rzut oka wygląda lepiej niż moje miejsce dorabiania, więc wysłałam CV. I dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną.

Miło, kawka, ciastko, ochy i achy nad możliwościami. Wiecie, rozwój, komputery, badania diagnostyczne, cudowne szefostwo, a może i jakieś szkolenia. Nic, tylko brać.

Pytam więc o finanse. Rozmówcy milutcy, och, wystarczające, nawet wyższe niż przeciętna, będę zadowolona, i te szkolenia bezpłatne.
No dobrze, ale ile? Tak w złotówkach.
Hmm... No wie pani, proponujemy cudowne... 14 złotych! Fanfary!

Szczęka mi opadła lekko, pytam, czy to na pewno na godzinę? Tak, na godzinę, to i tak sporo! Brać i podpisywać!

Informuję panią, że chyba się im stanowiska pomyliły, bo ostatnio widziałam ogłoszenie "hostessa, promocje apteczne" za większą kwotę. A to na pewno nie jest stawka popołudniowa dla specjalisty w prywatnej przychodni i bardzo mi przykro, ale za 52 zł które dziennie zarobię u nich, kupię akurat benzynę, żeby do nich dojechać. I jeśli chcą rozmawiać sensownie, to moje stawki zaczynają się trochę gdzie indziej.

Pani posmutniała, obiecała porozmawiać z Szefem Szefów, może da się coś podwyższyć. Ok, mają mojego maila, można pisać.
Kilka dni później dostałam wiadomość "w nawiązaniu do rozmowy przesyłam w załączniku projekt umowy do podpisania". Ok, przeczytam. Cóż znalazłam?

- zakaz konkurencji (ogólny, bez precyzowania)
- brak odpowiedzialności za cokolwiek ze strony pracodawcy
- zobowiązanie do do pokrycia kosztów badań dodatkowych powyżej określonej ilości na miesiąc
- stawka 17 zł za godzinę

No i teraz nie wiem... taka oferta...







Czytałam na piekielnych już kilka historii o tym, jak to kurierzy Siódemki to najgorsze zło tego świata. Na szczęście, mimo że przesyłki były do mnie wysyłane za ich pośrednictwem, zawsze jakoś było ok.

Ale i na mnie przyszła pora.

Przesyłka nadana w poniedziałek. Dostaję powiadomienie. Sprawdzam we wtorek, że dostarczona do mojego miasta, ale cały dzień zawieszone i nie idzie dalej do opcji przekazane kurierowi. Myślę sobie, może mają jakąś awarię?

Sprawdzam dzisiaj - środa. Okazuje się, że przesyłka doręczona. Myślę sobie, ale jak to? Ja nic nie dostałam...

Piszę do firmy. Odsyłają mnie do wrocławskiego oddziału, którego mail nie istnieje...

W końcu pytam dwóch sąsiadek z piętra, ale żadna nie odebrała.

No i co teraz? Na klatce 24 mieszkania! Mam biegać do wszystkich?

Dzwonię na infolinię. Zamiast dzień dobry słyszę - no! - i czyjąś rozmowę. Po chwili Pani się reflektuje przedstawia itd.
Dowiaduję się, że odebrała to pani X. Mówię, że nie znam nazwisk mieszkańców klatki. Nie wiem kim jest Pani X ani gdzie mieszka. Sprawa przekazana do wrocławskiego oddziału. Pani zapewni że oddzwonią. Dzwoniłam o 11. Do teraz - jest 16, zero odzewu.

Na szczęście listonosz zna Panią X i powiedział mi pod którym nr mieszka.

Paczka była i na szczęście cała.

A teraz moje pytanie: Co kurier sobie myślał zostawiając moją paczkę za prawie 150 zł w innym mieszkaniu, nie informując mnie ani karteczką ani telefonicznie... Nie wiem za co zapłaciłam 15 zł i dziwię się, że tyle firm w Polsce jeszcze z siódemką współpracuje...

PS. Kiedyś zamawiałam 15 kg karmy dla psa i jak się dowiedziałam, że to siódemka, to dla pewności że paczka zostanie mi dostarczona do drzwi, wzięłam za pobraniem. Dzięki temu kurier był łaskaw dostarczyć przesyłkę w godzinach, które mi pasowały. Także polecam takie rozwiązanie jak jest możliwe. \










Nienawidzę nazi-feministek. Po prostu jestem na nie uczulona.

Sytuacja z poniedziałku. Byłam na mieście, pozałatwiać parę spraw i przy okazji stwierdziłam, że poszwendam się po "pietrynie", bo dawno mnie tu nie było. Dotarłam do mojego ulubionego antykwariatu, akurat wchodził jakiś chłopak, który uśmiechem otworzył mi drzwi i ustąpił przejścia... Dziękuję, chcę wejść... I nagle drzwi się zatrzaskują przed moim nosem, aż huknęły szyby. Moim oczom ukazuje się monstrum płci żeńskiej, wygolone prawie na zero (z jakimiś awangardowymi kłaczkami na czubku głowy), czerwone z wściekłości, oparte o rzeczone drzwi i wrzeszczy na chłopaka:

- Ona ma chyba ręce! Se otworzy sama, chyba nie?! Co, może siły nie ma, co?!

Kiedy minął pierwszy szok, to ja poczerwieniałam. Coś we mnie pękło i to co jej wywrzeszczałam, raczej nie nadaje się do zacytowania na publicznym portalu. W skrócie, że jeśli ma problem z przywilejami swojej płci, to droga wolna, może ją nawet zmienić, ale niech nie ogranicza praw normalnym kobietom, a jak koniecznie musi o coś walczyć, to niech się przypnie łańcuchem do drzewa i oby tam sczezła. W dużym skrócie.
Z zakupów zrezygnowałam.
A chłopakowi chyba poprawiłam dzień.







Historia będzie o szukaniu zysków w małych miejscowościach i kiepskich tego rezultatach.

Kilka km od mojej wioski jest miasteczko. Niewielkie, zwyczajne miasteczko, dwa większe samoobsługowe sklepy, jakiś warzywniak, drogeria, fryzjer, bank, ciucholand i sklep żelazny, w którym i widły kupisz i firanki jak zajdzie potrzeba.

Dookoła sporo wiosek, więc i sporo klientów do sklepów przyjeżdża, dodatkowo dwie większe fabryki tutaj są, więc przy okazji również zakupy ludzie robią.

Wszystko byłoby super, no ale wtedy tutaj bym nie pisała. Między tymi wszystkimi sklepikami są trzy parkingi, każdy po ok. 20-40 miejsc, oddalone od siebie kolejno o jakieś 200 metrów. No i o te parkingi mi się rozchodzi.

Władze miasteczka niedawno postanowiły, że na parkingach trzeba zarobić, więc wprowadzono karty postojowe. Pomysł sam w sobie może i uciążliwy, ale zupełnie zwyczajny i do przyjęcia, gdyby nie fakt, że do sprawdzania tego czy samochód postawiony na parkingu ma kartę, zatrudniono OSIEM osób.

Teraz na każdym z tych parkingów jest jedna osoba, która przechadza się między samochodami i jedna osoba, krążąca między tymi trzema niewielkimi parkingami. Ludzie unikają tych miejsc, stawiając samochody gdzieś dalej lub na zakazach włączając awaryjne, więc na parkingu z reguły są 3-4 auta.

Dodatkowo, aby mieć tę kartę należy ją kupić - rzecz oczywista. Dzisiaj podjechałam na parking, pani w neonowej kamizelce mnie zobaczyła wśród tych wszystkich dwóch pozostałych samochodów, które tam stały, widziała jak idę do kiosku kilkanaście metrów dalej, jednak zanim zakupiłam kartę i wróciłam (czyli jakaś minuta) zdążyła zrobić zdjęcie mojemu samochodzikowi, gdyż stał on na płatnym parkingu bez opłaty - ostatecznie była bardzo rozczarowana, gdy wymogłam na niej skasowanie tego zdjęcia.

Na koniec kilka moich przemyśleń:
1. Zatrudnienie tylu osób, opłacenie im składek, zapłacenie im wypłat, zakupienie im aparatów cyfrowych - jakoś ciężko mi uwierzyć, że te kilka kart parkingowych po 50 gr. sprzedanych dziennie pokrywa wszystkie te wydatki.
2. Skoro już wprowadzamy karty parkingowe, zatrudnijmy jedną osobę, ewentualnie dwie, które na zmiany będą pracować i spacerować pilnując tego, aby parkowanie było opłacone.
3. Jeśli już zatrudniamy więcej osób, to niech one pobierają opłaty za parkowanie, skoro i tak są właściwie przy każdym miejscu parkingowym - zaoszczędzimy na drukowaniu kart.










Słyszałem o wielu różnych akcjach w komunikacji miejskiej. Można je podzielić na 4 główne kategorie:

1) Babcia Basia i Bitwa o Miejsce Siedzące
2) Typowy Seba i Brak Słuchawek
3) Pan Menel i Brak Dezodorantu
4) Kanar Franek i Magiczny Mandat

Jednak dzisiaj rano byłem świadkiem czegoś tak niesamowicie dziwnego, tak niespodzianego, że nikt nie był w stanie zareagować.

Autobus do Szczecina, około godziny 10, miejsc w autobusie pełno. A i babcie sobie usiadły, a i Seba słuchał muzyki na słuchawkach. Nawet pan Menel usiadł obok i nie śmierdział. Aż na magicznym przystanku zwanym Hoża, wsiadł młody człowiek w wieku lat 16-18.

Co w tym dziwnego?

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, koleś zdjął spodnie, wypiął księżyc i zostawił brązową niespodziankę na łączniku. Chłopak uciekł, bo czekał na moment, w którym będziemy dojeżdżać do następnego przystanku.

Idealny do tej sytuacji był komentarz pana Menela:

- Jak żyję 40 lat, czegoś tak chamskiego nie widziałem nigdy.





Przygarnęłam psa.

Namierzyłam go, gdy wałęsał się po osiedlu mojego partnera. Piesek mały, miły, do tego samiec - bałam się, że ktoś mi go zabierze, zanim urobię swoją rodzinę i przygotuję mu miejsce u siebie w domu. Pewnego dnia zawołałam go, wskoczył do mojego samochodu - i pojechaliśmy do weterynarza, a następnie do domu.

Minęły mniej więcej dwa miesiące od czasu pojawienia się psa na osiedlu do przechwycenia go przeze mnie.

Gwoli ścisłości, rodzina przyjęła nowego z serdecznością, stary pies z czasem także. Koty - mniej, ale przynajmniej już się tak nie panoszą.

Oczywiście zniknięcie pieska z osiedla zostało szybko zanotowane przez mieszkańców. Mają tam jednego starego psa, który służy chyba w tylko do tego, żeby mieli komu resztki z obiadu wyrzucać przez balkon. Już mój pies był za to osiedlową maskotką - każdy go głaskał, psy mające rodzinę bawiły się z nim na trawniku etc.
Wkrótce mieszkańcy dowiedzieli się, że to ja zabrałam pieska. Niektórzy mówili, że szkoda, bo on taki pocieszny był, ale to dobrze że ma swój dom - generalnie nie spotkałam się z jakimiś negatywnymi opiniami.

Jestem w sklepie, razem z jedną sąsiadką [S] i ekspedientką [E]. Temat pieska - aktualny.
[S] - Bo pani zabrała tego małego pieska...
[J] - Tak, zabrałam.
[S] - No, on był taki fajny, wesoły bardzo.
[J]
[S] Pani X bardzo go lubiła, nawet miała go u siebie jakiś czas...

Przerywnik: tak, piesek zniknął na mniej więcej tydzień z podwórka. Doniósł mi o tym mój partner, sama zresztą widziałam pieska z jakąś obrożą. Już pogodziłam się z tym, że pieska ktoś przejął, po czym znów zaczął pojawiać się na osiedlu bez obroży. Mój wywiad wykazał, że nie śpi w żadnym z mieszkań, więc uznałam, ze znowu jest do wzięcia.

[J] Tak, pani X miała go chyba z tydzień, ale potem znów wylądował na...
[S] No bo ona ma za małe mieszkanie na psa. W sumie racja to, że mogłaby pani dać pani X z 10zł za tego psa...

Spojrzałam ze szczerym niedowierzaniem.
[J] Niby dlaczego?!
[S] A chociażby za te obrożę, co mu nałożyła!
[J] Ten piesek nie miał obroży, jak go zabierałam.
[S] Nie wiem, może zgubił, ale pani X bardzo lubiła tego pieska i coś na pociechę by jej się należało.

No tak, 10zł stanowiłoby wspaniałą pociechę dla staruszki. Bo przecież pies=10zł.

[J] Nie będę pani X dawała żadnych pieniędzy, bo...
[E] Niech ta pani X nie przesadza, że nałożyła psu znalezioną na śmietniku obrożę i czasem rzucała mu kostki z balkonu, to nie znaczy, że to był jej pies. Tak w ogóle kto to widział brać psa na tydzień, a potem go wyrzucać!
[S] Ale ja przecie nic nie mówię! Ja tylko mówię, co mówiła pani X!

Pani X nie wystosowała do mnie żadnych zarzutów, odpowiada na 'dzień dobry' - tak więc nie wiem, czy relacja pani sąsiadki w sklepie była prawdziwa czy zmyślona.

-----

Wieść o tym, że przygarnęłam psa, rozeszła się także po mojej rodzinnej wsi. Małe dzieci przychodziły nawet popatrzeć na nowego. Inni sąsiedzi mieli jednak inny sposób myślenia.
Psy w mojej wiosce często wymykają się ze swoich podwórek. Na szczęście nie są one agresywne, często odprowadzam psy sąsiadów na ich podwórka.
Jeden z psów sąsiadów pałętał się po wiosce. Odprowadziłam psa, sąsiad akurat robił coś w garażu.
- Panie Z, przyprowadziłam panu psa!

Pan Z podnosi głowę i mówi:
- A to gudłaj uciekinier! A zresztą jak chcesz to se go weź!

Pies chce ogon urwać - tak macha ogonem na widok swego opiekuna. Ja się uśmiecham (bo cóż na to odpowiedzieć), na co sąsiad Z:
- Serio mówię, weź se go.

Ja coś tam wyjąkałam, że mam już dwa psy i starczy, i poszłam.

Ktoś zadzwonił do mnie i powiedział, że podobno przygarniam zwierzęta, a on ma akurat małe koty do wydania. Trochę mnie to zirytowało, ale dałam temu chłopakowi kontakt do mojej pani weterynarz, która zajmuje się adopcjami zwierząt i ma mnóstwo ludzi, którzy chcą kotów.

Ale najbardziej chamskie było znalezisko poranne mojego ojca. Po moim podwórku pewnego poranka biegały trzy psy - w tym jeden duży i na pewno obcy. Czemu chamskie? Na noc zamykamy furtkę i bramę, nie ma innej możliwości - ktoś przerzucił psa przez ogrodzenie.

Załatwiliśmy sprawę z obcym - na szczęście była to młoda suczka z wilczurów, na tyle ładna że moja weterynarz jeszcze przed południem znalazła chętnego na nią.

I szczerze pytam - przeczekać czy dać do zrozumienia, że nie interesuje mnie przygarnianie większej ilości zwierząt?









Wakacyjnych perypetii część pierwsza.
Dzisiaj będzie na temat basenu.

1. Siedmioletni chłopczyk na rurze. A raczej przed rurą. Mam zamiar zjeżdżać. Dialog:
CH: No zjeżdżaj no!!!
J: Poczekaj, jeszcze poprzednia osoba nie zjechała.
CH: No zjeżdżaj!! I tak jej nie dogonisz, grubasko!!!
Po czym podjął się prób zepchnięcia mnie, ale niestety jestem taką "grubaską" ;)

2. W pewnym hotelu, gdzie znajduje się basen, organizowany jest Aqua Fitness dla kobiet. Za drobną opłatą. Podchodzi starsza pani.
P: To jakieś zajęcia są?
J: No tak, rano były zapisy, tylko to płatne jest.
P: A to wejdę, hehe, nikt nie zauważy przecież.

3. Młoda kobieta i starszy facet kręcący się obok niej. Kobiecie przeszkadza. Kręci się tak i kręci... w końcu co? Łapie panią w talii. Panienka pana odpycha. Na to facet (dostatecznie głośno, że chyba kilka osób blisko nich, w tym ja, usłyszało):
- No chodź tutaj do łazienki, zobaczymy twoją myszkę.

4. Kobieta w ciąży. Stoi w miejscu. Rozkłada nogi. I sika. Tak, było widać, nawet uważnie przyglądać się nie musiałam. Bo po co do łazienki oddalonej o niecałe trzy metry, skoro można do basenu?









Zasłyszane.
Był sobie facet. Miał psa. Pies wziął i umarł. Ze starości, w domu.
Facet poszedł więc ten przykry fakt zgłosić do urzędu miasta, by nie płacić dłużej podatku od czworonoga.
- Ale to pan nam musi dostarczyć dowód zgonu psa - oznajmiła pani urzędniczka.
- Znaczy co, mam ciało do was przynieść? - spytał facet.
- Nie nie, musi pan ciało zanieść do odpowiedniego zakładu utylizacji, oni wystawią zaświadczenie i z tym zaświadczeniem do nas...
- Dobrze, więc gdzie jest taki zakład?
- Nie wiem.
- A gdzie się mogę dowiedzieć?
- Nie wiem.

Nikt w urzędzie nie wiedział.









Sytuacja sklepowa... motto reklamowe to chyba "pozytywnie każdego dnia".
Nie pisałbym o tym gdyby sytuacja miała miejsce raz, bo wiadomo zawsze możne się zdarzyć. Ale już trzy razy z rzędu to lekka przesada.

Tak więc każdorazowo po zakupach, sprawdzam paragon i odkrywam znaczne różnice w cenach produktów pomiędzy ceną na półce, a na paragonie. I wycieczka do punktu obsługi gdzie z wielką łaską udowadniają mi, że system się nie myli tylko ja. Kolejny krok to moja wycieczka między regały i udowadnianie swojej racji. Jak do tej pory ze 100% skutecznością.

Ja jeszcze pamiętam ceny, ale ilu dało się naciągnąć? Do każdych zakupów trzeba dodać 30 min na rozwiązanie problemu.
Także serdecznie pozdrawiam Carrefour Kędzierzyn-Koźle i ostrzegam innych klientów - patrzcie na paragony.










Historia z cyklu „uprzejmie donoszę”.

Generalnie, nasza działka ogrodzona jest płotem, z wyjątkiem miejsca, gdzie mamy garaż, ale też pojemniki do segregacji śmieci i inne gospodarskie rzeczy. Tam jest mur wysoki na jakieś 2 metry, może trochę więcej. Rzeczony mur w jednym rogu jest ścięty i poza nim znajduje się z 5-6 metrów kwadratowych naszej ziemi, która z powodu nieporozumień majątkowych nigdy nie została ogrodzona, a na razie nie zanosi się, żeby fundusze na jej dołączenie do ogrodzonego obszaru się znalazły.

Regularnie robimy inne pomniejsze „przeróbki”, typu dodanie ścianki działowej czy wymiana drzwi. Gruz, czy też elementy drewniane, tymczasowo przechowywaliśmy na tym nieogrodzonym skrawku, bo gdzie indziej nie było miejsca. Czekaliśmy, aż trochę się tego po kilku renowacjach nazbiera, gdyż po jednej takiej przeróbce nie ma sensu zamawiać choćby małego kontenera czy wywózki od tego, kto obsługuje nasz rejon, bo to przedrożyłoby znacząco cały interes.

Pewnego dnia do naszych drzwi zapukali szanowni panowie policjanci. Sami w sobie mili, nic z piekielności nie mieli. Okazało się, że ktoś doniósł na nas za owy stosik (powiedzieli nam to „w tajemnicy”). Rozumiem, gdyby blokował przejazd, był bardzo widoczny lub złożony z góry gnijących odpadków organicznych. Ale znajduje się w ślepej, wąskiej uliczce gruntowej (zresztą, jak już wspominałam, mieszkamy na odległych obrzeżach miasta, kilkadziesiąt metrów dalej jest las i pola), a ktokolwiek z sąsiadów widzi go tylko, jak się bardzo przyjrzy, bowiem ludzie bardzo „dbają o prywatność” i mają ogródki obsadzone tujami czy innymi wysokimi pierdołami i tylko wąskie tylne furtki prowadzą na ową uliczkę. Żadnej bramy oprócz naszej.

Nie było mowy o tym, że wyrzucamy śmieci na nie swoją ziemię, zresztą sąsiedzi musieliby w takim razie rżnąć głupa, bo dobrze wiedzieli, że to nasz teren. Obywatele policjanci powiedzieli, że nic nam nie zrobią, to nasz teren i możemy z nim robić, co chcemy, nie złamaliśmy żadnych przepisów. Ale interweniować musieli. Oni tylko by poradzili, żeby to sprzątnąć, bo ludzie są zawistni i będą donosić dalej... Pożegnali się i poszli.

Rodzice myślą - może faktycznie? Po co użerać się z sąsiadami i ponadprzeciętnie często spotykać z policją? No to zamówili kontener i odpadki usunęli. I sam w sobie donos nie byłby aż tak piekielny, gdyby nie kilka szczegółów:

- część sąsiadów dorzucała swoje śmieci (na przykład ktoś za płotem kosił ogródek, a po 2h można było na stosiku zobaczyć podwiędniętą trawę, czy były tam rzeczy typu połamane doniczki i inne, które na pewno do nas nie należały)
- niektórzy, złapani niemal za rękę wszystkiego się wypierali chrzcząc nas „podejrzliwymi ku*wami”
- nikt nie był na tyle przyzwoity, żeby przyjść się dorzucić, jak wywoziliśmy za niego śmieci (a dwie stówy piechotą nie chodzą, bo tyle śmieci nie było naszych)

Po wywiezieniu odpadków nie wyrzuciliśmy tam chociażby pół cegły, ale stosik zaczął się „odbudowywać”. Może ludzie myśleli, że będziemy za nich śmieci wywozić..? Jeszcze czego! Rodzice zabrali to wszystko, zanim zaczęło się tego robić dużo i posadzili kilka świerczków. Jeden z sąsiadów nazwał ich za to „nieodpowiedzialnymi idiotami, którzy chyba nigdy w życiu nie myśleli, a już na pewno daleko im do myślenia logicznego”.
Czemu?
Bo jak już zrobili porządek, to on mógłby tam samochód stawiać, a przez te choinki, to nie da rady...








Ja rozumiem, że dzieci nie potrafią zachować ciszy, wygłupiają się i nie rozumieją, jak ich zachowanie może wpływać na otoczenie. Nie będę się już upierać, że moim zdaniem dla dobra zwierząt dobrze byłoby zastosować zakaz wchodzenia do ZOO z dziećmi poniżej lat 3 (dla nich to i tak żadna atrakcja). Dzieci to dzieci; to smutne, że męczą zwierzaki ale niech już będzie.

Ale kurczę... no dorosły, na oko 40-letni facet powinien już chyba umieć powstrzymać się przed na*laniem pięścią w ściany terrariów i darciem się (w ramach czegoś, co chyba miało być naśladowaniem ryku drapieżnika) przy wybiegach.

Nie, nie wyglądał na niepełnosprawnego.











Piekielni klienci? Owszem, zdarzają się takie papryczki chili pośród łagodnych warzyw. Ale koledzy-klienci są jeszcze gorsi, bo nie spodziewasz się z ich strony żadnej wredności. Tymczasem atakują cię podstępnie jak rozgryzione znienacka ziarenka pieprzu w zupie.

Pan D. pracował ze mną na zmiany w salonie prasowym. Któregoś razu opowiedział mi, co go spotkało poprzedniego dnia, gdy już poszłam do domu.

Po południu zjawił się po prasę jego kolega. Nabrał gazet, po czym łupnął to wszystko na ladę, nie zważając na porozstawiany na niej drobny towar, który oczywiście się poprzewracał. Kolega pana D. w pierwszej chwili rzucił się z "przepraszam" na ustach do podnoszenia tej drobnicy... lecz po namyśle wyprostował się i oświadczył z godnością:

- Zresztą co ja ci to będę zbierał, TO TWOJA PRACA!

Pan D., gdy mi o tym opowiadał, wciąż trząsł się z oburzenia. Owszem, sprzątanie i układanie towaru należały do naszych obowiązków, nikt nie zaprzeczy.

Ale ostentacyjny brak szacunku dla cudzej pracy i to jeszcze ze strony znajomej osoby - to już wykraczało daleko poza granice przyzwoitości.









WYPOWIEDZENIE UMOWY O PRACĘ + CHOROBOWE.

W roku 2008 zmieniałem pracę.
Był początek lutego (bodaj 2 tydzień miesiąca).
Zadzwonił Kierownik firmy, która miała mnie zatrudnić.

K: - Kiedy może pan zacząć pracę?
Ja: - Obowiązuje mnie okres wypowiedzenia. 2 tygodnie.
K: - Nie ma problemu. Zatem widzę Pana 1 marca.

Po tak zakończonej rozmowie oczywiście złożyłem wypowiedzenie umowy o pracę. Odbyło się to bez przeszkód. Pech chciał, że w trakcie trwania wypowiedzenia (3 tydzień lutego) rozchorowałem się. Nie chciałem iść na L4 ponieważ za dużo bym stracił, a zależało mi na kasie. Poszedłem zatem do "Mistrza" (w tym wypadku taki gostek od spraw personalnych) i mówię mu:

Ja: - Darek, jest sprawa. Jestem chory, a nie chcę iść na L4. Mam 9 dni zaległego urlopu. Może dasz mi te 3-4 dni, wrócę i będzie OK. Ja nie pójdę na L4, a wy nie będziecie musieli mi płacić za "stary urlop".
Darek: - Sorki, ale nie mogę ci dać urlopu. Przykro mi.

Naprawdę kiepsko się czułem więc poszedłem do lekarza. Dostałem 5 dni zwolnienia. Wróciłem do pracy (jeszcze na jakieś 7 dni roboczych). Przychodzi do mnie wspomniany Darek i mówi:

D: - Piotr, ale ty jeszcze masz zaległy urlop! Weź go do końca trwania wypowiedzenia i będzie OK.

Ręce mi opadły...









Ostatnio życie zmusiło mnie do podróżowania przez Polskę, a więc tym samym do żywienia się w barach szybkiej obsługi.

Tak więc z okazji krótkiej przerwy zamówiłam "zdrowego" cheesburgera. Zamówienie otrzymałam, konsumpcję rozpoczynam, a tam zimny ser i zimne mięso. No nic, może się zdarzyć. Idę z powrotem z nadgryzioną kanapką, wyjaśniam sytuację, miły pan z obsługi zamawia nowego, błyskawicznie dostarczają.

Wprost niebiańsko, prawda?
I tak by było, gdyby nie komentarze.

"Ludziom się w dupach przewraca, żeby z takimi pierdołami przychodzić."
"Mogła żreć zimne."
"Taka tania kanapka. Jak to ludziom nie wstyd."
"Jeszcze kolejkę zajmuje!"

Także pamiętajcie - bez względu na to jak źle przyrządzone trzeba zjeść, a jak się nie da zjeść, to najlepiej wyrzucić. I broń Boże, nigdy nie blokujcie z takimi pierdołami kolejki.

Wisienką na torcie jest fakt, że komentowały osoby przy najbliższym stoliku. Te z odebranym już zamówieniem :)






Historia z serii: rodacy za granicą.

Mieszkam i pracuję w Turcji, w jednym z kurortów wypoczynkowych. Lubię słuchać, co mówią turyści, bo i to śmiesznie, i ciekawie. Dzisiaj teksty Polaków.

Sytuacja 1: Niektórzy są przekonani, że nikt nie rozumie co mówią, skoro są za granicą.

Siedzę przy hotelowym barze czekając na szefa w celu podpisania jakichś papierów. Podchodzi pan w średnim wieku, łamaną angielszczyzną "prosi" barmankę o nalanie piwa. Dziewczyna z uśmiechem nalewa trunek a pan komentuje: "No, nalewaj ty głupia pindo, pewnie nawet podstawówki nie skończyłaś, to teraz obsługuj tych co mają kasę. Pewnie nawet nie wiesz jak to smakuje, przecież i tak nie pijecie alkoholu muzułmany, jak wrócisz do domu to ci twój arab pokaże gdzie twoje miejsce".

Gdy zwróciłam Panu uwagę, że to chyba niezbyt uprzejme, dziwnie się zmieszał i zapytał "ojej, to Pani zna polski?" Ano znam.

Sytuacja 2: wiemy wszystko o islamie bo mamy telewizję i demotywatory.

Jadę dolmusem, takim małym busikiem, który kursuje po mieście, często łącząc popularne plaże z hotelami i centrum miasta. Przy jednym z hoteli wsiada grupka Polaków, jeden pan jest bardzo mądry i wszystko wie, po zobaczeniu pani z zakrytą głową tłumaczy reszcie grupy tajniki islamu:

- Widzicie tą zachuszczoną? One muszą tak chodzić. Nawet tak śpią. Ten facet co idzie przed nią to pewnie jej mąż, bo kobiety muszą chodzić co najmniej pół metra za mężczyznami. (nie szkodzi że "zachuszczona" pani miała jakieś 60 lat, a przed nią szedł pan lat 30-40, to na 100% było małżeństwo). W ogóle to faceci tutaj mogą mieć nawet 60 żon. Jedną mają ulubioną, a reszta to takie dodatki, wiecie, żeby było co bić i r***ć.

Gwoli ścisłości: w Turcji kobiety, które noszą chusty (napewno nie wszystkie)zwykle nie noszą ich w domu w obecności innych kobiet i męża i nie, nie muszą chodzić pół metra za swoim wybrankiem. Wielożeństwo w Turcji jest tak samo nielegalne jak w Europie. Przemoc fizyczna również.

Takich sytuacji jest bardzo wiele, w każdym narodzie znajdzie się ktoś kto ma właśnie takie pojęcie o Turcji i zwyczajach tu panujących. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo jaskrawe przykłady, tak jaskrawe, że aż nieprawdopodobne. Jednak takie przykłady trafiają się bardzo często, przysparzając powodu raz do śmiechu, a raz do wstydu.










estem agentem ubezpieczeniowym (we własnym biurze, nie nagabuję ludzi telefonicznie ani wizytami domowymi).

Wpada dzisiaj do biura znajoma klientka. Chciałaby kupić polisę na życie.

Czemu? Nie z chęci zabezpieczenia rodziny w razie nieszczęścia. Pani potrzebowała gotówki, więc wzięła pożyczkę w parabanku. Na niesamowitych warunkach oprocentowania tylko 6% rocznie. Przemiły konsultant szybciutko wypełnił formularz i zapewnił, że za jedyne 3 tysiące złotych będzie miała na swoim koncie 50 tysięcy już w ciągu tygodnia! Zatem, aby dostać pożyczkę pani musiała wpłacić najpierw kaucję, ale zwracaną w całości po 5 miesiącach regularnych wpłat. Więc warunki w zasadzie znośne.

Po kilku dniach zadzwonili z centrali. Aby dostać pożyczkę trzeba spełnić kilka warunków, o których konsultant "zapomniał" wspomnieć. Bez tego można zapomnieć o kasie oraz wpłaconej kaucji. Między innymi trzeba zabezpieczyć roszczenia parabanku poprzez: 1) wpis na hipotece mieszkania/domu (!) lub 2) polisą na życie na kwotę 20% wartości pożyczki (tutaj: 10tys. zł).

Pani nie posiadała majątku w nieruchomościach, postanowiła więc kupić tą polisę. Dumamy o jaką konkretnie może chodzić, bo opcji do wyboru jest w sumie z pięć. W umowie jest jak byk: "polisa na życie z funduszem inwestycyjnym".
No to wypisujemy wniosek o taką polisę - suma ubezpieczenia 10.000 zł; część miesięcznej składki pokrywa koszty ubezpieczenia, druga część odkłada się na funduszu inwestycyjnym. Koszt kwartalny to jakieś 200zł. No ale trzeba kogoś wpisać jako uprawnionego do odbioru pieniędzy, a "Dobra Kasa" brzmi jakoś tak... śmiesznie.

Zadzwoniłam więc do centrali, mówię o co chodzi, jaką polisę piszę i pytam kogo mam wpisać jako uposażonego.
Centrala: - Ale my nie chcemy takiej polisy! Jak pani to sobie wyobraża?! My potrzebujemy zabezpieczenia w razie braku spłaty rat, a nie śmierci klientki. Chcemy polisę z funduszem, na którym JUŻ JEST te 10 tysięcy odłożone!

Tak więc klientka musiałaby odkładać kasę na taką polisę już od jakiś... pięciu lat!
Jest jednak wyjście w postaci jednorazowej składki w wysokości 10 tysięcy złotych. (Ładnie - 10 000 zł z góry, zamiast 200 zł co trzy miesiące... + 3000, które już wpłaciła).

Pani załamana. Zapytałam skąd w ogóle wzięła tą firmę. "Aaaa... koleżanka też potrzebowała pożyczki, no i znalazła w internecie..."
Od słowa do słowa okazało się, że pani nawet nie potrzebuje aż takiej kwoty. Tylko, że pożyczka na 25tys. (minimum jakie parabank udziela) kosztowała miesięcznie tylko 60zł mniej niż pożyczka na 50 tys. Przy niemal identycznym okresie spłaty. Ciekawy chwyt, prawda? Pani pomyślała, że skoro koszt praktycznie ten sam, to weźmie dwa razy więcej pieniędzy. No a przy okazji zapłaciła większą prowizję.

Już miała machnąć ręką na tą straconą w kaucję. Ale coś nas olśniło - skoro nie potrzebuje aż 50 tysięcy, niech spróbuje zmniejszyć kwotę do tych minimalnych 25 tysięcy. Przyznała, że wtedy pięć tysięcy na polisę mogłaby zebrać. Napisałyśmy więc wniosek o zmniejszenie kwoty pożyczki.

Po dwóch dniach wisienka na torcie. Wniosek o zmniejszenie kwoty pożyczki o dziwo spotkał się z akceptacją. Ale...

Pani źle zinterpretowała zapis w umowie. Okazało się, że zabezpieczenie roszczeń ma być nie na kwotę w wysokości 20% wartości pożyczki, ale na kwotę 20% WIĘKSZĄ niż wartość pożyczki. Tak więc, aby nie stracić kaucji i uzyskać pożyczkę w wysokości 25tys. zł, pani musiałaby najpierw wpłacić jednorazowo na polisę 30tys zł. Bądź też, oczywiście, mogłaby skorzystać z polisy na której te 30tys. (po wieloletnim odkładaniu) już się znajduje. To takie proste i logiczne zabezpieczenie, prawda?

Ciekawa jestem, co parabank wymyślił dla tych, którzy mogą zabezpieczyć ich hipoteką, żeby jednak nie dostali pożyczki i stracili kaucję...
No i ciekawa jestem, kiedy takie postępowanie będzie nielegalne. Bo jak dotąd, jak widać, wszystko zgodnie z prawem...









Przeczytawszy jedną historię i hasło "za to ci płacą", przypomniałam sobie juwenaliowy wieczór, kiedy to znajomi znajomego, skądinąd sympatyczni ludzie, zaprosili mnie na grilla.

Grille odbywały się pomiędzy akademikami, na zielonej trawce, ludu od zatrzęsienia, śpiewy, integracja braci studenckiej w pełni.

W miarę upływu czasu, jak całe wesołe towarzystwo zaczęło się rozchodzić w kierunku koncertów, moim oczom ukazywać zaczął się widok przerażający.

Zielona trawka pokryła się wszelkiego rodzaju śmieciami, walające się puszki po piwie, papiery, reklamówki. Wszystko w ilości masowej. Żal było patrzeć na to pobojowisko, które zostawiali ludzie pretendujący w końcu do miana warstwy inteligenckiej.

Jakież było więc moje zdumienie, kiedy i moi kompami zwinąwszy grilla, radośnie zebrali się, by odmaszerować, zostawiając rozrzucone wokół puszki i śmieci.
Argumentacja, z jaką się spotkałam, zabiła mnie:

- Jot, przestań, czego ty się czepiasz, wyluzuj, są ludzie, którym za to płacą, przyjdą i posprzątają.
- Chirurgom też płacą za operowanie, ale to nie znaczy, że mamy chodzić i rozcinać brzuchy! No na Boga.

Koniec końców z wielkim fochem i komentarzem pod nosem "napiła się to stwarza..." towarzystwo pomogło mi zebrać puszki. Zajęło nam to jakieś 5 minut. Dyskusja trwała 15.

A i tak wszystko przebił pan student, który wypiwszy piwko, cisnął puszkę wprost pod moje nogi. Podniosłam ją i mu wręczyłam. Spojrzał mi centralnie w ryj, po czym rzucił ją ponownie. Wyrzuciłam ją sama, nie omieszkując wspomnieć o wychowaniu w chlewie, jakie najwyraźniej wyniósł z domu.

Moja misja moralizatorska nie spotkała się z poparciem ponownie. Towarzystwo stwierdziło, że jestem agresorem i mam nie czepiać się ludzi.

A wszyscy potem w tym syfie żyjemy...








Koleżanka pracowała jako promotor, czyli naganiacz do restauracji, ważne, że 1 zł miała za zaproszenie i wprowadzenie gościa do środka, nie danie ulotki. Pewnego dnia trafił jej się klient, który rzucił taką propozycję, że koleżankę zatkało.

Klient obiecał, że kupi w "jej" restauracji kawę za 7 zł, ona w tym czasie będzie dalej pracowała (jej nie kupi nic), a potem ona z łaski, że zarobiła 1 zł pojedzie z nim do jego domu (komunikacją mpk nie autem, nie wiadomo jak daleko) i prześpi się z nim za jego łaskawość. Koleżanka tą jakże atrakcyjną ofertę odrzuciła, z czym spotkała się z komentarzem: żałuj, nie wiesz co tracisz.

Doskonale wiem: seks za 1 zł, już nawet za dżinsy jest drożej.








Od paru dobrych lat cierpię na chroniczne bóle głowy. W końcu ubłagałam neurologa o skierowanie na rezonans magnetyczny głowy, a nuż coś tam się wykluwa.
Ważne jest to, że od razu dostałam dwa skierowania, jedno na głowę, drugie na przysadkę mózgową (badanie robione co roku - gruczolak przysadki).

Zarejestrowałam się w szpitalu, termin - 5 miesięcy. Jako, że rezonans przysadki potrzebowałam wcześniej (coroczna wizyta w szpitalu - hospitalizacja) zrobiłam go prywatnie, w tym samym szpitalu. Wyniki mam, teraz czekać na głowy.
Jak leżałam w szpitalu okazało się, że zarejestrowana jestem na rezonans przysadki, na głowę nie mają skierowania. Dzwonię do rejestracji i kłócę się, w końcu EUREKA! Skierowanie jest, brzydal taki, skleiło się z wcześniejszym. No ale wszystko wyjaśnione, czekam na termin rezonansu głowy.

Sądnego dnia idę, upewniam się, że na pewno mam robiony rezonans głowy, nie przysadki. Tak, tak, na pewno. Już pewnie domyślacie się jak się to skończyło. Odbieram wyniki, a tam REZONANS PRZYSADKI.

No rzesz! Prawie pół roku czekałam na badanie, żeby mi zrobili to, które już mam. Popłakałam się, nie wstyd mi.

Idę po wyjaśnienia, najpierw do rejestracji, spokojnie bo to pewnie nie tej pani wina. Zostaje zawołana Pani Doktor, która wykonywała badanie. Na początku próbuję spokojnie wytłumaczyć, że mnie takie badanie nie urabia, takie już mam. Pani Doktor stwierdziła, że ona już nic nie może zrobić, jedynie przejrzeć jeszcze raz wyniki i zerknąć na głowę (Małe wyjaśnienie, chciałam pełny rezonans głowy, wiem od paru lekarzy, że zrobienie rezonansu przysadki z tłem nie da tak dobrego obrazu jak rezonans całej głowy). Ostatecznie stwierdziłam, że trudno, mam rezonans przysadki zrobiony, ale ale! Mam jeszcze skierowanie na rezonans głowy w rejestracji, skoro mi nie zrobili badania, poproszę o nowy termin. I teraz uwaga!

To nie jest możliwe, bo skierowanie poszło do rozliczenia. WTF? Niby z jakiej racji, skoro nie miałam tego badania wykonanego?
Tego już się nie dowiedziałam. Pani Doktor pokrzyczała na mnie, ku zdegustowaniu pacjentów i sobie poszła.

Myślę, jakby tu sformułować tą skargę...









Mój pies jest agresywny. Mój pies nienawidzi dzieci. Mój pies najchętniej zjadłby dziecko. Mój pies to jamnik. Nie wiem czemu ma takie podejście, więc na spacer wychodzi tylko i wyłącznie na smyczy i w kagańcu jakieś 15-20 m od placu zabaw (ogrodzonego). Po psie sprzątam, ale nie to jest przedmiotem opowieści.

Mój pies sobie wesoło biega na kilkumetrowej smyczy, ja stoję oparta o murek, od czasu do czasu zmieniając pozycję, żeby pies pobiegał trochę dalej. Idzie pani prowadząc za rączkę 3-4 letnie dziecko i tak do niego rzecze:

- Zobacz Stasiu jaki ładny piesek, zobacz jaki fajny!

Okej, póki stoją daleko i dziecko nie zbliża się do psa, to niech sobie patrzą, ale natychmiast zwiększam czujność, bo nie wiadomo co dziecku ani psu do głowy strzeli.

- Przepraszam, czy Staś może pogłaskać pieska?
- Wolałabym nie, on jest agresywny, nie lubi dzieci, boję się, że mógłby coś zrobić, może podrapać, przewrócić, naprawdę wolałabym żeby nie był głaskany.
- No ale przecież to mały pies, a do tego ma kaganiec, co taki może zrobić? No idź Stasiu pogłaszcz sobie pieska!

Na co Staś radośnie drepcze do mojego psa, który zaczyna warczeć, jeżyć sierść.
Skróciłam smycz, psa wzięłam na ręce i mam zamiar się oddalić, rzucając pani "no tak, ma kaganiec, bo jest AGRESYWNY".

- O, pani go przytrzyma, to Staś sobie pogłaszcze! - I już chce podnosić dziecko na wysokość moich ramion z psem.

Zwątpiłam i po prostu uciekłam, bo naprawdę nie chciałabym, żeby mój pies zrobił cokolwiek jakiemuś dziecku.








Jakiś czas temu pracowałam w firmie (branża edukacyjna), którą tworzył zgrany i kompetentny zespół, Zarówno firma jak i jej pracownicy cieszyli się bardzo dobrą opinią wśród klientów. Sielanka trwała kilka lat. Pewnego dnia jeden z pracowników został zaproszony na rozmowę z właścicielem na której usłyszał, że firma jest w trudnej sytuacji i nie może sobie pozwolić na zatrudnianie takiej ilości osób jak dotychczas. Wszystko ładnie, pięknie, umowa rozwiązana za porozumieniem stron.
Po niecałym miesiącu został zatrudniony nowy pracownik (kondycja firmy była cały czas w takiej samej formie). Osoba ta objęła stanowisko managera, które przez wiele lat piastował inny nadal pracujący w firmie pracownik. Manager w przeciwieństwie do pozostałej obsady nie miał kierunkowego wykształcenia, a tym bardziej doświadczenia w danym zawodzie. Manager miał za to inną wyróżniającą go cechę, mianowicie był dzieckiem właścicielki.

Na początku myśleliśmy "Dobra, damy jej szansę". Przez miesiąc żyliśmy nadzieją, że nowy osobnik w końcu się wdroży, zrozumie o co chodzi w naszej pracy i przestanie niszczyć ład i zasady, które do tej pory stworzyliśmy. Niestety wdrażanie się nie bardzo się udawało, więc manager zaczął wymyślać nowe zasady, które na dobrą sprawę utrudniały pracę, niektóre były nawet niebezpieczne.

Zaczął się bunt pracowników, nasze zdanie i dotychczasowe zasady pracy nie było szanowane, więc zaczęły się niemiłe docinki w stronę nieradzącego sobie managera. Docinki skończyły się "poważną" rozmowa z panią właścicielką, która nasze zarzuty odpierała następującym stwierdzeniem "Nie rozumiem waszej postawy. Moje dziecko jest bardzo miłe, sympatyczne, ma mnóstwo znajomych. Czemu je tak traktujecie?" Dowiedzieliśmy się, że jak nie zmienimy postawy to długo miejsca nie zagrzejemy.

Hymmmm... zawsze myślałam, że w pracy należy być przede wszystkim kompetentnym, a nie jedynie miłym. Po tej rozmowie jedna osoba od ręki dała wypowiedzenie, reszta zwolniła się w przeciągu pół roku.
Klientów coraz mniej.
Nie wiem dlaczego niektórzy pracodawcy tak piekielnie działają na swoją niekorzyść.









Wakacje w mieście = remonty dróg, remonty dróg = zmiany w organizacji ruchu, zmiany w organizacji = korki i utrudnienia, wszyscy to znamy. Tym razem jednak nie będzie o bezmyślnych drogowcach, czy złym oznakowaniu, tym razem będzie o mistrzach kierownicy.

Od tygodnia drogowcy z "wielkim zapałem" (w tym tempie do wiosny może skończą) remontują pewną ulicę. Ulica, jak to w mieście bywa krzyżuje się z innymi, większość skrzyżowań zamknięto, jednak jednego zamknąć nie sposób (ludzie nie mieliby jak wyjechać z całkiem sporego osiedla). O dziwo, ktoś z drogowców pomyślał, skrzyżowanie pozostało otwarte, a nawet pozostawiono włączoną sygnalizację świetlną, pięknie prawda.
Nie do końca.

Cóż bowiem robią szanowni kierowcy? Ano mają sygnalizację w głębokim poważaniu. Nie ważne, że ma czerwone, nie ważne że na jezdnię wchodzą piesi (których upoważnia do tego zielony ludzik) on jedzie. Już kilka razy byłem świadkiem panicznych ucieczek pieszych poganianych dźwiękiem klaksonu, sam również musiałem się z feralnego przejścia salwować ucieczką. Jakim cudem jeszcze nie doszło do wypadku?? Chyba jedynie dzięki opatrzności bożej i refleksowi przechodniów.

Tym co jednak skłoniło mnie do dodania tej historii jest dialog, między niedoszłą ofiarą (NO) a mistrzem kierownicy (MK) jakiego dziś byłem świadkiem, zaraz po tym jak MK ledwo wyhamował przed grupką pieszych.

NO: Gdzie się pchasz idioto, czerwone masz, ludzi byś zabił kretynie!!!
MK: Jakie czerwone? Tu remont jest, sygnalizacja nie obowiązuje!

Może ktoś z szanownych czytelników mnie oświeci, od kiedy zmieniły się przepisy ruchu drogowego i sygnalizację świetlną można ignorować??

 #657390  autor: cherry_xD
 26 sie 2013, 08:26
Nie tylko w Polsce dzieją się piekielne historie. Od 20 lat mieszkam w Danii i tutaj także czasem dzieją się rzeczy, o jakich się "fizjologom" nie śniło. Historia będzie długa, ale i pouczająca. Szczególnie dla ludzi, którzy szukają szczęścia poza granicami kraju i powinni być przygotowani, że przewalanie klienta to nie tylko domena polskich firm i urzędów. Tym razem piekielne okaże się duńskie biuro mieszkaniowe o nazwie "ProDomus", mające siedzibę w Aalborgu.

Mimo iż pół życia spędziłem w Danii, jakoś nie przyszło mi na myśl aby kupić sobie jakiś dom czy mieszkanie. Nie wiem, czy będę tu mieszkał do końca życia, a i młody już nie jestem aby wciągać się w wieloletnie spłaty. Dlatego mieszkanie wynajmuję, zwykle z różnych powodów zmieniając je co kilka lat. Sytuacja o jakiej chcę napisać, miała miejsce około trzech lat temu, chociaż jej początki sięgają cztery lata wstecz.

Wprowadziłem się wtedy do dość obszernego dwupokojowego mieszkania w małej 25-tysięcznej miejscowości Skive na północy Jutlandii. Przeprowadzka miała miejsce w lipcu, poszła dość sprawnie i wkrótce zamieszkałem w nowym wygodnym mieszkanku. Cena była dość znośna - 4.000 DKK miesięcznie, a dokładniej 3.500 + 500 a'conto ogrzewania i wody, no i naturalnie obowiązkowa kaucja w wysokości 3-miesięcznego wynajmu w wysokości 10.500 (a'conto ogrzewania i wody się w kaucję nie wlicza). Miałem nawet dwóch znajomych, piętro nade mną zamieszkiwali dwaj nowo poznani kumple - Polak i Słowak. W domu tym było 12 mieszkań. 1 DKK = około 55-60 groszy. Te informacje są istotne, do dalszej części mojego opowiadania.

Pierwsze objawy próby wyciągnięcia ze mnie kasy nastąpiły jakieś trzy miesiące później. Jak co roku w Danii, przyszedł pan, spisał pomierniki ciepła, po czym wkrótce dotarł do mnie rachunek - 13.000 DKK dopłaty za ogrzewanie. Nigdy nie płaciłem takich kwot i chociaż lubię ciepło i nie żałuję sobie, zwykle dopłata wynosiła max 3.000-4.000 rocznie. Ale nie to jest najdziwniejsze, problem w tym, że w nowym mieszkaniu mieszkałem dopiero trzy miesiące, z czego większą część czasu w okresie letnim i kaloryfery miałem wyłączone. No nic, napisałem stosowną skargę, w której ująłem, że skoro nie mogą złapać gościa, który mieszkał przede mną za nabicie takiej kwoty, ja tym bardziej nie zamierzam płacić za czyjeś fanaberie robienia w mieszkaniu sauny. Nie ma bowiem fizycznej możliwości, aby grzać na takie kwoty. O naiwny Karbulotku, nie wiedziałeś wtedy, że takie procedury w tej firmie to normalka. No nic, w każdym razie nie zapłaciłem, sprawa się skończyła.

Minął rok i kolejna dopłata. Opiewała na kwotę... 17.000 DKK. Noż do jasnej... 12.000 wpłaty a'conto, do tego 17.000 dopłaty to kwota prawie 30.000. Pomijając sezony letnie, wiosenne czy jesienne, grzałem może z 5 miesięcy. 6 tysiaków miesięcznie za ogrzewanie, kiedy zarabia się 11-12. To chyba jakieś żarty.

Kolejna reklamacja i tutaj zimny prysznic. "Wieczne problemy z tymi Polakami" - słyszę. Ależ chwileczkę drogi panie. W Danii przemieszkałem prawie 20 lat, połowę mojego życia. Takie numery to nie ze mną. Poprosiłem o zestawienie roczne i dowiedziałem się, że, mój rachunek 17.000 i moich znajomych Polaka i Słowaka 19.000 to razem 36.000. Mieszkań jest 12, zaś ogrzewanie na cały dom wyniosło... 55.000 DKK. No to jak to jest, że dwa mieszkania płacą ponad połowę dopłat, zaś pozostałe 10 mniejszą część. "Bo wy Polacy (i Słowacy) jesteście rozrzutni, ble ble ble. Grzejecie i grzejecie ble ble ble..." Ciekawa teoria - mówię - tylko że parę razy byłem u sąsiada u góry na kartach (Duńczyka notabene) i grzał ostro. A ile zapłacił? Nic, dostał 2.000 zwrotu.

Niestety, ale reklamacji mi nie uwzględnili. W odpowiedzi na mój bunt doliczyli mi 1.700 DKK miesięcznie spłaty, plus dodatkowo następne 1.700 a'conto ogrzewania: "bo jestem rozrzutny". I tak z 4.000 miesięcznych opłat zrobiło się... 7.400. W takiej sytuacji podziękowałem im za wynajem, złożyłem rezygnację, po czym się wyniosłem z tego mieszkania. Za 7.400 to ja mam domek z ogródkiem, a nie dwupokojowe mieszkanie.

I teraz zaczyna się najlepsza część historii.

Minęły może dwa tygodnie. Mieszkałem już sobie w nowym miejscu, kiedy dotarł do mnie list z firmy ProDomus. Po podsumowaniu kosztów remontu itd oraz zaległych opłat, mam im zwrócić... słuchajcie, 50.000 DKK!!! 10.000 sobie potrącają z kaucji, zatem zostało mi do zapłaty bagatela, 40 tysiaków, które mam uiścić w ciągu 10 dni, w przeciwnym razie sprawa zostanie skierowana do sądu.
W liście zostały wyszczególnione, 17.000 zaległej dopłaty, oraz 33.000 opłaty za sprzątanie, rozmaite zniszczenia, malowanie, wymiana wykładzin itd. Zawsze po wyprowadzce właściciel robi mały remoncik, za który potrąca sobie z kaucji, resztę zaś oddaje. Ale nigdy to nie były takie kwoty. Wyliczyli mi ileś tam godzin malowania, pomnożone przez jakieś bajeczne stawki, że wyszło jakoby mieszkanie o metrażu 50 metrów kwadratowych, malowało sześciu malarzy przez dwa tygodnie. Za wykładziny także policzyli sobie tyle, że po obliczeniu ile mają oba pokoje i podzieleniu wyszło mi tyle za metr, że chyba zamiast wykładzin położyli perskie dywany. W związku z tym wysłałem im pismo, że chciałbym zobaczyć rachunki. Realne rachunki na tę kwotę, a nie wyssane z palca dyrdymały, jakie sobie wymyślili. W odpowiedzi przyszło pismo od adwokata, nalegające że opłata ma być koniec i kropka, albo będzie rozprawa itd, itp. Oczywiście żadnych rachunków nie uświadczyłem.

Wybrałem się do swojego adwokata. W takiej pipidówie jak moja, wszyscy adwokaci gnieżdżą się w jednym budynku zwanym Zespołem Adwokackim w Skive. Dlatego zostałem odprawiony z kwitkiem, albowiem z tego samego biura wyszedł list jaki otrzymałem. Konflikt interesów itd, czyli podsumowując - jeśli jedna ze stron w Skive oskarża drugą, to już niestety druga musi sobie szukać adwokata w innym mieście, bo biuro jest tylko jedno. Postanowiłem jednak, że nie będę się szarpał z adwokatami, krótkie rozeznanie i dotarłem do specjalnego urzędu, zajmującego się takimi właśnie przypadkami. Lejernes LO (LLO) ma za zadanie chronić obywateli, przed nieuczciwymi odnajemcami. Złożyłem sprawę u nich, i sprawa została przez nich zamknięta, pod warunkiem że zapłacę 4.000 dopłaty za ogrzewanie, bo na tyle zostało przez LLO wycenione. Zgodzili się na ratalną spłatę po 500 DKK miesięcznie.

Nie dawało mi jednak spokoju, że na tyle sobie wycenili to mieszkanie. Dlatego w jakieś 2 tygodnie później wybrałem się do starego mieszkania wieczorem, uzbrojony w aparat fotograficzny. Na szczęście było otwarte, wchodzę i przysłowiowy karpik. W mieszkaniu nie było przeprowadzonego żadnego remontu!!! Żadnego malowania, żadnych nowych wykładzin, nawet nikt nie posprzątał! Rozumiecie? Oni sobie wzięli ceny z księżyca za nic i myśleli, że głupi Polak zapłaci, wystarczy tylko postraszyć adwokatem.

Co zatem zrobiłem? Napisałem do nich słodki mail w którym napisałem: "Dysponuję zdjęciami i dowodami, że próbowaliście ode mnie wyłudzić pieniędzy za usługi, jakie nie miały miejsca. Jak się umawiamy? Płacę te 4.000 ale idę do LLO ze zdjęciami, czy jestem zwolniony z opłat i oddajecie mi resztę 6.000 z kaucji, ponieważ remont nie został wykonany"?

Zwolnili mnie z opłat i wpłacili pieniążki do banku, następnego dnia. Chociaż trochę żałuję. Wolałbym narobić smrodu firmie, która tak bezczelnie próbuje wyłudzać pieniądze od ludzi, oraz prowadzi rozmaite machlojki względem obcokrajowców. Polaków którzy wyjeżdżają do Danii uczulam, aby mieli się na baczności, szczególnie zaś omijali z daleka firmę ProDomus.





Dziś historia o pretendentce do tytułu Matki Roku. O tym, jak obserwuję, jak menele "wychowują" swoje dzieci, które pewnie pójdą w ślady rodziców. Te dzieci nauczone są tego, że policja czasami zabiera mamusię, czy też tatuś kazał wyzywać od CHWDP patrol i przed nim uciekać.

W każdym mieście znajdują się dzielnice lepsze i gorsze, tak samo jak z blokami - mieszkania socjalne czasami przeradzają się w siedlisko, przy którym przypomina się tekst piosenki Pidżamy Porno "...są takie miejsca na każdej mapie, nie znajdę tu szczęścia, nie szukam zwady, chłopaki stąd zwykle idą do pierdla, dziewczyny na autostrady...".
Nie chcę, aby ktoś mieszkający na takim osiedlu, a czytający tą historię, poczuł się urażony - nie generalizuję ludzi, ale opisywane przeze mnie miejsce właśnie takim jest.

Zgłoszenie - pijana matka opiekuje się dziećmi. Zajeżdżamy, przed klatką tabun dzieciaków jak zwykle, parę osób siedzi na schodkach "pilnując" swoich, plotkując, trzeźwiejąc (co komu potrzebne). Wchodzimy pod adres, w pokoju śpi matka. Nawalona jak messerschmitt, praktycznie nieprzytomna. Na pytanie gdzie są jej dzieci - nie wie, bawią się gdzieś. A kto się opiekuje? No szwagierka z klatki obok.
Sąsiadka poszła na podwórko wołać dzieci - przyszła najmłodsza córeczka, rzekomej opiekunki brak, dwóch synów też.

Dajemy kobiecie szansę - albo załatwi trzeźwego opiekuna, albo pogotowie opiekuńcze. Kobieta poszła prosić sąsiadkę - ta odmówiła, bo nie będzie dzieci bawić jak mamuśka chla wódę. A mamuśka w szał - zaczęła krzyczeć, wyzywać, usiłowała uderzyć sąsiadkę - pełna agresja.
W końcu zjawiła się szwagierka, zgodziła się zaopiekować dziećmi, mamuśka pojechała z nami.

Po zbadaniu trzeźwości - ponad 2 promile. Co kobieta na to?
"Tylko 2? To ja pójdę do domu i się położę spać. 2 promile to ja trzeźwa przecież jestem. Puśćcie mnie!" Mimo tak przekonującej argumentacji pani została u nas do wytrzeźwienia.

Co da się zauważyć? W lato sytuacje z pijanymi rodzicami są nagminne. I nie chodzi tu o wypicie piwka przy grillu, czy w ogródku piwnym, ale o nawalonych, nieprzytomnych rodziców, którzy maja jeszcze pretensję, że się wtrącamy w ich życie.








Pracuję w sklepie z oświetleniem. Sklep, jak sklep- przed wejściem ogroooomny napis "OŚWIETLENIE", a od samego wejścia ogrom żyrandoli, kinkietów, lampek i czego dusza zapragnie. Wydawałoby się, że nie można się pomylić? Otóż nie. Co uparcie próbujemy kupić w sklepie z oświetleniem:

- klamki
- rolety
- odbijaki do drzwi
- żabki (takie od karniszy)
- karnisze
- lustra
- anteny
- skrzynki pocztowe
- kołki rozporowe
- śrubki
- filc na metry (wtf?!)
- takie coś - moje ulubione: przynoszą COŚ, często owinięte w chusteczki i bibułki, następnie z namaszczeniem odwijają i układają na ladzie. Zdarza się, że COŚ ma nawet luźny związek z elektroniką, często jednak są to cuda, które pierwszy raz na oczy widzę.

Oczywiście po usłyszeniu, że nie, nie dostaniemy przedmiotu swoich poszukiwań, nie zapominamy:
- prychnąć z fochem i wytruchtać ze sklepu
- westchnąć litościwie, uznać, że pani NA PEWNO nas okłamuje i rozpocząć poszukiwania rozglądając się podejrzliwie po całym sklepie
- teatralnie przewrócić oczami i zapytać gdzie dostanę w takim razie. Wyrazić oburzenie, że pani nie zna na wyrywki asortymentu wszystkich sklepów w mieście (w miarę możliwości staram się pomóc, ale tu akurat przodują klienci z COSIAMI)
- stwierdzić "Ale w sklepie X mieli. Ale drogo." ewentualnie "W sklepie Y powiedzieli, że będziecie mieć! No to jak to tak?"

W przygotowaniu: ranking "ulubionych" klientów :)







A tymczasem na kolei...

Przypomniała mi się historia sprzed około 10 lat.
Staliśmy na bocznym torze, lokomotywa SM 42 i dwanaście wagoników. Przed nami tarcza manewrowa świecąca na niebiesko, czyli jazda manewrowa zabroniona, a za nią zamknięta wykolejnica. Trochę to trwało ale widzimy, że wykolejka się otwiera, tarcza zmienia kolor na biały - czyli można jechać.

Sygnał "baczność" i ruszamy.
Ale gdzieś z naprzeciwka widzę trzy światła, ewidentnie coś wjeżdża w stację. Znam układ torowy stacji na wyrywki, więc powoli dociera do mnie, że jeszcze kilkanaście-kilkadziesiąt metrów i albo ja będę siedział w jego boku albo on w moim. Będzie dym - myślę sobie - i przełamując zabezpieczenie wciskam "Radio-stop". W tym samym momencie co charakterystyczny modulowany dźwięk rozszedł się po okolicy, zatrzymując wszystkie pociągi w promieniu kilkunastu kilometrów, do moich uszu dotarło coś jeszcze, coś jakby... nie to nie może być to.
Idę sprawdzić czy mnie moje zmysły nie oszukały, pierwszy wagon, drugi... już widzę, że dziesiąty wagon nie stoi na szynie... ale co to jest do diabła? Wykolejnica zamknięta, więc wagon został celowo wykolejony. Trudno się mówi, wzywamy komisję powypadkową.
Komisja się zebrała, pozbierali dowody i zeznania, i zgodnie z tym co mówił dyżurny, ustalili:

"Maszynista ruszył spod tarczy manewrowej bez wymaganego sygnału przez zamkniętą wykolejnicę i po nieprzygotowanej drodze przebiegu." Kazano mi się pod tym podpisać.
- Panie przewodniczący, nie ma takiej możliwości żebym ja to podpisał. Wykolejnica była otwarta i tego się będę trzymał jak niepodległości.
- To są ustalenia komisji i proszę ze mną nie dyskutować!
- I twierdzi pan, że wykolejka była zamknięta?
- Tak, tak ustaliliśmy.
- To jakim cudem przejechało przez nią 40 osi i dopiero 10 wagon został wykolejony? Przetargałem to na własnych plecach i już mi siły zabrakło? Zgłaszam sprawę do Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych i do prokuratury.

W tym momencie wszedł do pokoju drugi członek komisji i położył przed nami podpisane zeznanie dyżurnego, w którym zeznawał, że wykolejnicę założył w ostatniej chwili kiedy usłyszał, że zadziałał "radio-stop" i próbował ratować siebie.
No i nie wyszła panom próba zamiecenia wszystkiego pod dywan.







Poszukuję pracy... właściwie od marca, czyli odkąd straciłam poprzednią. Od początku sierpnia dzieje się to w trybie intensywnym z akcentem na desperację. W tej historii Piekielni są ludzie odpowiadający za rekrutację, a raczej nieodpowiadający, ludzie i instytucje-widma, a także to, że nie ma praktycznie żadnej państwowej kontroli nad tym, jak wygląda i funkcjonuje rynek pracy.

Kilka kwiatków (jeśli historia się spodoba, to mogę dodać więcej, bo sytuacji na pęczki, a przy jednym wpisie wypracowań na całe stronice chyba nikt nie ma ochoty czytać). Oto one:

- Ogłoszenie na portalu z drzewkiem. Treść: zatrudnię do pracy biurowej, mile widziane studentki, praca w weekendy. Koniec treści. Człowiek myśli: super, rok akademicki się zbliża, studia dzienne, praca w weekendy. Ale zaraz, zaraz. Praca... i co z nią? Może chociaż nazwa firmy? Opis obowiązków? Nazwa ulicy? Proponowana stawka? Gdzie tam. Z ogłoszenia dowiaduję się, że człowiek/ firma X, która może okazać się firmą Z Radością Przyjmiemy Dane Osobowe Za Darmo Od Wszelkich Jeleni Sp. Z O. O., szuka studentki. Po co mu ona? Tego nie wie nikt. W podobnym tonie jest chyba 90% ogłoszeń na portalach z anonsami. Każda branża, codziennie, niezmiennie. Zero kontaktu, zero konkretu. Dane osobowe fruną.

- Ogłoszenie z podaną lokalizacją, zatem można wyszukać, czy w tym budynku faktycznie mieści się jakaś firma. Mieści. Ok, czytam dalej. Zatrudnią do przepisywania prac. Spoko, robiło się to już kiedyś (przepisywanie rękopisów, notatek itp.), zajęcie akurat dla osoby studiującej. Wysyłam zgłoszenie bez CV, bo i nie wymagane. Odpowiadam mi ktoś jakby żywcem wyjęty z zajęć "Jak mówić i pisać, by brzmieć jak słabe tłumaczenie google transatora". Dostaję instrukcję, co mam zrobić, by dołączyć do firmy i zarabiać do 30 zł za tekst (tu się zapala czerwona żaróweczka - nikt w Polsce nie zapłaci za przeniesienie rękopisu na maszynopis 30 od strony, chyba, że w jakiejś równoległej rzeczywistości).
Otóż, aby dołączyć do firmy, która nawet ma nazwę i NIP, muszę zostać zweryfikowana, a w tym celu mam wysłać skan lub zdjęcie dowodu osobistego (bo przecież mogę się pomylić w formularzu) i przelać "symboliczną złotówkę", aby zweryfikować konto, na które będą przekazywane honoraria. JUŻ LECĘ, PRZYJMIJCIE WSZYSTKIE MOJE DANE OSOBOWE I WEŹCIE NA MNIE STO KREDYTÓW. Może jeszcze numer buta i rozmiar stanika podać?
Wisienką na torcie jest to, że użytkownika dodającego takie ogłoszenia nie ma jak zgłosić do administratora serwisu.

- Roznoszenie aplikacji osobiście. Standardowe: "Ktoś się skontaktuje jutro ok. 15". Za każdym razem dopytuję, czy niezależnie od wyników rekrutacji. "Tak, niezależnie". Na początku człowiek myśli - fajnie, chociaż ci mają trochę szacunku do kandydatów. Ale nie mają.

- Praca dla studentów dziennych i zaocznych. Super, klikam i czytam ogłoszenie. Dyspozycyjność 24/7, wszystkie dni, wszystkie weekendy, własny samochód i 7 lat doświadczenia. WHAT?!

- Staż płatny w redakcji portalu z newsami. Wpisowe: 200 zł. Czyli płatny, ale nie Tobie, tylko przez Ciebie. Clever one.

- Korepetycje z angielskiego, przygotowanie do matury. Fundusz: 15 zł za 90 minut, dojazd do ucznia (II. strefa biletowa), własne podręczniki i podanie uczniowi (!!!) obiadu.

- Praca polegająca na robieniu zdjęć podczas eventów kulturalnych, koncerty, happeningi, festyny, pokazy, pikniki i tak dalej. Dają aparat, zwracają za bilety/ benzynę. Gdzie haczyk? W obowiązkach zawiera się bzykanie z szefem, czy tam innym koordynatorem projektu, o czym dowiadujesz się w pierwszym mailu po odpowiedzi na ogłoszenie.

- Zlecenie. Korekta interpunkcji i ortografii w pracy magisterskiej, czy tam inżynierskiej. Kierunek ścisły, coś z budownictwem. Poza tym panu brakuje trzech stron... no dobra, rozdziałów. No i ... "psze paniom" żeby tak dopisać. Aha, budżet to 100 zł. Nic, tylko brać.

Wiele miesięcy szukania, jak dotąd jedno zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną... jeszcze nie wiem, czy prawdziwą, czy może dowiem się, że praca polega na tyraniu i rzuceniu studiów z tego tytułu, a wypłata na "dziękuję, oby tak dalej". I tylko słyszę, że przecież inni sobie radzą, ech, jakim to ja muszę być nieudacznikiem...!





Krótka kontynuacja historii o śmieciach (http://piekielni.pl/53037).

2 dni po zamieszczeniu przeze mnie historii, dziadek wspólnie z moim tatą, bardzo dobitnie i kulturalnie nakreślili całą sytuację i pisemko wysłali do prezydenta miasta, jakiejś organizacji zajmującej się ochroną środowiska i dwóch lokalnych gazet. Do dziś z żadnej strony nie przyszła żadna odpowiedź.

Ale w końcu, po 1,5 miesiąca czekania, pojawił się termin odbioru śmieci. Miały być odebrane śmieci mokre, czyli te z kubła. W terminie przybyli panowie po śmieci. Tylko że zabrali śmieci posegregowane, czyli te z workami. Niestety nie mieli nowych worków do zostawienia, ponieważ oni mieli zabierać śmieci mokre.

Czyli wychodzi na to, że dziadkowie znowu będą musieli jechać do centrum miasta po odbiór worków.
Jeszcze trochę i chyba sama zawiozę śmieci dziadków pod ratusz.




Sytuacja z kończącego się niebawem roku akademickiego.

Na zajęciach z pediatrii miałem do czynienia z ambitną grupą studentów. W grupie tej znajdowała się studentka o zapędach naukowych – była ona przewodniczącą kółka naukowego jednej z klinik i w jej obrębie brała udział w wielu projektach naukowych, skupiając się głównie na badaniach laboratoryjnych i statystycznej analizie wyników tych badań.
Lubię ambitnych studentów – bądź co bądź, im wcześniej rozwijają się zapędy do pracy naukowej, tym szybciej i częściej ma ona prawo zakwitnąć czymś ciekawym. Mimo wszystko – tej konkretnej studentki nie polubiłem. Spytacie dlaczego?

W połowie bloku ćwiczeniowego, kiedy zacząłem skupiać uwagę studentów na fakt ustnego kolokwium końcowego, wyżej wymieniona studentka poprosiła mnie o rozmowę. W trakcie tej rozmowy oznajmiła mi, że po studiach i obowiązkowym stażu podyplomowym planuje pracować wyłącznie naukowo i nie wiąże swojej przyszłości z opieką nad pacjentami – w związku z tym prosi mnie o przeprowadzenie kolokwium, które łączyłoby zgodność z programem zajęć oraz jej zainteresowaniami. W skrócie, studentka poprosiła mnie o zadawanie jej pytań wyłącznie z zakresu badań laboratoryjnych, ich analizy statycznej oraz badań naukowych.
W odpowiedzi na tą prośbę powiedziałem, że ustosunkuję się do niej najpóźniej do następnego dnia – muszę bowiem przyznać, że o ile często zdarzały mi się prośby o zmiany formy kolokwium (np. z ustnej na pisemną), to o taką zmianę zostałem poproszony po raz pierwszy.

Po zastanowieniu w domowym zaciszu, na następnych zajęciach odpowiedziałem studentce, że mogę w pewien sposób przychylić się do jej prośby. Na pięć zadawanych przeze mnie zazwyczaj pytań, dwa miały dotyczyć zagadnień o których wspominała – kiedyś nie uległbym tej prośbie, jednak wtedy byłem po prostu ciekawy. Dodatkowo zastrzegłem, że na zmianę formy jej kolokwium wyrazić zgodę miała reszta grupy – z tym akurat nie było problemu, z pewnym zdziwieniem ale ostatecznie bez problemów zgodzili się na tą zmianę.

Gdy przyszedł czas kolokwium, specjalnie dla tej studentki przygotowałem zagadnienia związane z najważniejszymi i stosunkowo prostymi badaniami naukowymi z ostatnich miesięcy – swoją drogą, o badaniach tych wspominałem pokątnie również podczas zajęć, tak aby po części ukierunkować ją na to, co uważam za istotne.

Już po pierwszym zadanym pytaniu i udzielonej odpowiedzi wiedziałem, że nie będzie łatwo. Studentce zadałem pytanie związane z badaniem klinicznym pacjenta – odpowiadała pokrętnie i próbowała skierować moją uwagę na badania naukowe związane częściowo z tym zagadnieniem, aż w końcu ostatecznie przeszła do metod analizy statystycznej i... opowiadania o swoich badaniach, kompletnie nie związanych z tematem. Kiedy pytanie zadałem ponownie, zaznaczając że nie chodzi mi o „lanie wody”, studentka ponownie zaczęła swoją śpiewkę.
Studentce ostatecznie zadałem 3 pytania – z jej odpowiedzi dowiedziałem się doskonale jakie badania przeprowadza, na czym polega interpretacja testów t-Studenta i Wilcoxona (notabene, moim zdaniem też nie do końca rozumiała tych zagadnień, ale jak się zdążyła pochwalić, ze statystyki medycznej dostała 5, a ponadto była na specjalnym kursie ze statystyki, prowadzonym przez sąsiednią uczelnię) i tym podobne. Nie wyciągnąłem z niej zaś kompletnie nic z tego, co chciałem sprawdzić.
Wynik, jak się domyślacie – negatywny, kolokwium niezaliczone.

Studentka została przeze mnie poinformowana że skończy studia z tytułem zawodowym lekarza – takim samym, jak jej koledzy badający pacjentów i uczący się „normalnych” zagadnień. Ta bez słowa opuściła mój gabinet.
Jak się później dowiedziałem – w te pędy poszła ona do koordynatora przedmiotu, wspominając o mojej niesprawiedliwości i braku poszanowania do pracy naukowej. Prosiła również o ponowne przeprowadzenie kolokwium przez innego dydaktyka. Swoją drogą – ponownego kolokwium u mojej koleżanki również nie zdała, dalsze jej losy są mi zaś nieznane.

Doceniam pracę naukową studentów (sam często proszę o wsparcie w badaniach studentów), ale powinna być ona dodatkiem do dotychczasowych obowiązków studenta, a nie ich zamiennikiem. Szczególnie że ta studentka po ukończeniu studiów pójdzie na staż podyplomowy, na którym (co prawda, w dalszym ciągu pod kontrolą) dostanie prawdopodobnie własnych pacjentów i będzie musiała ich prowadzić. Badania naukowe w wybitny sposób rozwijają medycynę, ale najpierw trzeba wynieść jakieś podstawy, aby w prozaicznych sytuacjach nie okazać się totalnie nieprzygotowanym.






a fali historii o podejściu do kradzieży, historia z okresu karnawału.
Od kilku lat dorabiam sobie jako kelnerka. W restauracji, w której pracowałam, w weekendy organizowane są imprezy taneczne. Stoliki trzeba rezerwować, można też zorganizować własną imprezę - wieczór panieński, urodziny etc.

Podczas tych imprez mamy obowiązek co max. 30 min sprawdzać stan toalet. Podczas takiego sprawdzania znalazłam obok muszli klozetowej kartę kredytową. DJ ogłosił przez mikrofon, że pani taka i taka proszona jest do baru. Przyszła, odebrała. Historia mogłaby się skończyć.

Ale nie - po zakończeniu potańcówki zaczynam sprzątać jedną z sal, którą obsługiwałam całą noc, wynajętych właśnie na prywatną imprezę i słyszę rozmowę dwóch kobiet:
- No słuchaj, jakaś kelnerka znalazła tę kartę i oddała. Czujesz? Kretynka, nie?
- Nooo... idiotka jakaś, ja bym nie oddała!
Uśmiecham się do obu pań i mówię, że to ja znalazłam tę kartę. Jedna z nich uśmiechnęła się do mnie z politowaniem i stwierdziła, że "muszę być naprawdę głupia".

Co się okazało? Była to solenizantka, organizatorka imprezy. Rachunek za salę, z jedzeniem i napojami wyszedł koło 800 zł. Pani wszystko zapłaciła tą znalezioną przeze mnie kartą. Napiwek? 0 zł. O dziękuję nie wspomnę.




Moja znajoma wybrała sobie dziwne miejsce do mieszkania. Co prawda widok z okna piękny (dziesiąte piętro), warunki nie najgorsze, ale na tym koniec pozytywów.
Sąsiadów ma wybitnych, ale nie o tym.

Nie wiem jak to się dzieje, ale na tym osiedlu bardzo często są awarie prądu. Tak ze dwa, trzy razy w miesiącu, na kilka-kilkanaście godzin.
Pal licho, że nie działa domofon i nie można się dostać bez kluczy.
Pal licho, że nie działa winda i trzeba się wtarabanić na dziesiąte piętro.
Najgorsze jest to, że nie działają pompy. Nie dość, że nie ma prądu, nie ma jeszcze wody. Piekielnie robi się wtedy, gdy komuś trafi się na przykład zatrucie pokarmowe.

Skargi, wysłane wszędzie gdzie się da, mają już chyba oddzielny pokój. A awarie jak były tak są...






Z racji zbliżającego się roku szkolnego postanowiłam dodać historyjkę o dojazdach.

W kwietniu skończyłam liceum, jednak była to szkoły na tyle specyficzna, że zajęcia zaczynały się czasem o 7 rano. W mojej klasie były osoby dojeżdżające z okolicznych wsi. W jednej wsi X bus kursował prawie co dwie godziny. Jeden był o 5:00, następny o 6:50 i tak co 110 minut. Mieszkały tam dwie dziewczyny, których rodzice nie mieli samochodów, i dojeżdżały do szkoły autobusem. Odległość X od szkoły to jakieś 20-25 minut komunikacją. Jeździły więc autobusem o 6:50 i spóźniały się na lekcje 10-15 minut. Pani wychowawczyni bardzo się to nie podobało, i kazała im jeździć autobusem o 5 rano.
Na pytanie, co mają robić od 5:20 do 6:30 (bo wtedy była otwierana szkoła) dostały odpowiedź "no jak to co? siedźcie pod bramą i czekajcie!"







Wczoraj szefostwo zamontowało sobie klimatyzację. Oczywiście tylko w swoim pomieszczeniu (szefowie bywają sporadycznie w firmie to chce podkreślić), a my kisimy się w temperaturze 30 + przed kompami mając do dyspozycji tylko wiatraczek tnący gorące powietrze... ach i butelka wody...

Mało tego... zlatuje szefowa do nas z tekstem:
- Chodźcie, zobaczcie jaka fajna klimatyzacja, w końcu można tu wysiedzieć...

Oczyma duszy widziałam jak ją rozrywam na strzępy...


Monika to wesoła i pomocna dziewczyna, acz... lekkomyślna i w pewien sposób płytka.

Znam ją dość długo, wystarczająco by nie być zaskoczoną jej nawet najdziwniejszymi pomysłami. A jednak jej się udało.

Monika miała chłopaka. Wesołego i pomocnego, wcale nie lekkomyślnego. Dziw brał, że wytrzymuje, ale... miłość nie wybiera ; ) Postanowił więc się jej oświadczyć. Hurra, co ona na to? Że musi się zastanowić.
Pierścionek wzięła.

Dumała, dumała... Zrezygnowała z chłopaka, za młoda jest. Pierścionek zatrzymała.
Dlaczego tak? Bo ten pierścionek brzydki był, ona nie chce chłopaka bez gustu, ale go zostawi i da siostrze na zbliżające się urodziny, aaa co, przyoszczędzi.

Jakimś przypadkiem dorwała rachunek za zaręczynowe paskudztwo. ILE?! Prawie 5 tysięcy?!

Wystawiła na aukcję, niemal za połowę ceny.
Do chłopaka zechciała wrócić. Nie ma gustu, ale za to ma gest, więc będzie sobie sama luksusowe prezenty wybierać...

Nie ma co spuentować.







Jak kiedyś coś pisałam mieszkam w Hiszpanii. Z piekielną współlokatorką - Aną.
W komentarzach znalazłam opinię, że mentalność Hiszpanów jest inna niż nasza (poczułam, że to co się stało jest moją winą). Jednak to co miało miejsce później przelało czarę goryczy.

Po problemach kuchennych, komputerowych i innych (średnio co 2 dzień wybuchała awantura z czymś nowym) razem z dziewczynami postanowiłyśmy spasować i po prostu zwyczajnie olać ją i jej głupkowate myślenie.
Pojawił się nowy problem gdy ja zaczęłam się spotykać z moim obecnym partnerem, moja normalna współlokatorka z jego kolegą. Bo my mamy facetów a Ana nie! Nie czuję się temu winna, ponieważ każdy ma swoje życie i je układa jak mu pasuje. Ale by mścić się za to, że komuś się układa... to trzeba być Aną.

1) Pewnego pięknego dnia wchodzę do domu, a tam w salonie IMPREZA. Dwóch starszych panów (tak około 50-tki), Ana i jakaś kobieta mniej więcej w tym samym wieku. Ja w metrykę nikomu nie zaglądam, każdy sam sobie dobiera znajomych. Ale! Żeby sprowadzać do domu pijaków? Takich zwyczajnych bezdomnych żuli z ulicy? Pijanych, zataczających się, wulgarnych i agresywnych? Jeden stwierdził, że jestem ładna, więc poszedł za mną do mojego pokoju. Na moje uprzejme stwierdzenie, że go nie wpuszczę do siebie, się delikatnie mówiąc wku..rzył, włożył buta w drzwi nie pozwalając mi ich zamknąć i dopiero gdy zaczęłam wrzeszczeć sobie odpuścił. Przyznaję, że się przestraszyłam. Bo nigdy nie wiadomo co komu strzeli do głowy.

2) Takie sytuacje pojawiały się praktycznie codziennie. Aż w pewnym momencie Ana.. przygarnęła sobie jednego z "kawalerów" (młodego, którego rodzice wyrzucili na ulice za narkotyki) do swojego pokoju. Chłopak miał życie jak w Madrycie - mieszkanie gratis, jedzenie gratis... Tylko z jakiej paki my mamy za to płacić? Prąd, woda, gaz używane już na 5 osób, a nie na 4! Rachunki się zwiększają, więc dzielmy je na 5. Ale nie! przecież on nie ma z czego płacić. Właściciel jak przyszedł odebrać pieniążki z czynszu, kazał chłopakowi go zapłacić jeżeli ma zamiar mieszkać z nami. Nie udało się uzyskać porozumienia, więc właściciel chwycił za ramię naszego nowego kolegę mówiąc "ty tutaj nie będziesz mieszkał" i próbował go wyprowadzić z mieszkania. Wtedy obrońca biednych i uciśnionych (Ana) zadzwoniła na policję z donosem, że właściciel wyrzuca z mieszkania jej chłopaka. Przyjechała policja, zebrała jakieś zeznania, sprawa się rozeszła po kościach.

3) Jednego dnia odbyła się kolejna posiadówa w naszym salonie. Skład ten sam co zawsze. O 4 nad ranem wychodząc z naszego bloku zaczęli się szarpać między sobą i wybili szybę od głównego wejścia (szyba ogromna). Policja, sąsiedzi, właściciel - decyzja o usunięciu Any z mieszkania. Ona mówi, że się nie wyprowadzi i kropka. Ona płaci czynsz, zawsze w terminie i nie widzi problemu. Dopiero nakaz eksmisji zmienił jej zdanie.

Wyprowadziła się. Co z tego, jeśli sąsiedzi są obrażeni, nawet nie chcą odpowiadać na "dzień dobry". To co my przeżyłyśmy to nasze. Ciągłe wyzwiska ze strony tych ludzi, groźby, cudownie znikające jedzenie; wizyty policji, wkurzony właściciel.

Ale teraz wisienka na torcie. Wszystkie miałyśmy PCHŁY. Koledzy Any czasem przyprowadzali psy. Dwa słodkie maleństwa. Tyle, że zapchlone. Wstyd się przyznać, ale strasznie swędzą ugryzienia tych robaków.

Wydaje mi się, że problem był jednak w niej. Nie w nas.





Kilka lat temu dorabiałem przez parę miesięcy w przychodni lekarskiej. Łodzianie pewnie skojarzą której, jeśli powiem, że nazywa się tak jak pewne egzotyczne drzewko ;)

O ile moje stanowisko miało wyjątkowo dumnie brzmiącą nazwę goniec-archiwista, to do obowiązków należało głównie noszenie wewnętrznej (i nie tylko) korespondencji, sortowanie papierów itp.

Pewnego dnia poproszono mnie o dostarczenie kart do gabinetu pewnej przesympatycznej lekarki, która miała za chwilę zacząć przyjmować. Pewnie dla niektórych to dziwne, ale owa pani doktor była bardzo punktualna. Nie mogła jednak nikogo przyjąć bez kart. Kilka minut przed początkiem przyjęć, pojawiłem się więc pod gabinetem z niewielkim stosikiem kart. No i teraz się zacznie:

Zastałem pod gabinetem pewną [P]anią. Kiedy próbowałem wejść do gabinetu, nawiązał się taki oto dialog:

[P]: Kolejka jest!
[J]a: Ja w sprawie służbowej, pracuję tu.
[P]: Guzik mnie to obchodzi, kolejka jest.

Ok. Skoro ta pani tego chce - ja poczekam. Trochę mi głupio przed pracodawcą, bo płacili mi za godziny, ale jakoś to NFZ chyba przeboleje (jak coś, to mogę te 2zł oddać za zmarnowany kwadrans).

Po około 15 minutach:
[P]: No i gdzie ta kobita? Zero szacunku dla pacjenta!
[J]: Pewnie jest w gabinecie, raczej się nie spóźnia.
[P]: No to czemu nie przyjmuje?
[J]: Bo ktoś musi najpierw dostarczyć karty. Bez tego nie można nikogo przyjąć.
[P]: No to może by ktoś je dostarczył?
[J]: Te karty? (pokazując jej stosik w moich rękach). Jestem tu z nimi od kwadransa, ale sama pani rozumie - kolejka jest.

Pani została przyjęta dwie minuty później.

Nie zawsze "służbowe" wepchnięcie się w kolejkę to wejście na kawkę ;)





Dopiero wróciłam z pracy. Cóż, nadgodziny trzeba kiedyś odbębnić.

Samochodu nie mam, komunikacją jechać zwyczajnie się boję (szczególnie, że droga długa, z przesiadką, a od przystanku mam kawałek do przejścia, i to wzdłuż cmentarza, potem między ciemnymi blokami), do tego mężczyzny, który przyjechałby po mnie aktualnie w mieście brak, to skorzystałam z taksówki.

Wymęczona kiwam się na wybojach, po których zasuwa blaszany rumak, widać wyraźnie, że ledwo co ogarniam.
Po dotarciu na miejsce wyciągam banknot stuzłotowy i czekam na resztę (do zapłacenia miałam dwadzieścia dwa złote z groszami).
Taksówkarz zaczyna postękiwać, że wydać nie ma.

[j]: Niech pan zaokrągli.

Pan najwyraźniej matematyki w szkole się nie uczył, bo podaje mi banknot dwudziestozłotowy i zamyka "kasę".
Moja twarz musiała wyrażać bezbrzeżne zdumienie, gdyż gdy spojrzał na mnie z niechęcią, powiedział:

[t]: Przecież miałem zaokrąglić!
[j]: Do pełnych TRZYDZIESTU.

Tu pan zmierzył mnie jadowitym wzrokiem, rzucił pięćdziesiątkę na kolana.
[t]: No proszę, zadowolona pani? Zarobić porządnym ludziom nie da!

Nie chciało mi się kłócić.
I nie do końca ufam, że to się jednak zdarzyło.







Historia z dzisiaj. O tym jak ludzie nie myślą i nie mają wyczucia i szacunku do cudzej prywatności.
Byłam u kosmetyczki i robiłam sobie pedicure. Salon ustawiony jest w ten sposób, że po prawej stronie są krzesła przy lustrach do nitkowania brwi, doklejania sztucznych rzęs, woskowania twarzy itd, po lewej są dwa stanowiska do pedicure, a na wprost jest recepcja/kasa.

Akurat kosmetyczka ścierała mi pięty, gdy do salonu weszła pewna pani i udała się do recepcji w celu, jak się potem okazało, umówienia się na wizytę. Przytoczę rozmowę:
P(pani klientka): Szzzzz szszzzz (czyli słyszałam jej głos, ale nie dało się usłyszeć słów)
K(kosmetyczka w recepcji): AHA! WOSKOWANIE BIKINI. JAKIE SOBIE PANI ŻYCZY?
P: Szzzz szszzz.
K: CZYLI CO? TYLKO LINIA MAJTEK, TAK?
P: Szzz szszz.
K: NIE? TO JAKIE? HOLLYWOOD CZY BRAZYLIJSKIE?
P: Szzz szzz.
K: AHA, NO TO HOLLYWOOD, CZYLI CAŁĄ CI*KĘ.

Po tym zdaniu niedoszła klientka wyszła (żeby nie powiedzieć "wybiegła"), a ja się zastanawiam czemu dopiero teraz.

Czy naprawdę nie dało się dyskretniej?

 #657391  autor: osawolow
 26 sie 2013, 08:31
O wszechwiedzy ludzkiej...

Pewnego dnia między mną, a koleżanką wywiązała się rozmowa:

Ja: Co u twojego ojca słychać? (wyszedł ze szpitala po zawale)
Koleżanka: Nie denerwuj mnie.
J: O co chodzi?
K: No bo muszę cały czas za nim łazić, bo ma się nie przemęczać i latam za nim posyłając do łóżka..
J: Cały dzień w łóżku to go szlag jasny trafi, dajcie mu coś lekkiego porobić od czasu do czasu...
K: Nie, bo ma leżeć!! A dodatkowo ma wysokie ciśnienie, aż 120/90.
J: Nie wysokie, tylko książkowe..
K: Moja mama ma nadciśnienie i wie kiedy jest za wysokie!!!
J: Nie chce mi się kłócić... (i tak by to nic nie dało) Tabletki bierze jak lekarz przykazał?
K: Tak ale tylko pół, bo jak jadł całe o 7 rano, to o 14 go po niej głowa bolała. Więc mama daje mu tylko pół.
J: WTF? Czemu nie idziecie do rodzinnego pogadać o tym?
K: A po co mu głowę zawracać? Mama już różne tabletki miała, to wie co i jak...
J: Ta... zapewne. A lekarz to idiota...

Z mądrością ludzi starszych nie wygrasz...







A nic mi się ostatnio nie działo. A miało być tak pięknie.

Ponieważ z powodów których nie chce mi się wymieniać, ograniczono mi drastycznie leki wszelkie, w tym przeciwbólowe, od czasu do czasu zaczynam dzień gdzieś między trzecią a piątą rano (bo spać przy tym za długo nie idzie) zastanawiając się, czy przypadkiem nie bolało by mniej, jakby tak wziąć piłę i parę centymetrów nad kolanem... no nieważne. Tak czy wspak, w takie dni faktycznie widać, że chodzi mi się ciężko i w ogóle wszystko robi mi się ciężko, nawet myśli. Humor też mam automatycznie podły i zapłon krótki, więc w większości przypadków staram się najzwyczajniej w świecie zamknąć mój szanowny niewyparzony pysk.

W jeden z takich dni bilet mi się skończył na autobus, więc telepię się prosto z autobusu do maleńkiego sklepiku na rogu mojej ulicy, gdzie w takowy mogę się zaopatrzyć. Ponieważ niczego innego poza biletem do szczęścia mi nie potrzeba, daję prosto z punktu A do B, czyli od drzwi wejściowych do kasy. Kasa jest jedna i akurat razem ze mną podchodzi do niej facet z jakimiś tam szpargałami i sześciopakiem.

Macham ręką, że facet ma się z tym sześciopakiem wypakowywać, ani mnie te pięć minut ziębi, ani grzeje przecież, czy będę stać i czekać, czy usiądę w domu, mniej mnie boleć nie będzie. Wypakowuj się chłopie na zdrowie.

Ale nie.

- Cześć – mówi kasjer w moją stronę i odwraca się do faceta – Przepraszam, zaraz pana skasuję. Co Sherlock, bilet? Masz odliczone?
- Cześć. Tak, bilet poproszę – opieram laskę o stojak na gazety i wyciągam z torby portfel.
- Tu ja stałem – rzuca facet i stawia sześciopak na ladzie – Pierwszy byłem.
- Pierwszy na wyścigu z kaleką, pogratulować – mruczę pod nosem, podczas gdy bardziej uaktywnia się kasjer:
- To jeszcze pan trzydzieści sekund postoi – podaje mi wydruk i wszystko wrzucam do torby – Co, nic lepiej?
- No niestety. Dzięki bardzo.
- No widzę przecież, że idziesz jak po bliskim spotkaniu z ciężarówką. Trzymaj się – kasjer macha mi ręką na pożegnanie i odwraca się do kolesia od sześciopaka – Siatkę pan potrzebuje?

Może minutę to trwało wszystko naraz.

Wychodzę i telepię się w stronę domu w tym pięknym stanie otępienia, jaki gwarantują trzy porządnie niedospane noce i przekonanie, że tak właśnie musi się czuć ktoś, komu wbija się gwóźdź w kolano. I tak miarkuję ile jeszcze, że jeszcze kawałek, potem naokoło dostawczego, i zaraz już będzie przejście dla pieszych, jeszcze nie tak daleko, a w domu obłożę kolano lodem, przepiję ten fantastyczny dzień podwójną whisky i może uda mi się zasnąć. Matko jak do tego dostawczego dale...

...i w tym momencie ktoś łapie mnie z tyłu za fraki i z impetem zaliczam bliskie nieplanowane spotkanie ze ścianą najbliższego budynku. A potem już zadziałała grawitacja.

- Niektórym się spieszy.

Cofnął się dwa kroki, podniósł sześciopaczek i pocwałował jak kucyk pony na amfie.

Zanim ja wstanę, to jego oczywiście dawno już nie ma. Wstaję, macam się po pysku i zdaję sobie sprawę, że jakimś nieskończenie niedorzecznym przypadkiem... ząb mi się ułamał.

Jak zwykle źle ludziom nie życzę, a żeby cię skur***u pokaziło.








W moim mieście pozyskano pieniądze unijne na budowę ścieżek rowerowych. Inwestycja rozpoczęta, ruszył przetarg, ktoś go wygrał i zaczęła się budowa jednej z dróżek tuż obok mojego bloku. No zaczęła się... tak mniej więcej w październiku ubiegłego roku. Przez ten czas zdążyli ułożyć kostkę brukową dla pieszych i utwierdzić podłożę pod asfalt dla ścieżki rowerowej... I jakoś prace przestały poruszać się do przodu.. to utwardzenie porosło chwastami. A ta dróżka taka zapomniana stoi.

Cóż, zdarza się wtopa, firma, która wygrała przetarg miała problemy na ten przykład. Ale nawet nie to jest tu najbardziej zadziwiające. Otóż firma ta już wcześniej wygrywała przetargi od miasta i zawsze kończyło się jakąś chryją... Największa to chyba latarnie na środku zatoczek autobusowych. Dlaczego wygrywa po raz kolejny? Ile jeszcze takich "inwestycji" będzie bezsensownie rozciągniętych w czasie?



Dowcipowa blondynka.

Jestem w markecie i robię małe zakupy. W pewnym momencie przez głośnik kierowca wozu o nr rej xxx proszony do samochodu. Zostawiam wózek i biegiem do auta. Co się okazało?

Na miejscu obok mojego wozu zaparkowała blondi, ale że za blisko, to otwierając drzwi przywaliła nimi w mój wóz od strony pasażera. I co - moja wina, jakim prawem tu stałem. Wezwała policję, bo przecież drzwi w jej różowym citroenie mają uszkodzenie i muszę za to zapłacić (u mnie jest wgniecenie).
Policjant powiedział, że dawno się tak nie uśmiał. Cóż, laska mandat za kolizję i zabrane prawko za, uwaga cytuję - "Przecież jest przepis, że kierujący parkując powinien przewidzieć możliwe sytuacje i im zapobiec".

Postraszyła jeszcze tatusiem, któremu to podobno prezydent buty czyści. I chciała odjechać, ale prawko w rękach policji. No to kolejna awantura.
Ja nie czekałem, odszedłem, ale kto daje i za co takim osobom prawo jazdy?





Jestem jednym z leniwych studentów uczelni wyższych. Studiuję kierunek dosyć ciekawy, a konkretnie mówiąc - medycynę.
Kilka historii o piekielnych praktykantach z 1 roku skłoniło mnie do stworzenia tej oto ściany tekstu która będzie was straszyć po nocach niegramatycznością i mnogością błędów wszelakich.

Studiuję i studiuję, i mi to średnio wychodzi. Czyżbym się do tego nie nadawał? Czy może jestem za słaby? Nie wiem, być może, ja jednak wolę obwiniać za to wspaniały 5-letni program studiów.

Różnorakie uczelnie, podeszły do tego wyzwania w różny sposób, coś trzeba było w końcu skrócić, należało tylko zdecydować, co ma ucierpieć. Uszczuplić teorię? Pierwsze 2/3 lata medycyny (Anatomia/Histologia/Fizjologia/Biochemia/Patologia)? Czy może skrócić czas nauki praktycznych umiejętności?

Nie było dobrego wyboru. Lecz nie przeszkodzi mi to w narzekaniu na wybór mojej uczelni.

Zdecydowano się postawić na lata późniejsze, a cięcia poczynić w naukach teoretycznych. Co z tego wynikło?
Małe potworki, które ktokolwiek, kto studiował pokrewne nauki rozpozna z daleka:
- skrócenie nauki anatomii z 2 semestrów do 1 (I Rok)
- połączenie embriologii z anatomią (I Rok)
- skrócenie histologii z 2 semestrów do 1 (I Rok)
- przeniesienie 2 semestrów fizjologii z 2 roku na 1 rok.
- przeniesienie 2 semestrów biochemii z 2 roku na 1 rok i dodatkowe połączenie ich z podstawami - chemią organiczną, i nieorganiczną (poprzednio po 1 semestrze każda).
- przeniesienie Patomorfologii (3 semestry) i Patofizjologii (2 semestry) z 3 (i 4 roku) na rok 2 + połączenie w 1 przedmiot! Który dodatkowo trwa 1 semestr! (źródło - strona internetowa katedry patofizjologii).
Przerzucenie farmakologii (VI i VII semestr nauki) w całości na 2 rok.

W tłumaczeniu z urzędowego na Polski. Na 1 roku musieliśmy robić 2 lata w 1. Na drugim roku, robimy 1 rok w pół.

A to wszystko dlatego, by nie płacić lekarzom za staż podyplomowy, eee, przepraszam, coś mi się musiało przyśnić.
To wszystko dlatego że jest za mało lekarzy i skrócenie programu pozwoli na szybsze uzupełnienie braków (chyba tak leciała śpiewka ministerstwa, średnio pamiętam). Dlatego też zmniejszamy odgórne limity przyjęć na kierunki lekarskie.

Nie chorujcie.






Dzisiaj przy pierwszych jazdach na prawo jazdy, przy rozmowie z instruktorką przypomniała mi się sytuacja z jazdy z moją mamą i lubym.

Pojechaliśmy wtedy w 3 na zakupy, wiadomo – jest facet w domu, to nam cięższe rzeczy dźwigać pomoże.

Mama kierowała autem. Jedziemy sobie spokojnie, rozmawiamy, żartujemy i widzimy tira, który jedzie w miarę wolno. Samochód osobowy przed nami go wyprzedził. Mama szybko obadała sytuację z przodu, na drugim pasie jechał drugi tir, ale był baaaaardzo daleko, (prosty odcinek drogi, wszystko było cudownie widać), więc wyprzedzić tira przed nami zdąży. Więc po kolei włącza kierunkowskaz, na drugi pas i nie uwierzycie co się teraz stało.. Facet, który wyprzedził tira przed nami jak tylko zobaczył, że jedziemy to zwolnił tak, że przed danym tirem nie było w ogóle miejsca! A ten z na przeciwka był już bliżej i wyprzedzić kolesia w osobówce się nie dało, bo jak mama próbowała to idiota przyspieszał. :/

W tym momencie moja mama zaczęła trąbić, tak samo jak oba tiry, żeby koleś przyspieszył, żeby dało się za nim wjechać, zero reakcji.

Tir coraz bliżej, panika w aucie straszna, mama już chciała nacisnąć na hamulec, ale na szczęście koleś jadący tirem którego omijaliśmy był kumaty i drastycznie zwolnił robiąc nam miejsce przed sobą.
Dosłownie sekundy i bylibyśmy zmiażdżeni.

A co zrobił kierowca w osobówce przed nami?
Jak tylko wjechaliśmy za niego momentalnie przyspieszył znikając w oddali.

Sytuacja wydaje się tak bardzo absurdalna, że do tej pory nie mogę uwierzyć, że to się zdarzyło naprawdę...









O tym, jak spółdzielnie i władza „dba” o dzieci i ich bezpieczeństwo.

Siedem lat temu dosyć głośno było o tragedii, jaka miała miejsce na placu zabaw w Czerwionce-Leszczynach. Pięcioletni chłopiec został przygnieciony konstrukcją ślizgawki i zmarł. Dla zainteresowanych: http://media.wp.pl/kat,1022939,wid,8339 ... omosc.html
Ekspertyza wykazała, że zjeżdżalnia była zwyczajnie przerdzewiała i przegnita (ale do tego nie trzeba było specjalnej wiedzy, każdy, kto pamięta ten plac zabaw, wie w jakim stanie były tamtejsze zabawki, większość z nich kompletnie nie nadawała się do użytku). Zaraz po tym zdarzeniu zamknięto wszystkie place zabaw w Czerwionce-Leszczynach, żeby sprawdzić ich stan techniczny

Dzisiaj nie istnieje już żadne miejsce, (poza placem zabaw w przedszkolu, który w czasie wakacji jest zamknięty, choć i on pozostawia wiele do życzenia) gdzie dzieci mogłyby się pobawić. Zarówno były jak i obecny pan burmistrz woli wydawać pieniądze na organizowanie rozmaitych niszowych imprez kulturalnych.

A dzieciaki się włóczą.






Piekielni pracodawcy.

Salon urody. Zatrudnienie za minimalną krajową + obiecana premia procentowa, w przypadku kiedy przekroczę określoną przez pracodawcę sumę utargu miesięcznego. Minimalna krajowa nie brzmi może zachęcająco, ale już z obiecanym procentem nieźle się prezentuje.

Zaczynam właściwie od zera, salon świeżo otwarty - zdobywanie klientów, tworzenie "marki", pełne zaangażowanie, które "powinno" zaprocentować.

Po jakimś czasie udaje się przekroczyć pułap premiowy. Zacieram ręce, bo ciężko samodzielnie się utrzymać za te parę groszy. Szczególnie, że kosztowało mnie to wiele pracy i nadgodzin.
W dzień wypłaty telefon od szefowej - przygotować wszystkie faktury z danego miesiąca.

Od premii zostają mi odliczone zarówno wszelkie zużyte materiały, jak środki czystości, kawa i herbata dla klientów, papier do drukarki, worki na śmieci, WSZYSTKO! Aż po papier toaletowy.

Wysokość premii - 13zł.

Od tamtej pory, będąc np. u fryzjera, zastanawiam się, czy farba, którą szanowna pani nakłada mi na głowę, nie jest czasem odliczana od jej wypłaty..



ydzień temu wracałam z wypoczynku w Chorwacji. Po kilkunastogodzinnej jeździe, autokar zatrzymał się w Polsce jakieś dwie godziny za Katowicami na dłuższy półgodzinny postój. Ponieważ była pora obiadowa, to prawie wszyscy podróżni udali się do zajazdu na obiad.
Można było zamawiać dania przy kasie i czekać aż kelnerka doniesie je do stolika, albo można było skorzystać z opcji samoobsługi. Z uwagi na brak czasu, wszyscy podróżujący ze mną pasażerowie wybrali ten drugi wariant.

Na talerz nałożyłam sobie pierogi sztuk 4 i łyżkę surówki. Zapłaciłam za to 26zł. Ponieważ czasu było mało, a głód mnie już nieco przygniatał, nie kłóciłam się tylko przyjęłam tłumaczenie pracownicy, że "tyle waży" i już.
Jednak gdy spożywałam posiłek uwagę moją przykuła tablica z ceną dań zamawianych (bo ceny za wagę np. pierogów nie było).

Mianowicie jak wół widniało, że pierogi szt. 6 - 11zł. Na moje żądanie wyjaśnień pracownica mnie zbyła. Była opryskliwa i niegrzeczna. Kierownika też nie zawołała choć również tego żądałam. Wiedziała dobrze, że zaraz muszę wsiadać do autokaru i tak naprawdę nic nie mogę zrobić.
Z rozmowy z innymi pasażerami okazało się, że nie tylko ja zostałam oszukana.
Widać, że pracownicy tego zajazdu okradają jawnie podróżnych wiedząc, że nie mają oni ani czasu ani siły (po kilkunastu godzinach jazdy) na wykłócanie się o swoje.
Nic tylko pogratulować pomysłowości obsłudze zajazdu, jak dorobić sobie do pensji. A może to był odgórny nakaz właścicieli? Nie wiem...

Tak na marginesie - na tym parkingu zatrzymywało się bardzo dużo autokarów z podróżnymi.






SOR, w gabinecie pan uskarżający się na ból pypcia na stopie.
Trochę wkurzony, bo czekał AŻ GODZINĘ! Z odrobiną agresji z tyłu głowy zaczynam pytać od kiedy pypeć i jak boli. Pan z pretensją w głosie coś tam marudzi, ja już zastanawiam się jak mu wytłumaczyć, że to nie jego miejsce i nie jego czas, że lepszy byłby lekarz rodzinny, a najlepiej w ogóle nikt, kiedy nagle! Wybawienie!
Wezwanie do sali R - karetka przywiozła podtopionego. W trakcie RKO, czyli masażu serca. Pielęgniarka wpadła do mnie, rzuciła hasło "NZK na erce" (czyli nagłe zatrzymanie krążenia) i poleciała dalej.

Zdążyłam mruknąć tylko "przepraszam" i popędziłam do erki.
I tak sobie masujemy, wentylujemy, podpinamy sprzęt, ktoś dzwoni do rodziny, ktoś zbiera dokumenty, słowem, kilka osób robi dużo rzeczy na raz.

Nagle drzwi otwierają się, pada stanowcze "JA PRZEPRASZAM, ALE JA BYŁEM (tu pauza, wydech, uchodzące powietrze jak z materaca)... przepraszam bardzo".

I tak pan z pypciem zniknął ze szpitala. Samouleczenie, ani chybi.







uż jakieś 3 lata temu, podczas pobytu w pewnym małopolskim mieście, zdecydowaliśmy zjeść kebaba.
Myśleliśmy, że to będzie niczym niewyróżniająca się czynność wykonana w lokalu usługowym. Myliliśmy się..

[S] - sprzedawca
[J] - ja

[J] Dzień dobry. Poproszę 2 kebaby z sosem półostrym, w tym jednego bez warzyw.
[S] Bez mięsa?
[J] Bez warzyw.
[S] Bez mięsa?
[J] Bez warzyw.
[S] Z mięsem?
[J] Tak. Z mięsem, ale bez warzyw.
[S] Wegetariański?
[J] Nie. Z mięsem, ale bez warzyw.
[S] Bez warzyw?
[J] Tak. Sama bułka z mięsem i sosem.
[S] Aha. 23,40zł (cena za jednego - 7,80zł)
[J] To cena za 2 kebaby?
[S] Zamówiła pani 3: 2 z półostrym i jednego bez mięsa.
[J] Poprosiłam o 2, W TYM jednego BEZ WARZYW.
[S] Czyli jeden z półostrym i jeden bez mięsa.
[J] Bez warzyw. Tak.
[S] 15,60zł.
[J] Dziękuję.

Ostatecznie dostaliśmy 2 kebaby, w tym jednego z małą ilością (ale jednak) warzyw.
Na początku chciało mi się śmiać, w połowie szukałam wokół ukrytych kamer.
Nic dodać, nic ująć.

Tak, sprzedawca był Polakiem.






Wakacyjny Małpi Rozum, odsłona szeberdziesiąta czecia.

W Przywidzu jest jezioro. Przy jeziorze kemping. Przy kempingu - wypożyczalnia rowerów wodnych.

Podczas pływania takowym wehikułem widzieliśmy piękną sytuację:

W dużym pośpiechu (a raczej panice) do brzegu wraca 4-osobowy rower wodny. Załadowany po brzegi - 8 osób, w tym małe, przerażone dziecko, trzymane przez nieźle zestresowaną mamusię.

Czemu przerażone?

Bo tył roweru był tak zanurzony, że prawie nabierał wodę, a od strony berbecia był szczególnie bliski operacji "bul-bul".

Ej, w końcu jak ustrojstwo jest na 4 osoby, to i 8 udźwignie, no nie?

Wot, idioci...





LUDZIE MYŚLCIE!!

Dziś niedaleko mojego domu utonęły cztery osoby. Jeszcze większą tragedią jest to, że było to rodzeństwo w wieku od 6 do 16 lat. Gdy zrobiło się o tym głośno, tłumy BYDŁA za wszelką cenę chciał zobaczyć tą tragedię na własne oczy. Gdy ratownicy starali się odszukać dzieci mając nadzieję, że je jeszcze uratują, musieli użerać się jednocześnie z dzieciakami robiącymi zdjęcia i filmiki komórką. Plac był zastawiony autami, bo zjechali się też ludzie z pobliskiego miasta. Karetka miała problem z przedostaniem się na miejsce tragedii, omijając ludzi i auta. Straż zamiast szukać dzieci, musiała odpędzać natrętów, którzy chcieli się napatrzyć.

Nie wiem, czy widok zwłok utopionego dziecka jest tak mile widzianym widokiem, żeby utrudniać pracę ratowników, ale może się mylę?







Za moim blokiem budują drogę. Ot, dwupasmówka.
Dziś, gdy szłam do sklepu, widziałam, jak kładą asfalt na jednym fragmencie.
Maszyn pełno, robotników jeszcze więcej, wszędzie znaki stopu, drewniane biało-czerwone barierki.
Żeby dostać się na drugą stronę, mi.n do sklepu czy na przystanek trzeba się cofnąć o jakieś 50-60 metrów, do takiej kładeczki jakby.

Jestem już po drugiej stronie, z zamyślenia wyrywają mnie krzyki. Cóż się stało? Ano wycieczka przedszkolna się stała.
A najbardziej pani przedszkolanka, która, mając pod opieką jakąś dziesiątkę maluchów, postanowiła skrócić sobie drogę i zamiast cofnąć się do kładki, hyc! pogoniła dzieciaki, sama przeszła pod barierką i truchtem po świeżym asfalcie na drugą stronę.

I od kogo dzieciaki mają się uczyć?







Jestem archeologiem. Tak jakoś wyszło, że na tych wykopach z bazy na stanowisko dojechać trzeba rowerem. Bazę mamy we wsi typowej, kilka domów, gospodarstw, jeden sklep i punkt apteczny, toteż w drodze powrotnej ekspedycja, niekoniecznie czysta i pachnąca, po kilkugodzinnej przygodzie z łopatą w pełnym słońcu, zaopatruje się w lokalnym spożywczaku.

Panie ekspedientki zawsze spoglądały na nas jakoś tak nieprzychylnie, ale tłumaczyliśmy to tym, że może to dlatego, że przyjezdni, albo w ogóle nam się wydaje.
Widać myliliśmy się, bo ostatnia wypowiedź jednej Pani stojącej przy kasie, przebiła wszystko.

Nasza załoga wchodzi do sklepu i już od progu wita nas komentarz, którego pewnie nie mieliśmy słyszeć:

- Patrz, Danka, znowu te brudasy przyjechały...
Na co ktoś z tyłu odzywa się głośno:
- Widziała pani kiedyś czystego archeologa po pracy?

Dziwnym trafem, pani od tamtego momentu za każdym razem, gdy ekspedycja przyjeżdża na zakupy, rumieni się okropnie i ucieka na zaplecze sklepu, a obsługuje nas jej koleżanka :)
A wystarczyło zapytać.








Dziewczyna kolegi pracuje jako opiekunka do dzieci do przypadków trudnych. Czyli dzieci z lekkim niedorozwojem, problemami itp.

Dostała zlecenie na opiekę nad, powiedzmy, Michasiem. Michaś miał 3 latka i w ogóle nie mówił. Badania nie wykazały, żeby z dzieckiem było cokolwiek fizycznie czy psychicznie nie tak.

Po paru tygodniach Michaś mówić zaczął. Cud?

Pamiętacie ten kawał, gdzie dziecko się nie odzywało, bo kompocik zawsze był? Tu było to w praktyce.

W pokoju wisiała wielka tablica ścieralna z planem dnia Michasia. W sensie - 10:00 - śniadanie, chlebek z szynką i herbata. 11:15 - kompocik. Itp, itd. Rozpisane drobiazgowo co do 5 minut.

Dziecko żyło według harmonogramu, nie miało potrzeby o cokolwiek prosić czy wyrażać swoich potrzeb. Tak mu było wygodnie. Dopiero nowa opiekunka stwierdziła, że przysłowiowego kompociku nie dostanie póki nie da znać, że chce. Poprzednie opiekunki - stosowały się do harmonogramu i tyle. Rodzice - para prawników, masa nadgodzin w pracy, po powrocie do domu się do dziecka nie odzywali. A dziecko sobie zrobili, bo wszyscy mają i tak wypada.








Zyskałem dzisiaj nowe doświadczenie w kontaktach z T-mobile.

Chcąc przejść z Playa do T-mobile, skorzystałem z oferty na WWW: smartfon + tablet gratis. Niestety na WWW nie dane mi było kupić - na ostatnim etapie składania zamówienia zostałem zaproszony na salony. Pojechałem. Okazało się, że na salonach wspomniana oferta nie jest dostępna. Inna zaproponowana miała to do siebie, że zamiast 24 miesięcy było 36 i tablet w sumie kosztowałby mnie około 1000 zł - choć producent wycenia go na 499 zł. Dziękuję. Wracam do domu. Ale, żeby wyjaśnić sprawę dzwonię na infolinię. Pani konsultantka na infolinii - miła Pani - po dokonanej weryfikacji w BIK-u i innych rejestrach poinformowała mnie, żem nie godzien WWW tylko salonów. A, że salony mają za wysokie progi "cenowe" - cóż, to nie jej sprawa.

Skąd takie traktowanie?
Może to dlatego, że parę lat temu przeniosłem się do Playa właśnie z T-mobile?
Nie to nie, jest jeszcze 2 operatorów. I 2 numery do przeniesienia.









Jak żerować na ludzkiej dobroci... a poza tym w upale człowiek na wiele się zgodzi...

(J) Ja,
(P) Pani wielka społecznica z firmy o nazwie medycznej, której nie znam i nie słyszałam.

Telefon.
(P) Dzień dobry, dzwonię z firmy m... zajmujemy się ośrodkiem dla osób nieuleczalnie chorych...
(J) Tak, słucham?
(P) Bo proszę pani, my nie mamy pieniędzy na podstawowe rzeczy - pieluchy, opatrunki itp., a większość naszych podopiecznych jest sparaliżowana, po wylewach (tu następuję wyliczanka, straszna i obrazowa).
(J) W czym mogę pomóc? - jesteśmy firmą projektową, nie zajmujemy się chorymi.
(P) Prosimy o jakiś datek, choć by niewielki. Jeśli pani to zrobi, dostanie pani piękne podziękowania i modlitwę od siostry Magdaleny za pani zdrowie powodzenie itd. Wystawimy pani fakturę, pani sobie odpisze.

Fakt - żal mi się zrobiło tych ludzi. Mąż poważnie chorował i wiem, że nawet w szpitalach brakuje różnych rzeczy, więc możne skrzyknę rodzinkę i coś wpłacimy, tym bardziej, że wiem, że taki ośrodek istnieje.

(J) Dobrze, ale jak mam wpłacić pieniądze?
(P) Wyślę pani fakturę pro forma i pani wpłaci ile będzie chciała. I chcę potwierdzić Pani dane ..... (ok wszystko się zgadza, skąd pani wie gdzie mieszkam, a nie gdzie mam firmę - dziwne). A teraz poproszę jeszcze o nip...
(J) Dobrze, ale najpierw poproszę o materiały ośrodka - czym się zajmujecie, na co pójdą dokładnie pieniądze. (chodziło mi o potwierdzenie pisemnie, że pani faktycznie ma do czynienia z tym ośrodkiem), przeczytam, zastanowię się i odeślę moje dokładne dane.
(P) Proszę podać mi nip teraz! Ja pani wszystko powiedziałam, faktura jest pani zabezpieczeniem! Po co Pani jakieś materiały?! To śmieszne! Siostry będą się za panią modlić! Jak można takie dobrodziejstwo odrzucać?!(wszystko krzykiem)
(J) Ale mimo wszystko poproszę o materiały, chciałabym się....
(P) Wyślę! Ale niech pani pamięta, że komplet (już nie pamiętam o co chodziło chyba opatrunki, ale nie chcę strzelić) to 100, 150 i 200 zł!

E-mail nie przyszedł...

Nasuwają mi się pewne myśli:
- jeśli pani jest z firmy medycznej, to co do tego mają siostry zakonne? Jak się pomodlą za mnie super, ale mam sobie modlitwę kupować?
- nawet jeśli to prawda, to nie wiem co pani chciała krzykiem uzyskać - na pewno nie moje pieniądze, a skoro już mam wpłacić, to chciałabym wiedzieć na co i na kogo tak naprawdę, bo mówić można wiele,
- jeśli dla kogoś 100, 150, 200 zł to drobne - to mam inne pojmowanie pieniądza, choć pozbierawszy po rodzince pewnie i wyższa kwota by się zebrała.








Przyjaciel męża był ostatnio na ślubie. Ślub jakich wiele - biała suknia, udekorowany kościół, zamówiona sala, samochód, kapela. Normalny ślub.
Do momentu, w którym przy składaniu życzeń do pana młodego nie podeszła teoretycznie obca kobieta, pogratulowała związku i wręczyła kopertę.

W kopercie - jak się okazało - było zdjęcie około dwuletniego chłopca z podpisem "Krzyś, Twój syn, też życzy Ci dużo szczęścia".

Państwo młodzi byli ze sobą prawie pięć lat przed ślubem.

"Wesele", a raczej szybki obiad dla gości, odbył się bez państwa młodych.




PS. Niestety, nie był to żart. Wychodzi na to, że pani zemściła się za ślub z inną.
Swoją drogą nie wiem, czy bardziej piekielne nie byłoby zrobienie komuś takiego "żartu", czyli rozwalenia ślubu i wesela.







Historia, jakich pewnie dużo na tym portalu, przydarzyła mi się niedawno. Mój dużo młodszy brat pracuje na czarno jako kelner w restauracji. Bardzo chciałby mieć umowę, ale właścicielka mu nie da "bo nie", a o pracę jak wiadomo ciężko.

Nie tak dawno brat poprosił mnie o przetłumaczenie menu tej restauracji na szwedzki - dawno temu kończyłam filologię, związaną z tym językiem. Właścicielka oczywiście zapłaci. Ze względu na brata, wzięłam jakże zawrotną sumę 10 zł od strony, razem 30 zł. Menu przetłumaczyłam, wysłałam bratu i zapomniałam o sprawie.

Minęły dwa, trzy tygodnie, gdy sobie o tym przypomniałam. Właścicielka miała przelać pieniądze - jak dotąd nie przyszły. Poprosiłam brata, aby jej przypomniał o zapłacie. Suma nieduża, ale zawsze można sprawić sobie drobną przyjemność.

Odpowiedź właścicielki zwaliła mnie z nóg - powiedziała bratu, że nie zapłaci, bo nie musi. Skoro "byłam naiwna, aby przesłać tłumaczenie bez wcześniejszej zapłaty, to mogę się teraz w d**ę pocałować".
Upominać się więcej nie będę, gdyż nie chcę robić bratu pod górę, jednak dalej w głowie mi się nie mieści, jak można być tak bezczelnym.









Pewien nasz kolega z tego portalu, zamieścił dziś historię pełną pogardy i drwin z turystów, odwiedzających jego miejscowość.
Napisałem komentarz, wyrażający zdziwienie, że tak traktuje swoich dobroczyńców, którzy pozwalają nieźle się utrzymać jemu i jego sąsiadom.
Ponieważ komentarz nie odzwierciedlił moich odczuć, pozwolę sobie rozwinąć ten wątek.

W drodze na Chorwację postanowiłem zatrzymać się na kilka dni w Wiśle.
Apartament (dwa pokoje + salon) zamówiłem i zapłaciłem przez internet. Wykonałem kilka telefonów, upewniających mnie, że warunki są takie jak opisane na stronie.
Owszem, teoretycznie były, ale tylko teoretycznie.
Sypialnie miały 2 x 2 m. Salon odrobinę większy. Prawdą był tylko telewizor (Marki Neptun z lat 70-tych ub. wieku).
Na miejscu okazało się, że śniadania są obowiązkowe i trzeba dopłacić po 20 zł/osoba.
O.K. Trzeba - to trzeba.
Ponieważ śniadania okazały się totalną porażką, zamówiłem tzw. półmisek regionalnych wędlin (12zł/osoba).
Półmisek był, zaś na nim po 3 plasterki kiełbasy i plasterek czegoś, co zapewne kiedyś było szynką.

Gdziekolwiek się pojawiłem, czułem się jak dojna krowa, którą trzeba szybko i dokładnie wydoić.
Ohydne, śmierdzące zapiekanki.
Chińska tandeta.
Kicz. Chamstwo. Oszustwa w wydawaniu reszty. Łąki zamienione na płatne parkingi, których tylko cena była "europejska".
Lekceważące traktowanie w knajpach.
To była codzienność.
Jak bardzo ta codzienność kontrastowała z pobytem w Chorwacji - nie będę się rozpisywał.
Wystarczy, że powiem, że zostałem powitany kolacją i codziennie obdarowywany, a to winem, a to owocami, a to pysznym ciastem. Zapłaciłem za pobyt - dokładnie tyle samo co w Wiśle.

Nie jestem marudą. Bywałem w różnych warunkach i nie jestem przywiązany do luksusów, ale za ciężko pracuję, żeby za moje pieniądze być traktowany jak idiota dający się oskubać.

To co opisałem dotyczy wszystkich tzw. polskich kurortów.
Byłem i nad morzem i w Zakopanem i w innych miejscach, wszędzie powtarza się lekceważenie, olewanie i dymanie turysty.
Tylko góry, morze, jeziora - potrafią się same obronić swoim pięknem, bo na pewno nie mieszkańcy tych pięknych okolic.

Jak myślicie, gdzie w przyszłym roku wybiorę się na urlop?









Kolejna historia opowiedziana mi przez mamę, właścicielkę sklepu meblowego.

Otóż jakiś miesiąc temu przyszedł Pan, aby zamówić kuchnię. Kuchnia z bajerami i co najważniejsze dla tej historii z szafką narożnikową. Pan sobie zażyczył niestandardowej szafki narożnikowej 90cmx90cm. Przy zamówieniu mama zapytała, czy jest pewien co do rozmiarów, bo szafka będzie naprawdę duża. Pan się zgodził, był pewny że wszystko będzie ok. Część kwoty zapłacona i za dwa tygodnie przyjeżdża kuchnia, taka jaką Pan zamawiał.

Akurat jeździł samochodem mój brat, więc on miał tą nieprzyjemność dowozić Panu kuchnię. Od razu było widać, że Pan jest nie w sosie, od progu krzyczy, że co tak długo jechali i że pewnie zniszczyli mu chłopaki jego kuchnię! Brat tylko spojrzał na kolegę, z którym dowoził kuchnię i przewrócił oczami, na znak, że będą z Panem problemy. Szafki zostały zniesione z samochodu na ziemię, Pan je obejrzał bardzo dokładnie, ale, no cóż, żadnej wady nie znalazł. Więc zabrał pierwszą szafkę (odmówił, aby zrobił to brat z kolegą, bo na pewno zniszczą!), a w tym czasie szczęśliwa żona rozpływa się nad mebelkami, mówi, że są dokładnie takie jakie chciała, dziękuje chłopakom i płaci z uśmiechem.

W tym momencie zszedł Pan i jak nie zaczął krzyczeć na żonę, że głupia jest jak but! Po co im płaciła, przecież teraz jak coś znajdą zepsutego, to nie oddadzą im pieniędzy. Brat oponuje, przecież przed chwilą sprawdzał Pan szafki i nie znalazł Pan żadnej wady! Pieniacz jeszcze coś tam krzyczał do żony i złapał za tą nieszczęsną szafkę narożnikową, żeby ją wnieść. Brat znowu zaproponował pomoc, bo szafka jest na rawdę ciężka, sam nie da rady, ale odmówił warcząc w stronę brata. Żona znowu wróciła do wychwalania i machnęła ręką, mówiąc, że on tak zawsze.

I nagle wszyscy słyszą huk, a po nim serię przekleństw. Co się stało? Ano, Pan wniósł szafkę na schodki przed drzwiami i zahaczył o ostatni stopień stopą przez co szafka uderzyła w ścianę budynku. Lekkie wgniecenie w boku szafki, od razu podbiegł do brata, krzycząc, że czemu mu nie pomógł, skoro wiedział, że tak będzie. On teraz żąda, żeby oddał mu połowę pieniędzy, bo przecież, przez mojego brata szafka jest zniszczona! Brat tylko powiedział, że i tak ten element idzie w środek kuchni, więc widać tylko przód, a nie boki, a po drugie nie odda mu żadnych pieniędzy, bo to Pan zniszczył wnosząc, a nie oni. Jeszcze parę minut krzyczał, ale odpuścił i wrócił do szafki ją wnieść.

Chłopaki już chcieli wrócić do auta, bo nie było sensu stać i czekać, aż wniesie całą, kiedy znowu słyszą krzyki i przekleństwa! Stało się to przed czym ostrzegała Pana moja mama, że szafka jest duża i że może się nie zmieścić w standardowych drzwiach. I tak temu Panu szafka przez framugę przejść nie chce! Więc, czyja to wina? Tak, sklepu! Bo przecież mu nie powiedzieli! Od razu telefon na sklep do mamy, mama potwierdza, że mówiła, że tak może być i że teraz jedyną radą jest rozebranie szafki na części. Więc Pan żąda, żeby chłopaki zostali i żeby mu to zrobili, a jak teraz nie mogą to mają przyjechać po pracy, żeby mu to zrobić, on będzie czekał! A jak się nie zjawią to moja mama pożałuje!
Moja mama tylko zapytała Pana czy żartuje, czy ma traktować tą groźbę na poważnie, to wtedy od razu pójdzie na policję (już mama miała do czynienia z takimi pieniaczami, a ten argument działa od razu). Pan umilkł i się rozłączył. Więcej nie powiedział i chłopaki mogli wracać do sklepu.

Potem jeszcze parę razy dzwonił, że jak nie przyjmą jego szafki do reklamacji, to on pójdzie do Rzecznika konsumenta i wtedy Pana popamięta cała rodzina, łącznie z kotem wujka i papugami kuzynki.

Nikt się nie przejął. Reklamacje moja mama z chęcią zrobiła (jeżeli klient chce dać towar na reklamacje, nie można mu tego odmówić) tylko po to, żeby Pan uzyskał oficjalne pismo od producenta, że uszkodzenie jest mechaniczne i nie podlega reklamacji.

Tak to jest, jak ktoś myśli, że jest mądrzejszy od wszystkich i jest przekonany, że krzykiem, może załatwić wszystko, czyli w naszym przypadku, darmową kuchnię.






Mam sąsiadkę. Bardzo miłą zresztą. Często widujemy się na klatce schodowej, przed blokiem itp. Raz wstąpiłam do niej na kawę - dzisiaj miałam okazję się odwdzięczyć.

Spotkałyśmy się wracając z pracy. Obie byłyśmy zmęczone, ale nie na tyle, aby nie mieć ochoty na rozmowę (kobiety)...
Wchodzimy do mieszkania. Słyszę szczekanie, mój dumny samiec husky wita nas od progu, podskakuje.
Odganiam go szybko (rozumiem, że każda osoba może się go bać/może mieć uczulenie). Pies grzecznie siada ponad trzydzieści centymetrów od stóp sąsiadki, która wtem zaczyna niemiłosiernie piszczeć.

Ja klasyczne "WTF?", odsuwam psa jeszcze dalej, pytam się, co się dzieje, czy zabrać psa.
Sąsiadka próbuje się opanować...
- Boże!! Jesteś zboczona!!
- Słucham?
- Dlaczego ten pies jest NAGI [!!!], to jest zbereźne, on ma.. to... to... na wierzchu!! Boże!!! To obleśne! Zabierz go natychmiast ode mnie!!!
- Nie rozumiem, mam go ubrać?
- Jesteś poj*bana!! Poj*bana, rozumiesz?!
I z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi.

Teraz pytanie: Macie może do sprzedania jakieś ładne bokserki, najlepiej niebieskie? Nie pogardzę też jeansami. I ładną bluzką, tylko żeby była przyzwoita, no wiecie...

 #657392  autor: cherry_xD
 26 sie 2013, 08:35
Pracuję w galerii handlowej na tzw. wyspie. Hol nieduży, jedna kamera. Na moje nieszczęście tuż nad moim stoiskiem. Dlaczego nieszczęście?

Wczoraj podczas obchodu dwóch ochroniarzy podeszło z uśmiechem od ucha do ucha zapytać jaką czytam książkę, bo zauważyli na monitoringu ciekawy fragment. Byli zainteresowani książką? Skądże!!! Bezczelny wąsacz powiedział, że szkoda, że nie mam spódniczki bo na monitoringu robią zbliżenia ciut wyżej i jakby była spódniczka do tego, to już w ogóle byłoby pięknie.
Tak. Ochrona robi zbliżenia mojego dekoltu i mimo że nie jest duży, to od góry widok doskonały. Zupełnie inny niż vis-a-vis.

Moja reakcja wywołała wielkie zdziwienie. Przecież powinnam się ucieszyć bo to prawie komplement, że stado obrzydliwych samców ślini się do moich cycków. A tekst wąsacza przyprawił mnie o mdłości. "Przekaże młodym, że Pani sobie tego nie życzy, ale ja stary to chyba mogę sobie popatrzeć, i tak nic mi nie drga."

Zdziwieniem była również informacja, że jest to zwyczajne molestowanie.

Tylko co mogłabym zrobić, żeby mieć chociaż nadzieję, że taka sytuacja nie będzie miała miejsca? Czuję się upokorzona. To do cholery naruszenie mojej intymności.







Sieć marketów na T wprowadziła w naszym mieście opcje dowozu towaru na telefon. T przywozi swój towar z miasta ościennego. Dziś będąc u rodziców usłyszałam taka rozmowę pomiędzy (T)atą, a (K)urierem:

(K): Wie pan co, ale następnym razem proszę adres wpisywać dokładniej, bo przez pana pobłądziłem.
(T): Przecież wpisałem dokładnie, o co panu chodzi?
(K): Wcale nie, bo wpisał Pan jakiegoś Chopina, a mieszka pan przy Szopena. Gdybym do pana nie zadzwonił, to bym jeździł jak lebioda przez następne pół godziny.










Śmieci. Nigdy bym nie pomyślała, że to aż taki ciężki orzech do zgryzienia.

Na moim osiedlu stoją zamykane śmietniki. Zamykane są od jakiegoś czasu, dosyć długo, wnioskuję iż chodziło o to, aby osoby niepłacące nie wyrzucały swoich odpadków na koszt członków spółdzielni.

W każdym takim zamkniętym śmietniku stało i stoi sześć kontenerów. Obok każdego śmietnika stały i stoją trzy kontenery, po jednym kontenerze na plastik, szkło i papier.

Wszystko było w porządku, póki od 1 lipca nie nakazano segregacji śmieci. U mnie niewiele się zmieniło, bo zawsze starałam się segregować śmieci - teraz po prostu muszę. Ale większość mieszkańców tego nie robiła.

Mam 4 sierpnia, a stan kontenerów się nie zmienił - sześć ogólnych zamkniętych i trzy segregacyjne. Pewnie nikomu by to nie przeszkadzało, gdyby śmieci segregowane były wywożone w miarę często.

Ale są wywożone raz w tygodniu.

Efekt jest taki, że dzień po wywózce śmieci segregowanych, wszystko wywala się z tych kontenerów i leży wszędzie.
A w śmietniku stoi sześć kontenerów, które są praktycznie puste.

BRAWO!










O potencjalnym pracodawcy za granicą.

Mieszkam w kraju, w którym Polaków uświadczy się właściwie tylko w wakacyjnych kurortach, poza nimi średnia wynosi około 35-40 Polaków/województwo.

Po wielu miesiącach poszukiwań stwierdziłam, że popracuję trochę gdziekolwiek, żeby mieć za co wyjechać do pracy związanej z wykształceniem. No i jest oferta 200km ode mnie - edytor, w wymaganiach język polski jako ojczysty, więc szanse na przyjęcie duże. Wysyłam cv w piątek, już w poniedziałek telefon, że są bardzo zainteresowani i kiedy bym mogła przyjechać na rozmowę. W następny poniedziałek, nie ma problemu, tylko jak pani wróci do biura to zadzwoni żeby podać konkretną godzinę bo nie ma ze sobą notesu z rozkładem dnia.

Wtorek - brak odzewu. Środa też. Czwartek - telefon milczy. Już mi się to nie podoba, ale ok, zaryzykuję. W piątek dzwonię.

Ja - Dzień dobry, z tej strony iskierka, umawiałyśmy się na rozmowę w najbliższy poniedziałek.
Ona - Tak, i jak mogę pani pomóc?
Ja - ... No nie wiem, jest pani zainteresowana?
Ona - Oczywiście, możemy się spotkać, kiedy pani pasuje - rano, po południu?
Ja - Po południu...
Ona - Dobrze, to będę czekać, do widzenia.
Ja - ...A poda mi pani adres, pod który mam przyjechać?
Ona - Dobrze, to wyślę mejlem.

I szczerze mówiąc, jutro nigdzie się nie ruszam. Bo nawet pomijając brak obiecanego odzewu po pierwszej rozmowie i ton drugiej, to nadal nie przysłała mi adresu. Tak ciężko powiedzieć, że już nie są zainteresowani?











Przypomniane wpisem Sihaji http://piekielni.pl/52955

Kiedyś jeden z klientów sieci, w której pracowałem, obejrzał sobie dwa filmy w Egipcie, w antycznych czasach, gdy cena za 1Mb w roamingu w Afryce wynosiła około 100 złotych (mniej więcej 2006 rok).

Faktura za dwa filmy - 130 tysięcy. Po odwołaniu i długich pertraktacjach stówkę z przodu udało się skasować, a pozostałe 30 tysięcy rozłożono na raty. To dopiero były drogie filmy ;)

To historia, którą znam z opowieści, ale sam obsługiwałem podobnego klienta.
Zadzwonił i zaczął wypytywać o wszystko - szczegóły regulaminu, cenniki poszczególnych ofert, warunki promocje, ceny telefonów, etc itd.
Po około pół godzinie odpowiadania na tego typu proste pytania (czas rozmowy leci, niedobrze), trochę poirytowany, zapytałem:

- Nie byłoby panu wygodniej sprawdzić to wszystko na naszej stronie? Znajdzie pan tam wszystkie, zarówno aktualne, jak i archiwalne oferty.
- Nie mam dostępu do sieci - odpowiedział pan - Jestem na wyjeździe w Paryżu i nudzę się w hotelu, więc sobie do was zadzwoniłem.
- Aha, rozumiem. Chciałem tylko przypomnieć, że zgodnie z regulaminem korzystania z naszej sieci, rozmowa z naszym biurem jest bezpłatna na terenie Polski. Od prawie 40 minut płaci pan 3,40 za każdą minutę połączenia.
- Ja pier&%$ę - klik i koniec rozmowy.

Są tańsze sposoby na nudę niż zawracanie głowy innym ludziom ;)







Zadzwonił do mnie pewien pan zainteresowany przedmiotem, który sprzedaję. Zadzwonił z numeru zastrzeżonego. Odebrałam tylko dlatego, że czekałam na inny telefon i nie spojrzałam na wyświetlacz, bo zastrzeżonych nie odbieram.
Pan przepuścił mnie przez konkursowy magiel wypytując o przedmiot, jego działanie, gwarancję, wtrącając się co słowo i instruując mnie jak mam odpowiadać:

- krótko, nie pytałem o takie szczegóły
- tylko odpowiedzi na moje pytania TAK lub NIE
- tu obszerniej ale nie więcej niż 20 słów
- o tym wyczerpująco
- jaśniej w zakresie tej komórki danych.
- ogólniej...

Podjęłam grę na jego zasadach, bo zaczęło mnie to bawić i nudziłam się akurat. W końcu doszliśmy do tego, że z oporami ale jest zainteresowany i kupi.

- Pani mi to wyśle.
- Dobrze, gdzie mam wysłać?
- Do mnie.
- Dobrze, gdzie?
- No do mnie, tak żebym dostał.
- Ale gdzie? Do domu? Do pracy?
- Chyba pani zwariowała, moja praca jest tajna. Ja pani nie podam żadnych szczegółów, bo to tajne.
- Ok, spokojnie. Może być do domu, proszę podyktować.
- Pani oszalała! Ja nie podam pani mojego adresu do domu!
- To gdzie mam wysłać? Skoro chce pan kupić, to jakoś dogadać się trzeba.
- Jak znajdę bezpieczny punkt kontaktowy, to się odezwę.

Tu PAN WIELKI TAJNY AGENT mnie już zdenerwował, więc weszłam na swoją stronę u operatora i wyłączyłam możliwość dodzwonienia się do mnie z numerów zastrzeżonych.
Po tygodniu dostałam wiadomość na maila, że zmuszam go do kontaktu poprzez internet, bo chcę wyłudzić jego adres internetowy, ale on się zabezpieczy i natychmiast go usunie i żebym nie była taka cwana, bo on jest cwańszy.

Od dziś szukam podsłuchów po domu i na mieście zgubię każdy "ogon", który za mną będzie jechał ;)

Ps. Przedmiot, który pan chciał kupić wart był 65zł + wysyłka.









Moja historia z pewnym ubezpieczycielem (tym od konsultantów "mocno pomocnych") zaczęła się od tego, że w lipcu zeszłego roku kupiłam samochód z drugiej ręki. Dość szybko ubezpieczyłam go w innym towarzystwie i aż do listopada żyłam w błogiej nieświadomości, że umowa z poprzednim wcale nie wygasa z dniem zakończenia okresu ubezpieczeniowego. Wtedy to dostałam list z wezwaniem do zapłaty jakiejś kosmicznej kwoty (ponad dwukrotnie wyższej, niż zapłaciłam w poprzednim). Tu akurat moja wina, bo powinnam się byłą wcześniej tego dowiedzieć - no cóż, pierwsze auto, a za głupotę się niestety płaci.

Od razu zadzwoniłam na infolinię i tam powiedziano mi, że jedyne, co mogę zrobić, to wysłać mailem wypowiedzenie umowy ze skutkiem natychmiastowym, dołączając skany umowy kupna-sprzedaży, ubezpieczenia oraz, co najważniejsze, dokumentu potwierdzającego prawo do pełnych zniżek (współwłaścicielem auta był mój Ojciec, który takowe prawo ma). Szybko skompletowałam całość i wysłałam maila licząc, że niedługo powiedzą mi ile mam zapłacić i na tym sprawa się zakończy.

O ja naiwna! Najpierw dwa razy proszono mnie o przesłanie umowy, którą przecież wcześniej załączałam. Kiedy za trzecim razem dobitnie odpisałam, że tę dokumentację już mają i żeby zamiast do mnie ciągle pisać, sprawdzili w historii kontaktów z klientem, odpuścili. Ze strony ubezpieczyciela cisza aż do marca, kiedy to w skrzynce czekało na mnie pismo z windykacji, straszące egzekucją komorniczą i wpisaniem w KRD. Od razu złapałam za telefon żeby zapytać, o co chodzi. Okazało się, że nikt nie pofatygował się wysłać mi pisma z obliczoną kwotą do zapłaty, co więcej, ta wymieniona w ostatnim była zawyżona, gdyż nie uwzględniono zniżek. Usłyszałam też, że jeśli wyślę im jeszcze raz potwierdzenie praw do zniżek, w ciągu dwóch tygodni odpowiedzą mi, ile mam dopłacić. Zdenerwowana dosłałam im ponownie dokumenty, prosząc w mailu o POTWIERDZENIE PRZECZYTANIA oraz poinformowanie mnie o ostatecznej kwocie do zapłaty.

Jak się pewnie domyślacie - cisza. Po miesiącu, wściekła, dzwonię na infolinię, a tam Pan Konsultant Pomocny JakNieWiemCo, na moje pytanie, czy obliczyli już kwotę, odburknął, że nie i że mam czekać albo iść do oddziału. Noż, k**wa nie po to mają system mailowego i telefonicznego kontaktu, żebym musiała biegać po biurach w godzinach mojej pracy i uczelni. Postanowiłam poczekać jeszcze trochę.

Tzw. sprawy codzienne pochłonęły mnie jednak i dopiero w czerwcu przypomniałam sobie o wszystkim i stwierdziłam, że tak dalej być nie może, więc jednak udałam się do oddziału. Tam kolejny MocnoPomocny uśmiechnął się szeroko, wszedł do systemu i odnalazł... mojego maila z marca, oczywiście nieprzeczytanego. Wziął do ręki kalkulator, obliczył kwotę i dał numer konta. Tuż po wyjściu z oddziału wykonałam przelew.

Alleluja? A skądże! W połowie lipca dostaję pismo z windykacji, że jestem im winna Tyle-i-Tyle (kolejna kwota z kosmosu, nijak mająca się do żadnej z poprzednich). Znów od razu za telefon i już ostatkiem sił tłumaczę konsultantowi całą sytuację. Co słyszę w zamian?
- O, faktycznie. Kolega zapomniał zapisać w systemie.

Jest sierpień. Zastanawiam się, czy już odkorkować szampana, czy może jeszcze znajdę jakąś niespodziankę w skrzynce...








Młodzież w pociągu. Ostatnio jechałam nad morze, podróż dość długa bo od 20 do 10 nad ranem. Oto kilka kwiatków, co potrafi zrobić niektóra młodzież (wiek ok 19 lat).

1) Co ok 20 minut kolejne butelki po wódce i sokach są wyrzucane przez okno pociągu.

2) Robienie sobie imprezy na korytarzu do godziny ok 7 rano.

3) Przed wyjazdem toaleta pachnąca, posprzątana, mydło i papier na miejscu. Efekt końcowy? Brak papieru, mydła, umywalka zatkana petami, a kibel pustymi puszkami po piwie.

4) Pozostawienie po sobie chlewu na korytarzu, puste puszki po piwie, butelki po wódce, paczki po chipsach itp.

5) Po uprzejmym zwróceniu im uwagi przez pewna kobietę, że jej dzieci śpią i czy mogą być trochu ciszej, jeszcze głośniejsze darcie się, puszczanie muzyki i walenie w szyby od przedziałów .

6) Prawie w co każdym zdaniu, znajdowały się siarczyste słowa.

Ps. Ani jeden konduktor uwagi młodzieży nie zwrócił, a nikt z pasażerów nie odważył się podejść i to zrobić, gdyż grupka liczyła ok 20 osób.








Do tej pory zastanawiam się czy niektórzy są po prostu zdrowo rąbnięci czy tylko ja mam skrzywione spojrzenie na świat.

Sklep alkoholowy.

Moja przyjaciółka Ewelina poszła kupić alkohol na babski wieczór w gronie znajomych - Niebieski likier Bols i czystą.

Wygląda młodo - ma 19 lat, więc wzięła ze sobą dowód, bo naprawdę rzadko się zdarza by nie zapytali jej o posiadanie owego dokumentu przy takich zakupach.

Wchodzi, wita się i mówi po co przyszła.

[K]obita zza lady - Taaaa.. jeszcze dowód chcę.
[E]welina podaje różowy magiczny dokumencik i czeka.

Kobita ogląda go jakby podała jej co najmniej zwycięskie numery Lotto. Bierze kalkulator. Liczy. Raz, drugi.

[K] - Na miliony procent tymczasowy.

Po czym... UWAGA
Bierze terminal i próbuje wcisnąć dowód w szczelinę na karty. Wszedł..

Ewelinę zamurowało czemu się nie dziwię.

[K] - No.. masz szczęście, że nie podrobiony. Razem około 70 zł.
Ewelina podała sto zł. z duszą na ramieniu - ile czasu będzie sprawdzać papierek?

Banknotu nie obejrzała tylko od razu włożyła do kasy.

Pytanie więc do was - czy do cholery naprawdę są już dostępne urządzenia sprawdzające wiarygodność dowodu czy jednak jestem zdrowa na umyśle?







Samotna pani szuka pana w internecie. Spotyka kilka oryginałów:
1. Facet miły, sympatyczna znajomość, po jakimś czasie przeradza się w randki, uczucie. Wycieczki, spotkania, oboje wolni, jak miło. Na jednej z randek chłopak mówi, że ma problem - ma raka mózgu i trudno mu z tym żyć. Kobieta wspiera, chce nadal być razem. Pan nie chce. Wieczorem wysyła SMS, że żartował, ale nie wiedział, jak się rozstać i szukał ważkiego powodu, aby odeszła.

2. Facet w trakcie rozwodu. Spotkania, spacery, scenariusz jak wyżej, związek w toku. W tym czasie pan informuje, że rozwód się odwlecze, bo żona chora leży w szpitalu. Po 2 tygodniach kobieta pyta, co tam z żoną - pan twierdzi, że nie wie i nie interesuje go była żona. Pani nie wytrzymuje napięcia i dzwoni do szpitala. Żona leży, leży.. na porodówce. Pani dziękuje panu za szczerość, pan ją wyzywa od najgorszych i informuje, że chciał się rozerwać. Dziś ich widuje z dzieckiem na spacerach.

3. Facet pracowity, z innego miasta, uprzejmy, ciekawy, mieszka z rodzicami. Scenariusz jak poprzednio, z tym że facet przyjeżdża często, wozi autem, kupuje kwiaty. Po kilku miesiącach zaprasza do siebie, poznaje z rodziną. Elegancko, słodko, plany na przyszłość. Pan znowu odwiedza, kolacja, noc, śniadanie. Pan się najadł i oznajmił, że to koniec, bo chce nadal żyć, jak żył z rodzicami, a poza tym był prawiczkiem i chciał tylko zobaczyć, jak to jest być z kobietą. Podobało mu się, ale wspólne życie go nie kręci.









W środę mama dostała list od NFZ - została zakwalifikowana do leczenia sanatoryjnego (wypadające dyski). Na początek września. Z uwagi że mama uczy klasy 1-3 a w tym roku dostaje klasę pierwszą, termin z oczywistych względów odpada. Pojechała więc mama do centrali NFZ wnioskować o zmianę terminu.

W centrali wniosek został oddalony - "Wniosek o przeniesienie terminu leczenia sanatoryjnego wynika wyłącznie z fanaberii osoby wnioskującej. W razie rezygnacji z przydzielonego terminu leczenia, osoba wnioskująca zostaje przeniesiona na koniec kolejki oczekujących na miejsce w uzdrowisku."







Zarejestrowałem się specjalnie, by podzielić się z wami drodzy czytelnicy, sytuacją która spotkała mnie w dniu dzisiejszym.

Pracuję w sklepie sportowym. W swojej ofercie mamy różnego rodzaju artykuły, począwszy od piłek, przez plecaki, po nesesery i to o właśnie jednym z takich neseserów będzie dzisiaj historia.

Godzina 9 z małymi minutami, zaraz po otwarciu sklepu wchodzi starszy pan na oko 80 letni. Pan bardzo schludnie ubrany: garnitur, skórzane buty, elegancki zegarek (najprawdopodobniej rolex), a w ręce dzierży mały, czarny, troszkę zużyty neseserek (jego zawartość była zaskakująca ale o tym później).

Pan wszedł, powiedział "dzień dobry", co wśród naszych klientów bardzo rzadko się zdarza, więc byłem nastawiony pozytywnie od samego początku. Pan, jak się później okazało, Mirosław, zaczął mi opowiadać o swojej niespełnionej miłości, latach szkolnych, stanie wojennym. Jestem dość młody i otwarty na ludzi więc miło się słuchało.
W pewnym momencie pan M. powiedział, iż poszukuje neseserka na pieniądze gdyż stary mu się trochę zdarł. Zaproponowałem kilka opcji i gdy pan M. zdecydował się na jeden z modeli wywiązała się taka o to rozmowa.

-Ja(J): To będzie 250 złotych.
-Pan(M):(otwiera walizkę i wyciąga... 250 starych złotych! (sprzed denominacji)
-J: Yyy, ale to są stare pieniążki.
-M: Jakie stare? Ja wszędzie takimi płacę.
-J: Rozumiem, ale niestety my takiej waluty nie możemy przyjąć.
-M: Jak to nie gnoju (wydawał się taki przyjazny), ja potrzebuje tego neseserka na moje ciężko zarobione pieniądze (miał ich cały neseser).
-J: Przepraszam ale niestety muszę odmówić.
-M: Młody jesteś szczylu i g***o wiesz o życiu.

Po czym zabrał pieniądze i wyszedł. Echo po uderzeniu drzwi na pewno niosło się po trzech sąsiednich ulicach.








Mała miejscowość. Matka z dzieckiem, które miało wypadek czekają na karetkę. Karetek w obrębie mało.
W końcu po 40 minutach karetka przyjeżdża.
Matka zestresowana, dziecko odpływa, panowie z karetki w trakcie podróży do szpitala, dają wskazówki rozhisteryzowanej mamie aby nie dała zasnąć dziecku, bo może skończyć się źle. W międzyczasie tłumaczą i przepraszają czemu tak późno dojechali.

Ano wcześniej byli u pani która mdlała, a czemu mdlała? Ano bo w ten sposób syna chciała w domu zatrzymać, bo syn ma już swoje życie, pracę za granicą, to trzeba syna zmanipulować przy asyście ratowników żeby bardziej wiarygodnie wyglądało, aby syn mamusi nie opuścił, a kobita zdrowa jak ryba jak to się mówi.
Dla panów ratowników było to piekielne, dla tej mamy z poszkodowanym dzieckiem to już w ogóle. Panowie oprócz straconego czasu u manipulantki, musieli pokonać ponad 30 km w jedną i kolejne ponad 30 w drugą do faktycznej ofiary. A niektórzy tyle czasu nie mają.

Jest ciąg dalszy z zachowaniem policji w tym samym czasie, ale to może potem.






Ostatnio pojawiło się trochę historii niezadowolonych studentów, więc postawiłam pokazać jak to wygląda od tej drugiej strony, okiem woła, który to jednak pamięta jak to było być cielęciem - zresztą całkiem niedawne czasy. Tak więc jak zostać typowym piekielnym studentem państwowej uczelni:

- Notorycznie spóźniaj się na zajęcia, zawsze z tą samą wymówką - przecież jesteś anonimowy, tylu jest studentów, na pewno prowadzący Cię nie zapamiętał, za 4 razem bądź zdziwiony, że prowadzący Cię nie wpuścił i oczywiście zgłoś ten fakt wyżej - niech ma za swoje! Jak to studenta nie szanować!

- Ściągaj na kolokwium/egzaminie, upomnienia na pewno nie dotyczą twojej osoby, więc gdy prowadzący podchodzi i odbiera ci kartkę rżnij głupa, najlepiej z wrednym uśmieszkiem i idź w zaparte, że TY ABSOLUTNIE NIE ŚCIĄGAŁEŚ/AŚ, jeśli prowadzący jednak obstaje przy swoim, wyjdź i zgłoś sprawę wyżej, kłamiąc, że niesłusznie NIE WPUSZCZONO cie na egzamin.

- Na zajęcia laboratoryjne/realizację pracy dyplomowej, przyjdź pół naga, w szpilkach i bądź ciężko zdziwiona, że cię nie wpuszczono. Co tam regulamin i zwykła przyzwoitość, jesteś sexy studentka i możesz! Zajęcia, czy egzamin to nie stypa. Oczywiście zgłoś sprawę wyżej.

- Umawiaj się na poprawę i nie przychodź (kilka razy, dot. tego samego kolokwium) - prowadzący na pewno o tobie nie pamięta. W końcu pojaw się po pół roku, dzień przed ostatecznym terminem oddania indeksów do dziekanatu i bądź wielce zszokowany, że prowadzącego nie ma.

- Jeśli masz zadaną pracę pisemną oddaj plagiat (tekst żywcem ściągnięty zwykle Wikipedii, bez sformatowania tekstu), a potem idź w zaparte, że to normalna procedura pisania pracy i nie widzisz w tym nic złego, zawsze tak robiłeś/aś i nikt się nie czepiał.

- Jeśli dostaniesz pracę na ostatnim roku i nie masz czasu na pisanie pracy dyplomowej, poproś opiekuna pracy/promotora, żeby napisał to za ciebie. Po co się męczyć, doktor/doktorant chętnie Cię wyręczy, pewnie nudzi się w wakacje, to się przynajmniej wykaże.

- W laboratorium nie myj po sobie szkła, nie zdawaj wykonanej przez siebie pracy opiekunowi, ba! Komukolwiek z pracowników. Zabierz torebunie/plecak i zwiń się do domu. Bądź zdziwiony/na, że ktoś po ciebie dzwoni z katedry, przecież WSZYSTKO GOTOWE, a od mycia szkła po tobie są doktoranci i techniczni!,

- Nie rób analiz do pracy dyplomowej cały rok i bądź zdziwiony, że w sierpniu pracownicy są na urlopie. Przecież ty chcesz się bronić we wrześniu!

- Umawiając się na realizację pracy dyplomowej, wymagaj by nie kolidowało to z twoim życiem towarzyskim, zatem w piątek o 14? Ale ja idę z koleżankami na basen! W sobotę trzeba przepasażować komórki? Ale sobota to SOBOTA!

- Na wykładach oglądaj filmiki na YouTube/i innych "tubach" z nagimi paniami, graj w karty, rozmawiaj przez telefon. Na auli nie ma monitoringu i nikt nie widzi.

- W drodze na uczelnie wyśmiewaj prowadzącą, niewybrednie z niej żartuj - na pewno ani ona, ani nikt z jej współpracowników niee korzysta ze środków publicznego transportu, a potem bądź ciężko zdziwiony spotykając pasażerkę siedzącą jeszcze przed chwilą na przeciwko ciebie w autobusie, w gabinecie owej wyśmiewanej osoby.

A teraz hit ze znalezionych komentarzy, dotyczących jednego doktora z naszego wydziału: "Pan doktor był bardzo dziwnym prowadzącym, ponieważ kazał się uczyć".

Tak więc drodzy studenci/przyszli studenci, jesteście dorośli. Nikt na studia iść nie każe. Nauka to nie przykry dodatek do imprezowania, lecz koszt jaki trzeba ponieść za wyższe wykształcenie, którego tak po prawdzie (z naszej perspektywy) mieć nie musicie, a czasem nie powinniście. Pamiętajcie też, że szacunek rodzi szacunek. Tak jak my i wy jesteście różni i nie anonimowi.


Był sobie X. X większą część życia spędził poza granicami naszego kraju, a w czasach gdy w polskich sklepach królował ocet, żył sobie całkiem nieźle. Natomiast jego brat pozostał w ojczyźnie i wiadomo, kolorowo nie było, ale radził sobie.

Razu pewnego rzeczony brat trafił na fajną okolicę i pomyślał o kupnie ziemi i zwrócił się w tym celu do X po pożyczkę. X pomyślał, że fajnie będzie kiedyś osiedlić się w kraju i mieć działeczkę, więc zaproponował, że on mu te pieniądze da (a nie pożyczy) ale niech w takim razie i jemu kupi jakąś ziemię.
Jak postanowili. tak zrobili.*

*Brat dostał pieniądze, kupił obie działki 'na siebie' a przy okazji pobytu X w kraju, miał jedną z nich na niego przepisać.

Lata mijały, X wrócił 'z emigracji', z ziemi korzystał, a pod naciskami swojej rodziny z czasem zaczął wspominać żeby może jego ziemię przepisać w końcu na niego. Niestety bezskutecznie.

Pewnego dnia X przyjeżdża, patrzy i nie wierzy - działka ogrodzona "TEREN PRYWATNY", wchodzi zatem zobaczyć o co tu chodzi, a po chwili przyjeżdża policja wezwana z powodu wtargnięcia na teren prywatny. X w szoku, okazało się, że brat owszem, ziemię przepisał tyle tylko, że nie na tego kto za nią zapłacił, a na swoją córkę. Teraz to ziemia córki i córka nie życzy sobie tam wizyt X...

Ciąg dalszy oczywiście nastąpił, ale to już na oddzielną historię.
 #658391  autor: Terazdamwam
 30 sie 2013, 14:34
Wchodzi koń do pubu, zamawia sobie piwo.
- Należy się 30 złotych - Informuje barman.
Koń płaci i sączy sobie powoli przy ladzie.
- Nieczęsto widujemy tu konie - zagaduje zaciekawiony barman.
- Nic dziwnego. 30 złotych za piwo?!

 #660846  autor: bobeb
 10 wrz 2013, 12:31
Pewien sprzedawca w sklepie bardzo nie lubił chińczyków.
Pewnego dnia do sklepu wchodzi chińczyk i mówi:
- Dzień dobry
- Dzień dobry - odpowiedział wkurzony sprzedawca
- Ja chcieć kupić pedigri pal dla mój pies.
- Nie sprzedam Ci tego pedigri jak nie przyjdziesz z psem.
- Ale Ja nie chodzić z pies w sklep
- To Ci nie sprzedam!
Zły Chińczyk poszedł po psa i kupił to pedigri.
Na drugi dzień przychodzi i mówi:
- Ja chcieć kupić whiskas dla mój kot
- Nie sprzedam Ci jak nie przyjdziesz z kotem.
- Ale ja nie chodzić z kot na zakupy
- To Ci nie sprzedam.
Jeszcze bardziej zły Chińczyk poszedł po kota i kupił ten whiskas.
Na trzeci dzień przychodzi z papierową torebką i mówi:
- Pan włożyć tu ręka
- A po co?
- No pan włożyć
Sprzedawca włożył a Chińczyk do niego:
- Pomacać
- No
- Ciepłe?
- Ciepłe
- Miękkie?
- Miękkie
- Ja chcieć kupić papier toaletowy!

http://www.perhapsme.com/dodatki/bizute ... czyki.html

 #663742  autor: maciejfilipian
 23 wrz 2013, 23:09
Nauczyciel oddaje Jasiowi klasówkę. Zamiast oceny napisał IDIOTA. Jaś spojrzał na kartkę, potem na nauczyciela i mówi:
- Ale pan jest roztargniony. Miał pan wystawić ocenę a nie się podpisywać.

 #666563  autor: Baczny_Janusz
 08 paź 2013, 15:22
Zdesperowana dziewczyna stoi na nadbrzeżu i chce popełnić samobójstwo.
Widzi to młody marynarz, podchodzi do niej i mówi:
- Nie rób tego! Zabiorę cię na pokład naszego statku, ukryje, przemycę do Ameryki i zaczniesz nowe życie. Przez cały rejs będę cię karmił, będę ci dawał radość, a ty będziesz mnie dawać radość. Jeszcze nie wszystko stracone...
Dziewczyna, jeszcze pochlipująca z cicha, postanowiła dać sobie jeszcze jedna szanse i poszła z nim na statek. Jak obiecywał tak zrobił - ukrył ją pod pokładem, raz na jakiś czas podrzucał jej kanapkę, jakiś owoc lub coś do picia, a całe noce spędzali na miłosnych igraszkach.
Sielankę przerwał kapitan, który pewnego dnia odkrył kryjówkę dziewczyny.
- Co tu robisz? - zapytał surowo.
- Mam układ z jednym z marynarzy. Zabrał mnie do Ameryki, karmi mnie, a ja mu pozwalam robić ze mną, co chce. Mam nadzieje, że kapitan go nie ukarze?
- Nie - odpowiedział kapitan. - Chciałbym jednak, żebyś wiedziała, że jesteś na pokładzie promu Wolin - Świnoujście - Wolin...

http://e-palimy.pl/160-kartomizery-do-e-papierosow

 #669814  autor: Duskhorizon
 23 paź 2013, 12:49
Ja bym prosił o więcej historii z piekielnych jak ktos by hurtowo przekleił troche tekstu.
Było by co czytać w pracy ;)

 #670039  autor: Niepełka
 24 paź 2013, 09:49
W życiu trzeba być czujnym.

Pewna pani rozpętała dziką awanturę u lekarza w gabinecie. Krzyki, groźby, awantura na całego. Doktor zaznaczył sobie w karcie, żeby na nią uważać, a najlepiej nie przyjmować w ogóle.

Ale pacjentka wróciła już następnego dnia. Jakby nigdy nic, znów wesolutka. Lekarza tknęło i (jak to czasem przy kłopotliwych pacjentach) na komputerze włączył nagrywanie dźwięku. I, jak przyznał później, była to najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić.

Pani, zupełnie nie zwracając uwagi na wczorajszą awanturę przyszła powiedzieć, że ogólnie jest zadowolona, że bardzo dziękuje za opiekę, że w ramach tej PONADSTANDARDOWEJ - podkreślone wyraźnie - opieki chciałaby się odwdzięczyć. Pytania o wczorajsze zachowanie zbywała, przepraszała, sama słodycz.

Wręczyła również kopertę. Doktor w pierwszym odruchu zaprotestował, ale okazało się, że w środku jest ozdobna kartka z podziękowaniami.

Dziwne. Ale może rzeczywiście wszyscy jesteśmy zbyt podejrzliwi, a ludzie jednak nie są tacy źli...

Następnego dnia do lekarza przyszedł synek razem z panią. Z nagraniem wizyty. Zmodyfikowanym, z którego można było wyciągnąć wniosek, że lekarz dostał łapówkę. Synek zagroził, że pójdzie z nagraniem na policję i "zobaczysz gnoju". Ale zawsze możemy się dogadać, nie? To jak będzie?

Jak będzie? Prosto. Klik klik i z głośnika leci oryginalne nagranie. Pani zapowietrzona, synek z opadem żuchwy. Oboje czerwoni, bez słowa wyszli.

A lekarz ma już dwa nagrania. I nadal zastanawia się, czy jednak nie iść z tym na policję.

http://www.promar.edu.pl/agencja-opieku ... kunek.html
  • Strona 4 z 19
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 19
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 19